Выбрать главу

Wszedł oficer Jiang.

– Pani Sha, chce pani zobaczyć się z komendantem Sha Yueliangiem?

Najstarsza Siostra zepchnęła mnie z kolan i zerwała się na równe nogi.

– Kłamiesz! – krzyknęła ochryple.

– Ja kłamię? – Jiang zmarszczył brwi. – Po cóż miałbym kłamać?

Podszedł do stolika, schylił się i zdmuchnął lampę. Czerwony blask wschodzącego słońca natychmiast wpadł przez okno do środka. Oficer wyciągnął rękę i uprzejmie – choć jego ton nie musiał mieć nic wspólnego z prawdziwą uprzejmością – rzekł:

– Proszę przodem, pani Sha. Nie chcemy zamykać wszystkich dróg. Jeżeli pani mąż zrozumie swoje błędy, będzie mógł zostać zastępcą komendanta naszego Plutonu Wysadzania Mostów.

Najstarsza Siostra ruszyła jak automat w kierunku wyjścia; tuż przed drzwiami odwróciła się i spojrzała na matkę.

– Pani, cioteczko, może także pójść z nami. Siostrzyczki i braciszkowie też – dodał Jiang.

Minęliśmy liczne bramy domostwa rodu Sima i identyczne dziedzińce, jeden za drugim. Na piątym z kolei leżało kilkunastu rannych żołnierzy. Panna Tang bandażowała nogę jednego z nich. Moja Piąta Siostra, Shangguan Pandi, pełniła funkcję pomocnicy. Była tak skupiona, że nie zauważyła nawet naszego nadejścia.

– To twoja Piąta Siostra – szepnęła matka do Laidi. Laidi spojrzała na Piątą Siostrę.

– Zapłaciliśmy wysoką cenę – rzekł Jiang.

Na szóstym dziedzińcu leżało duże skrzydło bramy, a na nim kilka ciał o twarzach zakrytych białym płótnem.

– Nasz komendant Lu poniósł bohaterską śmierć. To niepowetowana strata. – Oficer schylił się i podniósł rąbek białej tkaniny; zobaczyliśmy pochlapaną krwią twarz, okoloną bokobrodami. – Nasi ludzie aż się rwali, żeby obedrzeć komendanta Sha ze skóry – ciągnął – lecz nasza polityka na to nie zezwala. Pani Sha, czystość naszych intencji poruszyłaby nawet duchy i demony, nieprawdaż?

Na siódmym dziedzińcu okrążyliśmy wysoką, półprzejrzystą ścianę, by znaleźć się z powrotem u szczytu stopni prowadzących do bramy Szczęśliwej Rezydencji.

Po ulicach tam i z powrotem biegali żołnierze Plutonu Wysadzania Mostów z zakurzonymi twarzami. Kilku prowadziło paręnaście koni główną ulicą w kierunku zachodnim, kilku innych dyrygowało paroma dziesiątkami cywilów, którzy ciągnęli na linie okazałego dżipa, podążając na wschód. Obie grupy spotkały się przed wielką bramą Szczęśliwej Rezydencji. Dwóch żołnierzy, wyglądających na młodszych oficerów, podbiegło, zasalutowało i zaczęło jednocześnie meldować się oficerowi Jiangowi tonem przypominającym gniewne połajania. Jeden oznajmił, że schwytano trzynaście koni, a drugi, że przechwycono jednego amerykańskiego dżipa, ale niestety, chłodnica wybuchła, więc byli zmuszeni go holować. Oficer Jiang pochwalił swoich żołnierzy; każdy z nich stał z wyprężoną piersią, z dumnym błyskiem w oku.

Oficer Jiang zaprowadził nas pod bramę kościoła; po jej obu stronach stało w sumie szesnastu uzbrojonych w strzelby i granaty strażników. Oficer podniósł rękę, a strażnicy klepnęli dłońmi w kolby swoich strzelb, strzelili obcasami i zaprezentowali broń. My, gromadka kobiet i dzieci, nagle staliśmy się generałami na przeglądzie wojsk.

Szesnastu jeńców w zielonych mundurach tłoczyło się w południowo-wschodnim narożniku sali; przegniły od przeciekającego deszczu sufit nad ich głowami porastał białawy grzyb. Przed nimi stało w szeregu czterech żołnierzy ze strzelbami. W lewej ręce każdy żołnierz trzymał zakręcony niczym bawoli róg magazynek z amunicją, a palcami prawej obejmował gładką jak udo młodej kobiety kolbę; ich palce wskazujące spoczywały na spustach w kształcie kaczych języków. Stali odwróceni do nas plecami. Za nimi leżała sterta skórzanych pasów, przypominających martwe węże. Jeńcy, gdyby chcieli się ruszyć, musieliby przytrzymywać spodnie rękami.

