Выбрать главу

– Zamorduję was! – wrzasnęła. – Pozabijam oboje!

Shangguan Pandi odwróciła się i sturlała z łóżka. Jiang Liren z kołdrą w ręku ruszył na Najstarszą Siostrę i przewrócił ją na ziemię. Zdarł jej woal z twarzy.

– Wiedziałem, że to ty – zaśmiał się.

Piąta Siostra stanęła w drzwiach i krzyknęła:

– Japończycy skapitulowali!

Wybiegając z powrotem na ulicę, wzięła mnie ze sobą. Jej ręka była mokra od potu i miała kwaśną woń, w której wyczułem papierosy. Woń ta pochodziła od męża Piątej Siostry, Lu Lirena. By upamiętnić komendanta Lu, który bohatersko oddał życie w zwycięskiej bitwie, zakończonej likwidacją bandy Sha Yuelianga, Jiang Liren przybrał nazwisko Lu. Woń Lu Lirena za pośrednictwem potu Piątej Siostry rozprzestrzeniała się po naszej wiosce.

Żołnierze Plutonu Wysadzania Mostów krzyczeli i skakali z radości, wielu płakało. Ludzie umyślnie poszturchiwali się i klepali nawzajem. Ktoś wspiął się na chybotliwą dzwonnicę i uderzył w stary dzwon. Na ulicę wylęgało coraz więcej ludzi, niektórzy mieli gongi, inni prowadzili dojne kozy, nieśli podskakujące skrawki mięsa na liściach lotosu. Moją szczególną uwagę zwróciła kobieta z dzwoneczkami przyczepionymi do piersi. Tańczyła jakiś przedziwny taniec, kołysząc piersiami, a dzwoneczki dźwięcznie pobrzękiwały. Stopy ludzi wzniecały tumany kurzu, głosy chrypły coraz bardziej. Ptasia Nieśmiertelna rozglądała się w tłumie we wszystkie strony; głuchoniemy rąbał pięścią każdego, kto się nawinął. Z rezydencji rodu Sima wyłoniła się grupa żołnierzy niosących na ramionach Lu Lirena niby drewnianą belkę. Podrzucili go w powietrze, wysoko, aż po czubki drzew, złapali i rzucili znowu. Hai-ja! Hai-ja! Hai-ja! Piąta Siostra, trzymając się za brzuch, zalana łzami, krzyczała: „Liren! Liren!" Próbowała się przebić przez tłum, lecz za każdym razem odbijała się od czyjegoś twardego zadka.

Słońce, wystraszone całym tym karnawałem, przyśpieszyło wędrówkę po niebie. Przysiadłszy wreszcie na ziemi, oparło się o drzewa porastające piaszczysty wał i odpoczywało. Jego krwistoczerwone ciało pokrywały pęcherze i pot; parowało i dyszało niczym zmęczony staruszek, obserwując z daleka tłumy na ulicach.

Ktoś upadł w kurz, a za nim kilku innych. Chmura pyłu opadała powoli na twarze, ręce, przepocone mundury. W krwistoczerwonym blasku słońca na ulicy leżało już całkiem sporo mężczyzn nieruchomych jak trupy. Zapadał zmrok; znad bagien i mokradeł wiało chłodem; z daleka dobiegł gwizd pociągu jadącego przez most. Wszyscy nadstawili ucha, a może tylko ja to uczyniłem? Wygraliśmy wojnę z Japończykami, lecz Shangguan Jintong został bezlitośnie porzucony przez swoje piersi, które tak bardzo kochał. Chciałem umrzeć. Chciałem skoczyć do studni albo utopić się w rzece.

Jakiś człowiek ubrany w brązową, długą szatę powoli podniósł się z ziemi. Była to kobieta. Uklękła, wygrzebując z kurzu przed sobą jakieś przedmioty tej samej barwy co jej strój i pokrywający wszystko kurz. Wygrzebała jeden, potem drugi. Obydwa wydawały dźwięk przypominający skrzek salamandry. W czasie gdy wszyscy świętowali zwycięstwo, moja Trzecia Siostra, Ptasia Nieśmiertelna, powiła dwóch maleńkich chłopców.

