Po wieczornej porcji mleka pobiegliśmy jak wicher z Simą Liangiem na wielkie klepisko – przyciągał nas film. Biegliśmy na spotkanie zachodzącego słońca, twarzami ku wieczornej zorzy. Szukaliśmy wzrokiem kobiet niosących na ramionach ławki i prowadzących dzieci oraz starców o laskach – między nich najłatwiej się wepchnąć. Ślepiec Xu Xian'er o ochrypłym, charyzmatycznym głosie, który żył ze śpiewu i żebractwa, kuśtykał przed nami zgarbiony, macając drogę długą bambusową laską. Właścicielka straganu z olejem, Stara Jin o jednej piersi, spytała go:
– Hej, ślepcze, pędzisz jak wicher, dokąd się tak śpieszysz?
– Jeśli ja jestem ślepy, to ty też! – odparował.
Blady Du, stary rybak w słomianym kapeluszu, w którym chodził przez okrągły rok, niosący wyplatany z trzciny stołek, włączył się do rozmowy:
– Jak ty będziesz oglądał film, ślepcze?
– Ty Blady Zadku – zirytował się ślepiec – jak śmiesz pleść androny, żem ślepy? Moimi zamkniętymi oczyma widzę wszystko na wylot!
Wymachując gwałtownie bambusową laską, która świszczała w powietrzu, omal nie trafił w chude jak u czapli nogi Bladego Du. Du ruszył na niego, zamierzając się swoim trzcinowym stołkiem, ale w porę rozdzielił ich Fang Półkula, któremu niedźwiedź odgryzł pół twarzy, kiedy zbierał żeńszeń na górze Changbai.
– Stary Du, chcesz się bić ze ślepcem? Czy to nie wstyd? Dajże spokój, wszyscy jesteśmy z jednej wsi, raz moje na wierzchu, raz twoje; jeśli uderzysz miską o talerz, albo jedno się wyszczerbi, albo drugie – tak to już jest. Tam, na Changbai, ciężko spotkać człowieka z tej samej wsi. Wpadniesz na kogoś z naszego powiatu, a już czujesz się, jakby to był twój krewny!
Na klepisku Simów zbierał się różnorodny tłum, a my byliśmy pewni, że przedtem całe rodziny omawiały przy stołach jadalnych niezwykłe osiągnięcia Simy Ku, kobiety zaś z rodziny Shangguan stały się głównym tematem babskich plotek. Czuliśmy się, jakby wyrosły nam skrzydła, przepełniała nas radość. Chcieliśmy, by pokazywano filmy bez końca!
Zajęliśmy z Simą Liangiem miejsca tuż przed maszyną Babbitta. Wkrótce po tym, jak usiedliśmy, ognie zachodniego nieba niemal wygasły, a mroczny powiew wieczoru przyniósł słonawą, przykrą woń. Kawałek ziemi przed nami obrysowano wapienną linią, a Głuchy Hanguo, pachołek, wymachiwał gałęzią sterkulii i odpędzał wszystkich, którzy ośmielili się tę linię przekroczyć. Z jego ust czuć było alkohol, do zębów przywarły mu skrawki szczypiorku; wytrzeszczając oczy podobne do ślepiów modliszki, bezpardonowym machnięciem kija strącił czerwony jedwabny kwiat z głowy Zezowatej Hua, młodszej siostry Zhanga Dzięcioła. Zezowata Hua była w zażyłych stosunkach ze wszystkimi kwatermistrzami wszystkich oddziałów, jakie stacjonowały w wiosce. Jedwabna bielizna, którą miała dziś na sobie, była podarunkiem od Wanga Buhe, kwatermistrza jednostki Simy Ku; z ust Hua unosiła się woń papierosów, które także dostała od kwatermistrza Wanga. Z głośnym przekleństwem schyliła się po kwiat, nabierając przy okazji garść piachu, którym sypnęła w modliszkowate oczy Głuchego Hanguo. Piach oślepił Hanguo, który wypuścił kij, „tfu!" – splunął śliną zmieszaną z kurzem i trąc oczy rękoma, jął obrzucać Zezowatą Hua obelgami:
– Hua, ty zezowata sprzedajna dziwko w dziurawych butach, jebać córkę twojej matki, pieprzona siostrzenico Czarnego Pierdoły!
