– Umieram… – wymamrotała jak w gorączce. – Cierpię, umieram…
Babbitt z trudem uwolnił się z jej objęć; twarz miał mokrą od potu.
– Nie… nie rób tego… Nie jesteś tą, którą kocham… – wykrztusił w swojej mieszaninie języków.
Najstarsza Siostra, podobna do wściekłego psa o przekrwionych oczach, mieląc w ustach najpaskudniejsze przekleństwa, z wypiętą piersią ponownie rzuciła się na Babbitta. Amerykanin wymykał się jej niezręcznie – zrobił jeden unik, potem drugi, wreszcie schował się za plecami Szóstej Siostry, która stała się jego tarczą ochronną. Szóstej Siostrze wcale się to nie podobało – jak szczeniak, któremu dzieciaki przywiązały dzwoneczek do ogona, zaczęła się kręcić w miejscu. Najstarsza Siostra obracała się razem z nią. Babbitt, schylony, trzymał się tuż za pośladkami Szóstej Siostry. Kręcili się bez ustanku – widok ten przyprawił mnie o zawrót głowy. Przed oczyma wirowały mi wypięte pośladki, szarżujące piersi, gładkie potylice, spocone twarze, niezdarne nogi… Widziałem jak przez mgłę, w sercu czułem zamęt, coś jak kłąb poplątanego sznurka. Krzyki Najstarszej Siostry, wrzaski Szóstej, dyszenie Babbitta, dwuznaczne spojrzenia tłumu… Na twarze żołnierzy wypełzły śliskie uśmieszki, mieli rozchylone usta, drgające podbródki. Stado kóz, pod przewodnictwem mojej, podążało leniwie gęsiego w stronę domu; każda z nich dźwigała pełne wymiona. Lśniące grzbiety koni i mułów. Wystraszone krzyki ptaków, które krążyły nam nad głowami – pewnie miały swoje gniazda i pisklęta ukryte w kępach traw. Nieszczęsna trawa. Złamane karki podeptanych kwiatów. Czas chaosu. Druga Siostra w końcu złapała Najstarszą za suknię. Najstarsza Siostra rzuciła się rozpaczliwie naprzód, wyciągając ramiona do Babbitta. Z jej ust popłynęła tak rynsztokowa mowa, że twarze słuchaczy jeszcze bardziej poczerwieniały. Czarna suknia nadpruła się, odsłaniając ramię i część pleców. Druga Siostra skoczyła i wymierzyła Najstarszej cios w ucho. Najstarsza Siostra przestała się szamotać, w kącikach jej ust zebrała się piana, oczy znieruchomiały. Druga Siostra nie przestawała jej okładać – policzek za policzkiem, coraz mocniej. Z nosa Najstarszej Siostry popłynęła ciemna krew, głowa zwisła jej na piersi niczym dojrzały słonecznik; po chwili padła na ziemię twarzą w dół.
Wyczerpana Druga Siostra usiadła na trawie, dysząc ciężko; jej oddech w końcu zamienił się w łkanie. Tłukła się pięściami w kolana, jakby wybijając rytm swojego płaczu.
Sima Ku nie potrafił ukryć wyrazu podniecenia na twarzy. Ze wzrokiem utkwionym w obnażonych plecach Najstarszej Siostry oddychał chrapliwie, wycierając nieustannie dłonie w spodnie, jakby były splamione czymś, czego nigdy nie zdoła zmyć.
21
O zmroku w świeżo pobielonym kościele rozpoczęło się przyjęcie weselne. Z krokwi zwisało kilkanaście świecących żarówek; w sali było jasno jak w dzień. Na dziedzińcu przed kościołem terkotała maszyna, z której tajemniczy prąd elektryczny płynął drutami do żarówek i zamieniał się w blask rozpraszający nocną ciemność i przyciągający ćmy. Ćmy wpadały na żarówki, ginęły od poparzeń i lądowały na głowach oficerów Simy Ku oraz innych ważnych osobistości wioski Dalan. Sima Ku miał na sobie wojskowy mundur; jego twarz jaśniała. Wstał zza stołu, gdzie zajmował honorowe miejsce, odchrząknął i oznajmił:
– Drodzy bracia żołnierze, szlachetni panowie! Dzisiejsze wielkie przyjęcie ma uczcić zaślubiny naszego drogiego przyjaciela Babbitta i mojej młodej szwagierki Shangguan Niandi. To wspaniałe, radosne wydarzenie zasługuje na wasze oklaski!
