– Wynoście się stąd obie! – wybuchnęła matka. – Precz z moich oczu, niech was szlag trafi, bylebym nie musiała was więcej oglądać!
Poczułem szacunek i podziw dla Shangguan Laidi. Rzeczywiście nasikała do tuby tego drogocennego aparatu! Jej historie o szkiełku przybliżającym odległe przedmioty także musiały być prawdziwe. „To się nazywa lornetka i wisi na szyi każdego dowódcy". Shangguan Laidi rozparła się wygodnie w pełnym siana oślim korycie.
– Ty mały głuptasku! – zwróciła się do mnie przyjaźnie.
– Nie jestem żadnym głuptaskiem! Wcale nie jestem głupi! – broniłem się.
– A ja myślę, że jesteś jeszcze bardzo głupiutki. Nagle rozchyliła czarną suknię i uniosła wysoko nogi.
– Patrz! – rzekła zduszonym głosem.
Promień słońca padł na jej uda, brzuch i piersi podobne do sutków maciory.
– Właź! – zarządziła.
Spojrzałem na jej uśmiechniętą twarz na drugim końcu koryta.
– Chodź tu i napij się mojego mleka. Matka pozwoliła mojej córce ssać jej pierś, a teraz ja dam ci trochę mojego mleka. W ten sposób będziemy kwita.
Podszedłem na drżących nogach do koryta. Jej ciało wygięło się niczym prężąca się do skoku ryba. Złapała mnie oburącz za ramiona i zarzuciła mi czarny płaszcz na głowę. Zapadła ciemność. Badałem ją, ciekawski i pełen niepokoju, onieśmielony i zaintrygowany. Poczułem zapach identyczny z tym, który odkryłem w blaszanej tubie.
– Tutaj, tutaj! – dobiegł mnie z bardzo daleka głos siostry. – Głuptasku… – Wepchnęła mi brodawkę do ust. – Ssij, mały szczeniaku. Nie jesteś z rodziny Shangguan, jesteś bękartem!
Gorzki kurz, pokrywający jej brodawkę, rozpuścił mi się w ustach. Spod pachy wydobywała się dławiąca, wstrętna woń. Poczułem, że zaraz się uduszę, lecz ona trzymała mnie mocno za głowę obiema rękami i napierała całym ciałem, jakby chciała wepchnąć mi swoją dużą, twardą pierś w całości do ust. Nie mogłem już wytrzymać i ugryzłem ją w sutek. Podniosła się gwałtownie. Wyślizgnąłem się spod płaszcza i skuliłem u jej stóp, czekając na kopnięcie albo dwa. Łzy płynęły po pociągłej, ciemnej twarzy Laidi. Jej piersi falowały, skryte za czarną zasłoną i rozkwitały mnóstwem przecudnych piór, niczym dwie ptasie samice w czasie godów.
Bardzo żałowałem tego, co się stało. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem nieśmiało grzbietu jej dłoni. Pogłaskała mnie po policzku.
– Braciszku – szepnęła – nie mów nikomu…
Pokiwałem głową na znak szczerej obietnicy.
– Powiem ci coś w tajemnicy – rzekła. – Mąż twojej Najstarszej Siostry powiedział mi we śnie, że wcale nie umarł, a jego dusza wcieliła się w białoskórego mężczyznę o blond włosach.
Wyszedłem na ulicę. Myśli o sekretnym spotkaniu z Laidi kłębiły się w mojej głowie jak szalone. Pięcioosobowa grupa żołnierzy przebiegła obok mnie w zawrotnym tempie, ich twarze promieniały dziką radością. Jeden z nich, tęgawy, szturchnął mnie, krzycząc:
– Hej, mały! Japońskie diabły się poddały! Wracaj szybko do domu i powiedz matce! Japonia skapitulowała, wygraliśmy wojnę!
Po ulicach skakały tłumy żołnierzy, krzycząc z radości, a wśród nich paru oszołomionych cywilów. Japońskie diabły skapitulowały, a Jintongowi nie pozwalają już ssać piersi. Shangguan Laidi chciała użyczyć mi swoich, lecz nie było w nich mleka, a brodawki pokrywał zimny nalot o przykrym zapachu. Na myśl o tym wpadłem w beznadziejną rozpacz. Głuchoniemy, mąż Trzeciej Siostry, wybiegł wielkimi krokami na ulicę od północnej strony, niosąc Ptasią Nieśmiertelną. Matka wyrzuciła go razem z jego podkomendnymi po śmierci Sha Yuelianga, toteż wszyscy osiedlili się w jego rodzinnym domu, a Ptasia Nieśmiertelna przeprowadziła się razem z nim. Nie mieszkali już z nami, lecz bezwstydne wrzaski Ptasiej Nieśmiertelnej nieraz dobiegały nocami od strony domu Sunów i wwiercały się w moje uszy. Teraz mąż niósł ją w naszą stronę. Siedziała w jego objęciach, z ogromnym brzuchem, ubrana w biały strój, który wyglądał jak uszyty przez tego samego krawca i według tej samej miary, co czarna szata Shangguan Laidi; różniły się jedynie barwą. Na widok stroju Ptasiej Nieśmiertelnej pomyślałem o stroju Laidi, który przypomniał mi o jej piersiach, a te z kolei przywiodły mi na myśl piersi Ptasiej Nieśmiertelnej. Piersi Ptasiej Nieśmiertelnej miały niewątpliwie najwyższą lokatę wśród piersi wszystkich kobiet z rodu Shangguan. Delikatne, pełne życia i urocze; ich leciutko uniesione brodawki były ruchliwe jak pyszczki jeża. Skoro piersi Ptasiej Nieśmiertelnej zajmowały pierwsze miejsce – czy znaczy to, że piersi Laidi znajdowały się na dalszym? Na to pytanie mogę dać jedynie niejasną odpowiedź, ponieważ gdy tylko zyskałem świadomość tego, co dzieje się wokół mnie, odkryłem, że uroda piersi jest pojęciem niezwykle szerokim: o ile nigdy nie należy pochopnie stwierdzać, że czyjeś piersi są brzydkie, o tyle zawsze można bezpiecznie powiedzieć, że są piękne. Jeże też bywają piękne, podobnie prosięta.
