— Biegnij, biegnij! — krzyknął do Dubhe, ale ona nie słyszała. Jej umysł był opróżniony z wszelkich myśli.
Przed nią pojawił się rząd zbliżających się nieubłaganie żołnierzy, zamykający ich w pułapce. Starała się uspokoić konia, ale on wciąż wierzgał jak oszalały, dopóki nie straciła równowagi. Świat rozwiał się w głuchym bólu, który wypełnił jej głowę, a kiedy doszła do siebie, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, był połyskujący nad nią księżyc, piękny i bezlitosny.
Czuła, jak kręci jej się w głowie, a żarłoczna Bestia drapie ją w piersi. Popatrzyła w kierunku smoka; Learchos bronił się przed pazurami, mieczem odpierając ich ciosy, ale była to walka nierówna. Już miała popędzić mu na odsiecz, ale jej szyja natknęła się na chłód ostrza.
— Cóż za pośpiech — powiedział prostacki głos. Żołnierz stał nad nią z mieczem w garści. — Raczej ciesz się przedstawieniem.
Dubhe popatrzyła za niego. Było tam jeszcze dziesięciu ludzi, wszyscy uzbrojeni i gotowi do ataku, ale nie pozwoliła się zastraszyć. Szybkim gestem utkwiła sztylet w piersi typa, który stał najbliżej, i przeszła dalej.
Mieli przewagę liczebną i wkrótce unieruchomili ją na ziemi.
— Przestałaś już pluć jadem, co, wstrętna gadzino? — krzyknął jej do ucha jeden z żołnierzy.
Dubhe nie wiedziała, co ma robić. Smok właśnie jednym ugryzieniem rozszarpał konia Learchosa, a on upadł na ziemię i potoczył się po równinie. Widziała, jak podnosi się, trzymając jeszcze miecz w dłoni; trzech żołnierzy rzuciło się na niego, nie dając mu czasu na dojście do siebie. Walczył z zapałem, ale nieprzyjaciół było zbyt wielu i wreszcie upadł na ziemię, osaczony i bez siły.
Dubhe próbowała się wyrwać, wykorzystując sztuczki Shervy: żołnierze jednak uprzedzali każdy jej ruch. Dławiło ją niszczące poczucie niemocy.
Wśród łez bólu i gniewu zobaczyła, jak smok siada na ziemi i pozwala zsiąść swojemu jeźdźcowi. Mężczyzna zbliżył się do Learchosa, ale był zbyt daleko, aby mogła zrozumieć, kim jest. Zobaczyła, jak żołnierze wiążą księcia i Theanę, i umieszczają ich na siodle zwierzęcia. Potem smok podniósł się do lotu, a jego ryk wypełnił nizinę.
Mężczyzna zbliżył się do niej i w świetle księżyca Dubhe zobaczyła, jak jego rysy stopniowo stają się coraz wyraźniejsze. Ta okrutna twarz, ta masywna sylwetka należały do postaci, którą dobrze znała.
— A teraz zajmiemy się tobą — powiedział Forra z dzikim uśmiechem.
22. Determinacja
Sherva wpatrywał się w księżyc nad sobą. Co pomyślałaby o nim jego matka, gdyby go teraz zobaczyła?
Popełnił błąd, dopiero teraz to rozumiał. Gildia wyssała z niego wszystko; Yeshol wyszarpał mu lata jego życia, wydzierając sekrety giętkiego i zwinnego ciała, i nie pozostawił mu nawet ambicji. Sherva czuł się jak roślina zbyt długo trzymana w ciemności. Zdradził swoją matkę, nie pomścił jej i sam wykopał sobie grób. Dał się uwięzić tej sekcie opętanych. Ta podróż była ostatnią szansą na odzyskanie znieważonego honoru, ostatnim sposobem, jaki miał, aby odnaleźć siebie samego.
Wiadomość dotarła w porze obiadu i w jednej chwili w mensie zapanował nieprzerwany pomruk. San miał przybyć do Gildii, a co więcej — z własnej i nieprzymuszonej woli.
— A Ido? — spytał Sherva, kiedy się o tym dowiedział.
— Rozkazy były takie, aby zostawić go w spokoju. Zresztą po tym, co spotkało ciebie, było to zrozumiałe...
Dwójka Zabójców u jego boku z trudem zdusiła drwiący śmiech. Sherva poczuł, jak kipi w nim wściekłość. Jak śmieli? Gwałtownie podniósł się z krzesła i uciszył wszystkich spojrzeniem. Złość płynąca w jego ciele była niszcząca i nie zastanawiając się zbytnio, skierował się do Najwyższego Strażnika.