Kąciki ust oficera Jianga przelotnie uniosły się w ledwie zauważalnym uśmiechu; zakasłał cicho, być może w celu zwrócenia na siebie uwagi. Jeńcy z ociąganiem unieśli głowy i spojrzeli na nas. Ich oczy nagle rozbłysły po kilkakroć – niektórych dwa razy, innych trzy, jeszcze innych pięć do siedmiu, lecz przeważnie nie więcej niż dziesięciokrotnie. Błyski te, przypominające błędne ogniki, były zapewne spowodowane przybyciem Shangguan Laidi, skoro, jak twierdził Jiang, była prawą ręką komendanta Sha. Pod wpływem nieznanych, zapewne skomplikowanych uczuć oczy Laidi poczerwieniały, twarz pobladła, głowa zwisła na piersi.

Patrząc na jeńców, przypomniałem sobie mgliście czarne osły, należące do zbrojnej bandy. Zdaje się, że gdy spędzono je do kościoła, stłoczyły się w tym samym kącie. Dwadzieścia osiem osłów, czternaście par. Jeden skubał drugiego w okolice odbytu, drugi gryzł pierwszego w zadek. Wzajemna troska, wzajemna opieka i pomoc. Jak skończyła ta zżyta ośla grupa? Kto unicestwił oślą drużynę? Czy zwierzęta zginęły na górze Ma'er z rąk partyzantów Simy Ku, czy też w górach Gebo, wybite przez japońską tajną policję? Tamtego świętego dnia, gdy mnie ochrzczono, moja matka została zgwałcona. Gwałciciele, moi najgorsi wrogowie, byli zielono odzianymi partyzantami, zbrojnymi w muszkiety. Teraz Ojciec, Syn i Duch Święty was pokarze, amen!

Oficer Jiang odchrząknął i zapytał:

– Towarzysze z jednostki komendanta Sha, jesteście głodni?

Jeńcy znów podnieśli głowy; jedni nie mieli śmiałości, by odpowiedzieć, pozostali nie zamierzali tego zrobić.

– Co jest, wujaszkowie, straciliście głos? – spytał jeden ze strażników, stojący obok Jianga. – Nasz oficer polityczny zadał wam pytanie!

– Nie tak ostro – zganił go Jiang, a strażnik poczerwieniał i spuścił głowę. – Towarzysze, wiem doskonale, że jesteście głodni i spragnieni; niektórzy z was cierpią na ból brzucha, mają plamy przed oczami i oblewają się zimnym potem. Proszę o chwilę cierpliwości, jedzenie będzie wkrótce. Nie żyjemy tu w luksusie, więc nie będzie smakołyków. Najpierw podamy zupę z zielonej fasoli, żebyście mogli zaspokoić pragnienie i ugasić wewnętrzny ogień, a w południe białe bułeczki gotowane na parze i smażoną koninę z dymką.

Twarze kilku jeńców rozpromieniły się; niektórzy odważyli się na ciche rozmowy między sobą.

– Zginęło bardzo wiele koni – rzekł Jiang – same znakomite wierzchowce, wielka szkoda, że wasze konie weszły na nasze pole minowe. Może się zdarzyć, że jedząc koninę, traficie na mięso własnego zwierzęcia. Wprawdzie mówi się, że konie i muły są tak samo szlachetne jak ludzie, lecz jedzcie bez wahania – w końcu człowiek jest panem wszystkich stworzeń!

Gdy oficer mówił o koniach, dwóch starszych żołnierzy, dźwigających wielki kocioł, stękając, weszło przez wrota. Za nimi ostrożnie stąpało dwóch młodszych; każdy z nich niósł sięgającą od brzucha do brody stertę misek.

– Zupa! Zupa idzie! – wołał starszy żołnierz, ostrzegając, by nikt nie tarasował mu drogi.

Młodsi żołnierze starali się zza stert misek dojrzeć choć kawałek podłogi i wybrać odpowiednie miejsce na postawienie swojego brzemienia. Starsi przykucnęli jednocześnie, stawiając kocioł; w momencie gdy dotknął podłogi, żołnierze niemal usiedli. Młodzi starali się utrzymać górną połowę ciała w wyprostowanej pozycji, podczas gdy ich nogi uginały się stopniowo, aż obaj ukucnęli. Ostrożnie opuszczając ręce, postawili stosy misek na podłodze, po czym wysunęli spod nich dłonie. Obie kolumny zachwiały się nieznacznie. Uwolniwszy się od ciężaru, młodzi żołnierze wyprostowali się i otarli rękawami pot z twarzy.