Matka przewidywała, że tak przystojny i bystry młody chłopak jak Ma Tong najprawdopodobniej nie będzie cieszył się zbyt długim życiem. Bóg podarował mu już zbyt wiele – chłopak wyczerpał wszystkie należne człowiekowi przyjemności życia, toteż nie jest mu pisana długa starość w otoczeniu synów i wnuków. Rzeczywistość nie odbiegała od przepowiedni mojej matki: pewnej gwiaździstej nocy wśród uliczek rozległy się krzyki młodzieńca:
– Panie komendancie Lu, panie oficerze Jiang, błagam, darujcie mi… Jestem jedynym dziedzicem trzech pokoleń mojej rodziny, jedynym wnukiem moich dziadków, jedynym synem moich rodziców… Jeśli pozbawicie mnie życia, będzie to koniec rodu Ma… Przybrana matko Sun, przybrana matko Cui, moje wszystkie dobrodziejki, ratujcie… Przybrana matko Cui, jesteś w dobrych stosunkach z komendantem, wstaw się za mną…
Żałośnie lamentując, Ma Tong opuścił naszą wioskę. Rozległ się huk wystrzału, po którym zapadła martwa cisza. Młody trębacz o urodzie Nieśmiertelnego pożegnał się ze światem. Nawet cały tłum przybranych matek nie był w stanie go ocalić. Jego przewinieniem była kradzież i handel amunicją.
Następnego dnia na ulicy stanęła jaskrawoczerwona trumna; żołnierze wkrótce załadowali ją na wóz. Była zbita z cyprysowych desek o grubości czterech cali, pokryta dziewięcioma warstwami szelaku i owinięta w dziewięć zasłon. Trumna ta po dziesięciu latach spędzonych w wodzie nie zaczęłaby nawet przeciekać. Nie przebiłby jej też pocisk kalibru trzydzieści osiem. W ziemi pozostałaby nienaruszona przez tysiąc lat. Była wyjątkowo ciężka. Kilkunastu żołnierzy na komendę dowódcy chwyciło za dno i z wielkim wysiłkiem wyprostowało zgięte grzbiety.
Gdy załadowano trumnę na wóz, wśród żołnierzy plutonu zapanowała nerwowa atmosfera. Kursowali truchtem tam i z powrotem, ich twarze wyrażały wielkie napięcie. Na ośle nadjechał siwobrody mężczyzna, zsiadł przed trumną i jął łomotać w nią rękami z głośnym płaczem. Łzy ciekły mu ciurkiem po brodzie. Był to dziadek Ma Tonga, bardzo wykształcony człowiek – za dynastii Qing pełnił państwowy urząd. Komendant Lu i oficer Jiang stanęli z tyłu, zakłopotani. Starzec przestał lamentować, odwrócił się i spojrzał na wojskowych.
– Starszy panie Ma – odezwał się Jiang – jako osoba o wielkiej wiedzy ma pan także głębokie poczucie sprawiedliwości. Ukaraliśmy Ma Tonga z ogromnym żalem.
– Z najgłębszym smutkiem ukaraliśmy Ma Tonga – zawtórował mu Lu.
Starzec splunął mu w twarz.
– Kto kradnie haki, ten złodziej, a kto rabuje całe narody, ten panisko! Bić Japończyków, mieliście bić Japończyków! A tu wino, kobiety, śpiew! Rozpusta!
– Starszy panie Ma, jesteśmy oddziałem partyzantki antyjapońskiej – odrzekł surowo oficer polityczny Jiang – i panuje u nas żelazna dyscyplina wojskowa. Może i istnieją jakieś rozpustne plutony, lecz nasz się do nich nie zalicza.
Staruszek z podniesioną głową obszedł dokoła oficera Jianga i komendanta Lu, zaśmiał się głośno i szyderczo, po czym oddalił się, a za nim podreptał ze spuszczonym łbem osiołek. Wóz z trumną cicho podążył za osłem. Pokrzykiwania woźnicy brzmiały jak zduszone ćwierkanie cykad.