Zhao Szósty, gadatliwy handlarz opałem, odezwał się półgłosem:
– Głuchy Hanguo, po co się tak kręcisz w kółko i owijasz w bawełnę? Powiedz jej wprost, za kogo ją uważasz!
Zanim dokończył, stołeczek z cyprysowego drewna wylądował mu z hukiem na plecach.
– Ajajaj! – wrzasnął Zhao i odwrócił się gwałtownie.
Napastnikiem okazał się starszy brat Zezowatej Hua, Zhang Dzięcioł, chuderlawy mężczyzna o żółtej twarzy, uczesany z przedziałkiem w długich włosach, wiszących po bokach głowy; prosta linia przedziałka przypominała długą bliznę od cięcia nożem. Był ubrany w jedwabną koszulę barwy popiołu i trząsł się ze złości. Miał tłuste włosy i nerwowo mrugał oczami. Sima Liang szepnął mi, że ten gość kręci z własną młodszą siostrą, czyli z Zezowatą Hua. Ciekawe, skąd Sima Liang znał takie tajemnice?
– Wujaszku, mój ojciec mówi, że jutro rozstrzelają kwatermistrza Wanga – szepnął mi Sima Liang.
– A Zhang Dzięcioł? Jego też rozstrzelają? – zapytałem cichutko.
Zhang Dzięcioł kiedyś wyzywał mnie od bękartów, miałem z nim na pieńku.
– Pójdę i pogadam z tatą, niech rozstrzelają i ten kazirodczy pomiot – oznajmił Sima Liang.
– Pewnie! Niech rozstrzelają ten kazirodczy pomiot! – zawtórowałem mu, wyładowując swoją złość.
Głuchy Hanguo, który ledwie widział załzawionymi oczyma, machał rękoma bezładnie. Zanim Zhang Dzięcioł zdążył zadać kolejny cios, Zhao Szósty wyrwał mu stołek i rzucił w powietrze.
– Pierdolić twoją siostrę! – wypalił.
Zakrzywione jak orle szpony paluchy Zhanga Dzięcioła chwyciły Zhao Szóstego za gardło. Zhao Szósty złapał Zhanga Dzięcioła za włosy. Ciągnąc jeden drugiego, w nierozerwalnym uścisku zawędrowali do strefy zarezerwowanej dla podkomendnych Simy Ku. Zezowata Hua skoczyła za nimi, chcąc wspomóc brata, lecz wiele ciosów jej pięści przez pomyłkę trafiało w plecy Zhanga Dzięcioła. W końcu udało się Hua uzyskać sposobność i wśliznąć się niczym nietoperz za plecy Zhao Szóstego, a potem między jego nogi i złapać go za jądra. Guan Meteor, mistrz sztuk walki, dopingował:
– Nieźle, nieźle! Klasyczne „zerwanie brzoskwini spod liścia"!
Zhao Szósty zawył boleśnie, rozluźnił uścisk i zgiął się wpół jak gotowana krewetka, skurczył się w sobie; jego twarz w blasku zachodzącego słońca stopniowo nabierała barwy złota. Zezowata Hua ścisnęła go jeszcze mocniej.
– Mówiłeś coś o pierdoleniu, nie? – syknęła. – Więc proszę, czekam na ciebie!
Zhao Szósty leżał kompletnie sparaliżowany na ziemi, niczym kawał drgającego mięsa. Zalany łzami Głuchy Hanguo wymacał na ziemi swój kij i niczym postać ducha na czele orszaku pogrzebowego jął wymachiwać nim na wszystkie strony, nie zważając, czy bije w ziarno, czy w plewy, w arystokrację czy w plebs. Kogo dorwał, ten oberwał, kogo dostał, tego wychłostał. Kij tańczył i fruwał, kobiety krzyczały, dzieci płakały. Ci, którzy stali daleko, przeciskali się bliżej, chcąc sprawdzić, co się dzieje, a znajdujący się w centrum wydarzeń usiłowali uciec gdzieś na bok. Zgiełk rozchodził się falami, zbici w kupę ludzie deptali się i przygniatali nawzajem. Moją uwagę zwróciła Zezowata Hua, która na skutek ciosu kijem w pośladki runęła nagle w tłum, gdzie wszyscy ci, którzy czekali na okazję do zemsty albo zwyczajnie nie mieli ochoty trzymać rąk przy sobie, zaczęli ją szturchać i macać do woli, wywołując głośne okrzyki protestu.