Rozległ się gorący aplauz. Obok Simy Ku siedział młody Amerykanin Babbitt, wystrojony w biały mundur, z czerwonym kwiatem w klapie, cały w uśmiechach. Jego blond czuprynę pokrywała warstwa oleju arachidowego. Głowa mu lśniła, jak wylizana na gładko przez psy. Obok małżonka siedziała Shangguan Niandi w białej sukni z dekoltem, który obnażał górną część jej biustu. Śliniłem się, lecz wargi Ósmej Siostry pozostawały suche jak łuski cebuli. W czasie ceremonii ślubnej, jeszcze za dnia, razem z Simą Liangiem nieśliśmy długi tren sukni Szóstej Siostry, przypominający bażanci ogon. We włosach Niandi tkwiły dwie ciężkie róże; gruba warstwa pudru nie maskowała wielkiego zadowolenia, którym promieniała jej twarz. Szczęśliwa Shangguan Niandi, jakże jesteś bezwstydna! Trup Ptasiej Nieśmiertelnej jeszcze nie ostygł, a ty już wyprawiasz sobie ślub z Amerykaninem!
Byłem przygnębiony, mimo że Babbitt podarował mi ostry nóż z plastikową rączką – nic mnie nie cieszyło. Elektryczne światło to taka zdradliwa rzecz – przenika przez białą sukienkę, wystawiając czerwone brodawki na widok publiczny. Wiedziałem, że przyglądają im się wszyscy mężczyźni, nawet Sima Ku co chwila zerkał w ich stronę, a one nic sobie z tego nie robiły, tylko wierciły się i wymachiwały ogonkami. Chciałem kogoś zelżyć, lecz kogo? Skląć tego drania Babbitta – dzisiejszej nocy to on nimi zawładnie! Moja spocona dłoń zacisnęła się na rękojeści noża w kieszeni. Gdybym tak rzucił się na nią, rozciął jej sukienkę, a potem zręcznie poobcinał je u nasady? Co by się wydarzyło? Czy Sima Ku dokończyłby swoją przemowę? Czy Babbitt dalej byłby tak podekscytowany, a Shangguan Niandi taka szczęśliwa? No i musiałbym gdzieś je ukryć. Gdzie? W stogu siana? Pożarłaby je łasica. W dziurze w ścianie? Porwą je myszy. Na drzewie? Tam padłyby łupem sowy… Ktoś szturchnął mnie lekko w bok. Był to Sima Liang. Miał na sobie odświętne białe ubranie, na szyi czarną muchę. Wyglądaliśmy identycznie.
– Usiądź, wujaszku – powiedział – nikt już nie stoi oprócz ciebie.
Opadłem ciężko na ławę, usiłując sobie przypomnieć, kiedy i dlaczego wstałem. Sha Zaohua także była bardzo ładnie ubrana. W trakcie ceremonii trzymała bukiet polnych kwiatów, potem wręczyła go Shangguan Niandi. Teraz, gdy wszystkie uszy łowiły słowa Simy Ku, oczy wpatrywały się w piersi Shangguan Niandi, nosy upajały się aromatami wina i mięsa, a myśli krążyły swobodnie, Zaohua wyciągnęła swoją małą łapkę i niczym kociak kradnący jedzenie sięgnęła pazurkiem do talerza, ściągnęła kawałek mięsa, po czym udając, że wyciera nos, wepchnęła go sobie do pyszczka.
Sima Ku kontynuował przemowę. Trzymał w dłoni kieliszek wina kupionego specjalnie na tę okazję pod Wilgotną Górą. Płyn w szkle jarzył się czerwono. Ręka wcale mu się nie męczyła, choć trzymał ją w tej samej pozycji już dość długo.
– Pan Babbitt – ciągnął – przybył do nas prosto z nieba. To Niebiosa zesłały nam naszego Babbitta. Wszyscy na własne oczy widzieli jego pokaz latania. To on zapalił elektryczne lampy, tam, nad naszymi głowami… – Pokazał w stronę żarówek wiszących na krokwi, a oczy zebranych na moment oderwały się od miękkich, czarujących, specyficznie inspirujących piersi Shangguan Niandi i podążyły za jego palcem w stronę oślepiających świateł. – To jest właśnie elektryczność, energia ukradziona Bogu Pioruna. Można powiedzieć, że nasza partyzancka jednostka, odkąd pojawił się pan Babbitt, złapała wiatr w żagle. Babbitt jest naszym Szczęśliwym Generałem. Ma głowę pełną talentów – zobaczycie, za chwilę jeszcze bardziej poszerzy nam horyzonty.
Sima Ku odwrócił się i pokazał ręką ścianę za podwyższeniem, z którego niegdyś wygłaszał kazania pastor Malloy, a potem panna Tang z Plutonu Wysadzania Mostów nawoływała do walki z Japończykami. Na ścianie wisiała płachta śnieżnobiałej tkaniny. Pociemniało mi w oczach, oślepionych ostrym światłem żarówek; spuściłem wzrok.