Ptasia Nieśmiertelna i jej dzieci sprawiły, że od razu zapomniałem o swoich kłopotach. Nieśmiało ruszyłem w ich stronę, zamierzając przyjrzeć się swoim małym siostrzeńcom. Przekroczywszy po drodze wiele nóg i głów leżących mężczyzn, nareszcie mogłem obejrzeć dokładnie brązowe od kurzu ciałka dwóch maluchów – ich łyse główki przypominały dojrzałe, błyszczące tykwy. Płakały z otwartymi szeroko buziami, co stanowiło raczej przerażający widok. Nie wiadomo skąd przyszła mi do głowy myśl, że niemowlęta za chwilę porosną łuskami wielkimi jak u karpia. Cofnąłem się powoli, nadeptując niechcący na dłoń jednego z mężczyzn. Jęknął, lecz nie uderzył mnie ani nie zwymyślał. Podniósł się z wolna do siadu, a następnie pomału wstał. Gdy otarł pył z twarzy, rozpoznałem go – był to mąż Piątej Siostry, Lu Liren. Czego tu szukał? Oczywiście, Piątej Siostry. Piąta Siostra z trudem podniosła się i usiadła w kępie trawy pod murem, po czym rzuciła się w ramiona Lu Lirena, objęła głowę męża rękami i głaskała go chaotycznie.

– Zwycięstwo, zwycięstwo, w końcu wygraliśmy! Mamrotali do siebie przytuleni, pieszcząc się nawzajem.

– Nazwijmy nasze dziecko „Zwycięski" – rzekła Piąta Siostra. Dziadek Słońce był już tak znużony, że miał ochotę udać się na spoczynek. Księżyc tryskał czystym blaskiem; przypominał piękną, anemiczną wdowę. Gdy Lu Liren, obejmując Piątą Siostrę, zabierał się do odejścia, do wioski wkroczył Sima Ku, mąż Drugiej Siostry, na czele swojej partyzanckiej jednostki specjalnej.

Kompania Simy Ku dzieliła się na trzy plutony. Do plutonu kawalerii należało sześćdziesiąt sześć koni, krzyżówek rasy mongolskiej i xinjiańskiej, oraz tyluż kawalerzystów uzbrojonych w amerykańskie karabiny maszynowe – broń o pięknej linii, z której można prowadzić ogień ciągły. Drugi pluton był rowerowy – sześćdziesięciu sześciu rowerów marki Camel dosiadali żołnierze uzbrojeni w dwudziestostrzałowe karabiny niemieckie. Trzeci pluton, pluton mułów, składał się z sześćdziesięciu sześciu silnych zwierząt, potrafiących biec jak wicher, których dosiadali żołnierze uzbrojeni w japońskie karabiny, kalibru trzydzieści osiem. Była też i mała jednostka specjalna – trzynaście wielbłądów, dźwigających części zamienne do rowerów i narzędzia do ich naprawy, części zamienne i narzędzia do naprawy broni oraz amunicję. Niosły one także Simę Ku i Shangguan Zhaodi oraz ich dwie córki: Simę Feng i Simę Huang. Jednego z wielbłądów dosiadał Amerykanin, niejaki Babbitt. Na ostatnim wielbłądzie siedział podobny do czarnej małpy Sima Ting, ubrany w wojskowe spodnie i liliową jedwabną koszulę, z bolesnym grymasem na twarzy, jakby spotkała go jakaś krzywda.

Babbitt miał łagodne niebieskie oczy, miękkie blond włosy i jaskrawoczerwone usta. Był odziany w czerwoną skórzaną kurtkę i drelichowe spodnie z mnóstwem większych i mniejszych kieszeni, nosił buty z miękkiej skóry jelenia.

Pluton kawalerii Simy Ku wpadł do wioski błyskawicznie niczym tornado. Sześciu koni w pierwszym szeregu dosiadali przystojni młodzi żołnierze ubrani w wełniane mundury w kolorze pomarańczowobrązowym; na ich piersiach lśniły wypolerowane blaszane guziki. Błyszczały ich skórzane oficerki, amerykańskie karabiny, hełmy na głowach oraz skóra wierzchowców. Zbliżywszy się do leżących pokotem na ziemi ludzi, konie zwolniły ostrożnie, podniosły wysoko głowy i zaczęły dreptać maleńkimi, wdzięcznymi kroczkami, podczas gdy sześciu kawalerzystów wycelowało broń w górę i wypaliło w mroczne nocne powietrze. Lśniące łuski pryskały na wszystkie strony, huk ogłuszał, z drzew opadł deszcz liści. Lu Liren i Shangguan Pandi odskoczyli od siebie zdumieni.

– Z jakiej jednostki jesteście? – spytał Lu Liren podniesionym głosem.

– Z jednostki twojego dziadunia! – wypalił jeden z kawalerzystów.

Ledwie zabrzmiały te słowa, seria kul o mało nie drasnęła Lu Lirena w głowę. Padł niezdarnie na ziemię, po czym skoczył na równe nogi i krzyknął: