Выбрать главу

– Takiego geniusza – ciągnął Sima Ku – nie wypuścimy z rąk, to pewne. Gdy wygraliśmy wojnę, pan Babbitt chciał wracać do kraju, lecz my nie możemy do tego dopuścić, musimy przekonać go, by został z nami, okazując mu nasze najcieplejsze uczucia. Właśnie dlatego oddaję mu za żonę moją młodszą szwagierkę, piękniejszą od Nieśmiertelnych w Niebiosach. A teraz proponuję, byśmy wszyscy wznieśli toast za szczęście naszego pana Babbitta i panny Shangguan Niandi. Zdrowie młodej pary! Do… – goście wstali z rumorem, wznieśli kieliszki, brzęknęli, przechylili -…dna! – Wypili.

Shangguan Niandi trzymała kieliszek w dłoni zdobnej złotą obrączką. Stuknęła nim najpierw o kieliszek Babbitta, potem Simy Ku, potem Shangguan Zhaodi. Druga Siostra niedawno rodziła i jeszcze nie wróciła do formy – na jej bladej twarzy wystąpiły niezdrowe rumieńce.

– Teraz czas, by pan młody i panna młoda wypili razem toast miłości.

Wedle wskazówek Simy Ku, Babbitt i Niandi spletli ręce, w których trzymali kieliszki, i w tej niewygodnej pozycji wypili swój toast. Przez tłum gości przetoczyła się fala entuzjazmu. Wśród okrzyków i wiwatów goście również wznosili toasty, po czym poszły w ruch pałeczki. Kilkadziesiąt ust mlaskało jednocześnie, co brzmiało niezbyt elegancko; wargi i policzki zalśniły od tłuszczu i potu.

Przy naszym stole oprócz mnie, Simy Lianga, Sha Zaohua i Ósmej Siostry posadzono jeszcze kilku nieznanych nam malców. Z wyjątkiem mnie jednego wszyscy jedli – ja tylko obserwowałem. Sha Zaohua pierwsza rzuciła pałeczki i zabrała się do jedzenia gołymi rękami. Trzymając w lewej ręce kurze udko, a w prawej świńskie kopyto, ogryzała oba przysmaki na zmianę. Zauważyłem, że dla oszczędzania sił wszystkie dzieci w czasie żucia zamykały oczy, jakby brały przykład z Ósmej Siostry. Ósma Siostra, o płonących policzkach i wargach jak różane chmury, była jeszcze piękniejsza od panny młodej. Sięgając do talerzy po jedzenie, dzieci znowu wytrzeszczały oczy. Gdy patrzyłem, jak rozszarpują zwierzęce zwłoki, zrobiło mi się ich żal.

Mama sprzeciwiała się małżeństwu Szóstej Siostry z Babbittem.

– Mamo, zachowałam w tajemnicy to, że zabiłaś babcię – powiedziała Szósta Siostra.

Matka spotulniała i nic już nie mówiła, a wyraz jej twarzy przywodził na myśl zwiędłe jesienne liście. Zaczęła ignorować ślubne plany Szóstej Siostry, co mimo wszystko niepokoiło Niandi przez dłuższy czas. Przyjęcie toczyło się normalnym trybem; wkrótce goście siedzący przy różnych stołach przestali rozmawiać między sobą, zajęli się grą w zgadywanki i piciem z najbliżej siedzącymi. Wino lało się strumieniami, wciąż wnoszono coraz to nowe dania, biało odziani kelnerzy, obładowani półmiskami, biegali truchcikiem tam i z powrotem, ogłaszając głośno nazwy potraw: „Zapraszamy, oto «lwie łebki» duszone w sosie sojowym – oto przepiórki z rusztu – zapraszamy – kurczak duszony w grzybach…"

Przy naszym stole siedzieli sami „generałowie pustych talerzy". „Prosimy, oto glazurowana gicz" – ledwie lśniąca wieprzowa nóżka wylądowała pośrodku stołu, już wyciągało się po nią kilka błyszczących od tłuszczu rączek. „Gorące!" – dzieci syknęły niczym jadowite węże, lecz nie rezygnowały, sięgnęły po raz drugi i zabrały się do odrywania kawałków mięsa. To, co upadło na stół, podnosiły i wpychały sobie do buzi. Ani chwili odpoczynku. Połykały, gulgocząc, wyciągając szyje i marszcząc brwi, z półotwartymi ustami. Wysiłek wyciskał im z wytrzeszczonych oczu maleńkie krople łez. Mięso i skóry w mgnieniu oka znikały z talerzy, na których pozostawało jedynie nieco srebrzystobiałych kości. Chwytano więc za kości, by ogryźć je pracowicie z wszelkich jadalnych tkanek. Ci, dla których już nie wystarczało, oblizywali palce, a ich oczy świeciły zielonkawym blaskiem. Brzuchy puchły do rozmiarów skórzanych piłek, chude nogi zwisały żałośnie z ław. Z przewodów pokarmowych ulatniały się zielonkawe pęcherzyki gazu, wydając dźwięk podobny do chrapania panter. „Prosimy – «wiewiórcza ryba» na słodko-kwaśno" – tęgi kelner na krótkich nóżkach, o nalanej twarzy, wystrojony w biały frak, wniósł drewnianą tacę z ogromnym białym półmiskiem, zawierającym przyrumienioną na żółto rybę. Za nim wkroczyło kilkunastu innych, jeden wyższy od drugiego, wszyscy w identycznych białych frakach; wszyscy nieśli identyczne białe półmiski z wielkimi żółtymi rybami. Ostatni w kolejce przypominał słup wysokiego napięcia. Postawił półmisek z rybą na naszym stole i zrobił do mnie minę. Wydał mi się znajomy. Krzywe usta, jedno oko przymknięte, drugie wytrzeszczone, pomarszczony nos – gdzie ja widziałem tę twarz? Może na weselu Shangguan Pandi i Lu Lirena?

