Выбрать главу

Przypuszczam, że gdyby matka nie poprosiła Trzeciego Fana i paru innych silnych mężczyzn, by za pomocą pewnej ilości krwi czarnego psa ściągnęli Trzecią Siostrę na dół, na jej plecach rzeczywiście wyrosłaby para okazałych skrzydeł i Lingdi zamieniłaby się w pięknego ptaka – jeśli nie w feniksa, to w pawia, a co najmniej w złocistego bażanta. Czymkolwiek by się stała, bez wątpienia rozpostarłaby skrzydła i poleciała na poszukiwanie Hana Ptaszka. Lecz faktyczny przebieg wydarzeń był raczej żałosny i zawstydzający: Trzeci Fan kazał pewnemu zwinnemu, drobnemu mężczyźnie, nazwiskiem Zheng Maolin, którego przezywano Małpą, by wspiął się ukradkiem na kalenicę z wiadrem psiej krwi, zbliżył się od tyłu do Trzeciej Siostry i oblał ją krwią od stóp do głów. Trzecia Siostra skoczyła na równe nogi i rozpostarła ręce, jakby chciała ulecieć, ale poślizgnęła się, spadła z kalenicy, zsunęła się z dachu i wylądowała ciężko na chodniku przed domem. Z rany rozmiarów moreli na jej głowie lała się krew. Trzecia Siostra była nieprzytomna.

Matka, zanosząc się płaczem, próbowała zatamować krwawienie garścią trawy, po czym z pomocą Czwartej i Piątej Siostry obmyła córkę z psiej krwi i położyła ją w domu na kangu.

Siostra odzyskała przytomność o zmroku.

– Lepiej się czujesz, Lingdi? – spytała matka ze łzami w oczach.

Trzecia Siostra spojrzała na matkę i jakby skinęła głową, a może wcale tego nie zrobiła. Łzy popłynęły strumieniami z jej oczu.

– Moje biedne, skrzywdzone dziecko… – płakała matka.

– Zabrali go do Japonii – rzekła Trzecia Siostra chłodno – wróci dopiero za osiemnaście lat. Urządź mi ołtarzyk, matko. Jestem teraz Ptasią Nieśmiertelną.

Słysząc to, matka zastygła jak rażona gromem, z wielkim kłębowiskiem uczuć w sercu. Patrzyła z lękiem w demoniczną twarz córki, tysiące słów cisnęły jej się na usta, lecz nie była w stanie wydusić z siebie nawet jednego.

W krótkiej historii Północno-Wschodniego Gaomi było sześć kobiet, które z powodu nieszczęśliwej miłości albo niemożności poślubienia ukochanego zamieniło się w zwierzęce Nieśmiertelne: lisią, jeżową, łasiczą, wężową, borsuczą i nietoperzową. Wiodły owiane tajemnicą życie i były darzone pełnym lęku szacunkiem. Dziś w naszym domu zamieszkała Ptasia Nieśmiertelna, co napełniało serce mojej matki smutkiem i obrzydzeniem zarazem. Nie śmiała się jednak sprzeciwiać, ponieważ znała pewną krwawą historię z przeszłości: kilkanaście lat wcześniej niejaka Fan Jinzhi, żona handlarza osłami Juana Jinbiao, została przyłapana na cmentarzu z młodszym od niej mężczyzną. Członkowie rodziny Yuan pobili kochanka śmiertelnie, a potem zbili dotkliwie Fan Jinzhi, która przepełniona wstydem i nienawiścią, zażyła truciznę – arszenik. Rodzina dowiedziała się o tym w porę i uratowano ją, wywołując wymioty za pomocą ekskrementów. Gdy oprzytomniała, oznajmiła, że jest wcieleniem Lisiej Nieśmiertelnej i że prosi o postawienie ołtarza. Yuanowie nie wyrazili zgody. Od tej pory drewno na opał należące do rodziny Yuan często zajmowało się ogniem, garnki i naczynia pękały bez widocznej przyczyny, dziadek z dzbana z winem wyciągnął jaszczurkę, z nozdrzy babki, gdy kichnęła, wystrzeliły dwa przednie zęby, a gdy ugotowali pierożki, zamiast nich wyłowili z garnka martwe żaby. W końcu rodzina Yuan ustąpiła – urządziła ołtarzyk dla Lisiej Nieśmiertelnej i pokój odosobnienia dla Fan Jinzhi.

Pokój Ptasiej Nieśmiertelnej znalazł się we wschodnim skrzydle naszego domu. Matka wspólnie z Czwartą i Piątą Siostrą posprzątały izbę po Sha Yuełiangu, wymiotły pajęczyny z kątów i starły kurz z sufitu, pokryły okna świeżym papierem. Pod północną ścianą ustawiły stojak na kadzidła i zapaliły trzy sandałowe kadzidełka, które zostały z tamtego roku, gdy Shangguan Lü modliła się do bodhisattwy Guanyin. Za kadzidłami powinien wisieć wizerunek Ptasiej Nieśmiertelnej, lecz nikt nie wiedział, jak ona wygląda – jedynym wyjściem było poprosić Trzecią Siostrę o wskazówki. Matka uklękła więc przed nią i spytała tonem pełnym czci:

– Szanowna Nieśmiertelna, kadzidła powinny stać przed twoim świętym wizerunkiem, lecz gdzie go szukać?