— Zabroniliście mi wyruszyć ponownie na poszukiwanie Sana i byłem wam posłuszny — powiedział drżącym głosem. — Zacząłem też pracować jak zwykły Zabójca, nie stawiając oporu, ale nie mogę już dłużej tolerować sarkazmu innych podwładnych. Tutaj, w środku, ustępuję jedynie wam.
Zastanawiał się, czy tak rzeczywiście było, ale powiedział to tak, jak gdyby w to wierzył, i usta Yeshola wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Sherva zrozumiał, że głęboko go nienawidzi. On i ten jego piekielny kult musieli zniknąć z oblicza Świata Wynurzonego.
— Powinieneś być ponad takie głupstwa.
— Honor zawsze był dla mnie zasadniczą sprawą.
Yeshol spojrzał na niego z ukosa.
— O co mnie prosisz, Shervo?
— Chcę mieć sposobność, aby się zemścić.
— Już ci jej odmówiono.
— Chcę wyjść gnomowi naprzeciw i powstrzymać go. On też z pewnością się tutaj kieruje.
W zdumionym milczeniu, jakie zapadło po tych słowach, Yeshol spokojnie zdjął złote okulary i pomasował sobie nasadę nosa. Nawet tak proste gesty w jego wykonaniu przyprawiały Shervę o mdłości.
— To nas nie interesuje — powiedział Najwyższy Strażnik, podnosząc się. — San przybędzie do nas, a to nam wystarczy.
— Gnom nie pozwoli, aby chłopiec wpadł w wasze ręce.
— Nigdy do nas nie dotrze, wiesz o tym.
— Wiadomość o tym już obiegła cały Świat Wynurzony, a gnom stoi na czele ruchu oporu. Należy go zatrzymać, zanim połączy się ze swoimi przyjaciółmi.
Yeshol znowu spojrzał na niego bez słowa. Było to spojrzenie króla, który zwracał się do nic nieznaczącego poddanego.
— Odniosłeś porażkę. Gdyby twoja wiara była wielka, Thenaar wysłuchałby twojej prośby, ale ty wciąż go odrzucasz. Przez cały ten czas zawsze trzymałeś się na uboczu kultu i odkupiłeś swoją winę tylko rezygnacją ze swojego stopnia. Ja cię znam, Shervo, bo w ciebie uwierzyłem. Wiele lat temu sam przyszedłeś pukać do naszych drzwi, i chociaż był to fakt niezwyczajny, przyjęliśmy cię z przyjemnością, bo byłeś jednym z najbardziej uzdolnionych Dzieci Śmierci. Tu, w środku, honor, o którym mówisz, nie istnieje, i to zawsze był twój problem: ktokolwiek wchodzi do Gildii, wyrzeka się swojego życia i swojej przeszłości, a ty nigdy tego nie zrobiłeś.
Sherva zacisnął zęby.
— Wyślijcie mnie do Ida.
— Nie. Podporządkuj się raczej bogu. Ty wciąż jeszcze myślisz o swojej matce i o swoich korzeniach. Tutaj natomiast jesteśmy tylko jednym ciałem i tylko jednym duchem. To jedyny sposób bycia Zwycięskim, na jaki zezwala Thenaar.
— No tak, ale dla was tak nie jest.
Wymknęło mu się. Nie miał zamiaru naprawdę tego powiedzieć, ale nie udało mu się powstrzymać.
— Co powiedziałeś? — Głos Yeshola drżał z wściekłości.
— Wy jesteście głową tego ciała. Pozwalacie, aby inni unicestwiali się w wierze, ale wy zachowujecie całą waszą indywidualność i rozkazujecie tym, którzy tak naprawdę są waszymi osobistymi sługami w pełnym tego słowa znaczeniu.
Yeshol złapał go za kołnierz koszuli. Miał niesamowitą siłę, o którą na podstawie jego wyglądu nikt by go nie podejrzewał.
— Podajesz w wątpliwość moją wiarę, robaku? To właśnie mówisz?
Jego wzrok palił i Sherva z pewnym trudem wytrzymał jego spojrzenie.
— Wszystko, co robię, jest dla chwały Thenaara. Żyję w ścisłej zależności od niego, poza tym miejscem ja nie istnieję.
Puścił go i odepchnął, rzucając go na ziemię, na kolana. Sherva z trudem odzyskał oddech.
— Powinienem cię zabić tu i teraz, mam nadzieję, że masz tego świadomość. Nie toleruję tego rodzaju impertynencji.