Sprawa Ma Tonga niczym trzęsienie ziemi wstrząsnęła posadami Plutonu Wysadzania Mostów. Runęło nasze sztuczne poczucie bezpieczeństwa i dobrobytu. Strzał, który zabił Ma Tonga, powiedział nam, że w burzliwych czasach życie ludzkie jest warte tyle co życie mrówki.
Teoretycznie korzystne dla morale armii, bezwzględne, lecz sprawiedliwe ukaranie Ma Tonga mimo wszystko źle wpłynęło na nastroje w plutonie. W ciągu kolejnych paru dni miało miejsce kilkanaście przypadków pijaństwa i bójek, a żołnierze zakwaterowani w naszym domu zaczęli okazywać coraz większe niezadowolenie. Dowódca Wang powiedział otwarcie:
– Ma Tong był tylko kozłem ofiarnym! To jeszcze dzieciak. On miałby handlować amunicją? Jego dziadek jest byłym urzędnikiem, rodzina ma pod dostatkiem ziemi, liczne stada osłów i koni. Po co by mu było tych parę groszy? Według mnie, zginął przez ten tłum „przybranych mamuś". Nic dziwnego. Staruszek powiedział przecież: „Mieliście bić Japończyków, a tu wino, kobiety i śpiew".
Wang wygłosił swoje zastrzeżenia rankiem, a po południu w naszym domu zjawił się oficer Jiang w towarzystwie dwóch strażników.
– Wang Mugen – rzekł surowo – pójdziecie z nami do kwatery głównej.
Wang Mugen zmierzył wzrokiem swoich podkomendnych.
– Który ośli pomiot mnie sprzedał? – zapytał.
Żołnierze popatrzyli po sobie, ich twarze poszarzały. Tylko głuchoniemy Sun Niemowa zachichotał głupkowato, podszedł do oficera i na migi opowiedział Jiangowi całą historię o uprowadzeniu mu żony przez Sha Yuelianga.
– Sunie Niemowo, powierzam ci funkcję dowódcy tej drużyny – oznajmił oficer.
Sun Niemowa z przekrzywioną głową wpatrywał się w usta oficera. Jiang złapał go za rękę, wyciągnął z kieszeni długopis i napisał mu kilka ideogramów na dłoni. Sun zgiął rękę i przyglądał się jej długo, wielce zaaferowany. Wreszcie zamachał rękami i zatupał, w jego brązowych oczach zatańczyły różnobarwne błyski.
– Jak tak dalej pójdzie, nasz niemowa w końcu przemówi – zaśmiał się ironicznie Wang Mugen.
Oficer polityczny Jiang skinął ręką na strażników. Żołnierze energicznie wystąpili naprzód i stanęli po obu stronach Wanga.
– O tak, zabijcie osła i zjedzcie, gdy zmiele wam całe ziarno. Pewnie już zapomnieliście, jak wysadziłem pociąg pełen amunicji – powiedział Wang Mugen.
Oficer, nie zważając na protesty Wanga Mugena, poklepał głuchoniemego po ramieniu. Sun, zaskoczony tym niespodziewanym wyróżnieniem, wypiął pierś i zasalutował. Wołania Wanga odbijały się echem wśród uliczek:
– Kto doprowadza mnie do wściekłości, kładzie minę pod własnym kangiem!
Pierwszą rzeczą, którą uczynił głuchoniemy po objęciu nowej funkcji, było pójście do mojej matki, by zażądać żony. Matka właśnie pracowała przy kamieniu młyńskim, za którym kiedyś chował się ranny Sima Ku i mełła siarkę dla plutonu. Sto metrów dalej Shangguan Pandi instruowała kobiety, jak za pomocą małych młotków roztłukiwać odpady żelaza i miedzi. Sto metrów od Shangguan Pandi plutonowy inżynier wraz z uczniami dął w wielkie miechy, które wymagały czterech ludzi do obsługi, wdmuchując masy powietrza do pieca. Obok w piachu tkwiły formy do odlewania min lądowych. Matka z ustami zakrytymi chusteczką prowadziła osła, który obracał kamieniem młyńskim. Drażniąca woń siarki wyciskała jej łzy z oczu, a osioł co chwila kichał.