Trzecia Siostra siedziała wyprostowana, z zamkniętymi oczami; jej policzki oblewał rumieniec, jakby właśnie śniła jakiś cudowny erotyczny sen. Matka nie śmiała jej przerywać, powtórzyła więc pytanie jeszcze bardziej nabożnym tonem. Trzecia Siostra ziewnęła szeroko i nie otwierając oczu, odpowiedziała świergotliwym, ptasio-ludzkim głosem, tak że ledwie dało się rozróżnić słowa:

– Jutro sam się znajdzie.

Następnego ranka przyszedł do nas żebrak o orlim nosie i sokolich oczach. W lewej ręce trzymał laskę z pustego w środku pędu bambusa, która służyła mu do odganiania psów, a w prawej miskę z seledynowej porcelany, wyszczerbioną w dwóch miejscach. Był cały brudny i ubłocony, jakby przed chwilą tarzał się po ziemi albo przebiegł dziesięć tysięcy mil, nawet oczy i uszy miał zakurzone. Milczący, wszedł prosto do naszego salonu, tak swobodnie, jakby wchodził do własnego domu. Zdjął pokrywkę z garnka, nalał sobie ziołowej zupy i wypił ją z głośnym siorbaniem. Posiliwszy się, usiadł na blacie obok kuchni i wciąż bez słowa drapał twarz matki ostrzem swojego spojrzenia. Matka była trochę wystraszona, lecz starała się zachować spokój.

– Drogi gościu – przerwała milczenie – jesteśmy biedni i nie mamy cię czym podjąć. Jeśli czegoś jeszcze ci trzeba, proszę, przyjmij trochę tego. – I podsunęła mu pęczek świeżych ziół.

Przybysz odmówił przyjęcia ziół, oblizał popękane do krwi wargi i rzekł:

– Wasz zięć prosił mnie, żebym wam przyniósł dwie rzeczy.

Mówiąc to, niczego nam nie pokazał – patrząc na jego cienkie, dziurawe jak sito ubranie i widoczną przez dziury brudną, suchą, jakby pokrytą biało-szarą łuską skórę, próbowaliśmy sobie bezskutecznie wyobrazić, gdzie też mógł schować rzeczy, które nam przyniósł.

– O którego zięcia chodzi? – spytała zdziwiona matka.

Człowiek z orlim nosem i sokolimi oczyma odparł:

– Nie mam pojęcia, który to z waszych zięciów. Wiem tylko, że jest głuchoniemy, ale potrafi pisać, umie też władać mieczem i uratował mi życie, a ja jemu. Nie jesteśmy sobie nic winni. Dlatego jeszcze dwie minuty temu zastanawiałem się, czy dać wam te dwa cenne przedmioty, czy nie. Gdybyś ty, pani tego domu, pozwoliła sobie na jakieś niegrzeczne słowa wobec mnie, gdy jadłem waszą zupę, zachowałbym je dla siebie. Lecz ty nie tylko nie powiedziałaś nic nieuprzejmego, ale jeszcze zaproponowałaś mi pęk ziół, więc najlepsze, co mogę zrobić, to dać wam to, co przyniosłem.

Gdy skończył mówić, wstał i postawił obok kuchni porcelanową miskę.

– To jest bardzo cenne naczynie – wyjaśnił. – Feniks i jednorożec wśród porcelany. Być może na całym świecie nie ma drugiego takiego. Wasz zięć na pewno nie znał jego wartości. Stanowiło ono część jego udziału w łupach z jakiegoś napadu. Chciał wam je dać, może dlatego, że jest takie duże. Mam jeszcze to… – Żebrak postukał bambusową laską w podłogę z głuchym odgłosem. – Czy masz nóż?

Matka podała mu tasak do jarzyn. Żebrak przeciął nim dwa niemal niewidoczne sznurki, którymi była związana laska. Bambusowy pręt rozpadł się na dwie części i wypadł z niego malowany zwój. Przybysz rozwinął go; poczuliśmy woń pleśni i zgnilizny. Pośrodku pożółkłej płachty jedwabiu widniał wizerunek wielkiego ptaka. Wytrzeszczaliśmy oczy ze zdumienia – był identyczny jak te ogromne, przynoszone przez Trzecią Siostrę stworzenia o niebywale smacznym mięsie. Ptak na obrazie stał prosto, wyciągając szyję i patrzył na nas z pogardą wielkimi, pozbawionymi blasku oczyma. Człowiek o orlim nosie i sokolich oczach nie powiedział nam nic ani o obrazie, ani o ptaku. Zwinął obraz z powrotem, położył go na porcelanowej misce i opuścił nasz dom, nie oglądając się za siebie. Wolne, niczym nieobciążone ręce zwisały mu luźno po bokach ciała, po chwili zaczęły poruszać się sztywno w rytm jego ogromnych kroków. Oddalał się szybko w blasku słońca.