Ciało „wiewiórczej ryby" było ponacinane wzdłuż i w poprzek; nacięcia tworzyły długą, złocistą ranę, pokrytą warstwą czerwonawego kwaśno-słodkiego syropu. Pod szmaragdowozielonym szczypiorkiem kryło się białoszare oko; trójkątny ogon sterczał żałośnie poza półmisek i wciąż jakby nieznacznie się poruszał. Lśniące od tłuszczu małe szpony znów wyciągnęły się w stronę półmiska. Nie miałem ochoty znosić widoku rozszarpywanej „wiewiórczej ryby", więc odwróciłem twarz. Babbitt i Shangguan Niandi wstali od głównego stołu z długonogimi kieliszkami, pełnymi czerwonego wina, w dłoniach. Trzymając się pod rękę, zbliżyli się do naszego stołu dystyngowanym, pełnym wdzięku krokiem. Spojrzenia wszystkich kierowały się ku „wiewiórczej rybie" na słodko-kwaśno – biedna ryba była już pozbawiona wierzchniej połowy ciała; pośrodku widniał sinawy kręgosłup. Jedna ze szponiastych łapek złapała go i potrząsnęła, jednym ruchem odrywając ości od dolnej części ryby. Przed każdym dzieckiem piętrzyła się bezkształtna sterta parującego rybiego mięsa. Dzieciaki przypominały drapieżne zwierzęta, które większość swojej zdobyczy zanoszą do jaskiń, by tam posilić się w spokoju. Na półmisku został już tylko ogromny rybi łeb i zgrabny delikatny ogon, połączone kręgosłupem. Śnieżnobiały obrus był cały brudny, tylko miejsce przede mną zachowało dziewiczą czystość, a pośrodku tej białej strefy stał kieliszek czerwonego wina.

– Kochani mali przyjaciele, wypijmy razem! – rzekł Babbitt serdecznie, unosząc kieliszek w naszą stronę, a jego żona uczyniła to samo.

Niektóre palce trzymała zgięte, inne wyprostowane; dłoń mojej siostry przypominała orchideę, w której środku połyskiwała złota obrączka. Wnętrze jej dekoltu jaśniało białym, porcelanowym, chłodnym blaskiem. Serce waliło mi jak szalone.

Mali goście z buziami pełnymi rybiego mięsa pośpiesznie podnieśli się zza stołu; ich policzki, nosy, a nawet czoła lśniły od tłustego oleju. Sima Liang, który siedział obok mnie, czym prędzej połknął wszystko, co miał w ustach, po czym zamaszyście wytarł twarz i ręce zwisającym rąbkiem obrusa. Moje ręce były nieskazitelnie czyste i delikatne, nawet najmniejsza plamka nie szpeciła ubrania, włosy lśniły świeżością. Mój przewód pokarmowy nigdy nie miał okazji trawić zwierzęcych zwłok, a moje szczęki nigdy nie żuły roślinnych włókien. Rząd lśniących od tłuszczu dziecięcych łapek uniósł niezgrabnie kieliszki, które brzęknęły w zderzeniu z kieliszkami młodej pary. Tylko ja jeden stałem oszołomiony, wpatrując się w piersi Shangguan Niandi. Trzymałem się oburącz krawędzi stołu, z wysiłkiem opanowując chęć rzucenia się na moją Szóstą Siostrę i ssania jej piersi.

Babbitt popatrzył na mnie ze zdumieniem.

– A ty czemu nie jesz ani nie pijesz? – spytał. – Nic nie jadłeś? Ani odrobinki?

Shangguan Niandi na chwilę zstąpiła ze swoich wyżyn i odzyskała cechy mojej Szóstej Siostry. Wolną ręką pogłaskała mnie po szyi i zwróciła się do świeżo poślubionego małżonka:

– Mój braciszek jest na wpół Nieśmiertelnym. Nie jada ludzkiego pokarmu.