Głuchoniemy postawił Ptasią Nieśmiertelną naprzeciwko mnie. „A-ao! A-ao!" – I zamachał mi przyjaźnie przed nosem wielką pięścią rozmiarów końskiego kopyta. Domyśliłem się, że jego „A-ao! A-ao!" oznacza tyle, co: „Japońskie diabły skapitulowały". Pogalopował ulicą niczym dziki bawół.
Ptasia Nieśmiertelna przekrzywiła głowę i spojrzała na mnie. Jej brzuch był przerażająco wielki, jak u gigantycznego grubego pająka.
– Jesteś turkawką czy dziką gąską? – odezwała się świergotliwie.
Nie byłem pewien, czy to pytanie było skierowane do mnie.
– Mój ptak odleciał, odleciał mój ptak, odleciał! – Jej twarz wyrażała dezorientację i popłoch.
Pokazałem w stronę głównej ulicy. Rozpostarła ramiona, zatupała bosymi stopami, udeptując uliczny kurz, zaskrzeczała i puściła się biegiem. Biegła niezwykle szybko. Jak to się działo, że balast w postaci ogromnego brzucha nie przeszkadzał jej w biegu? Gdyby nie to brzemię, być może wzięłaby rozbieg i wzbiłaby się w powietrze. Wpływ ciąży na tempo biegu jest kwestią względną. W biegnącym stadzie wilków ciężarne samice wcale niekoniecznie pozostają w tyle, w stadzie przelatujących ptaków z pewnością znajdują się też takie, które wkrótce zniosą jajo. Ptasia Nieśmiertelna rzuciła się w uliczny tłum niczym rozpędzony struś.
Piąta Siostra wbiegła do domu. Ona także miała wielki brzuch; jej spocone piersi moczyły od wewnątrz szary wojskowy mundur. W porównaniu z Ptasią Nieśmiertelną biegła bardzo ociężale. Ptasia Nieśmiertelna trzepotała rękami, a Piąta Siostra oburącz trzymała się za brzuch. Piąta Siostra dyszała jak kobyła ciągnąca wóz na wzgórze. Pandi była najpulchniejszą i najwyższą spośród sióstr Shangguan. Jej piersi były srogie i władcze; uderzone wydawały odgłos „peng, peng" niczym wypełnione gazem piłki.
Twarz odzianej w czarny płaszcz Najstarszej Siostry kryła się za czarną zasłoną. W najczarniejszą noc, gdy nie dało się dostrzec palców własnej dłoni, Laidi wychynęła z rowu i zakradła się na dziedziniec domostwa rodziny Sima. Kierując się kwaśnym odorem potu, zbliżyła się do okien rzęsiście oświetlonego pokoju. Szare kamienie, którymi wybrukowano dziedziniec, były śliskie i omszałe. Serce podeszło jej do gardła, jakby chciało wyskoczyć na zewnątrz. Poczuła skurcz ręki, w której trzymała nóż; w ustach miała nieprzyjemny posmak. Przez kratę ażurowych drzwi ujrzała coś, co sprawiło, że zadrżała jej dusza, a serce zabiło jak szalone. W pokoju jasno płonęła duża świeca, ociekająca obficie białym woskiem; cienie tańczące na ścianach wydawały się niemal cielesne. Na szarej kamiennej podłodze leżały bezładnie rozrzucone szare mundury Shangguan Pandi i oficera politycznego Jianga. Szorstka wełniana skarpeta spoczywała obok morelowego nocnika. Shangguan Pandi, naga jak ją Pan Bóg stworzył, leżała na chudym Jiangu Lirenie. Najstarsza Siostra otworzyła drzwi i wpadła do środka. Zawahała się na widok wypiętych pośladków młodszej siostry i kropli potu lśniących w rowku wzdłuż jej kręgosłupa; Jiang Liren, jej największy wróg, którego miała zamiar zlikwidować, był bezpiecznie ukryty. Podniosła nóż wysoko do góry.