– Poddajcie się, bracia! – zawołał Sima Ku. Rzucana bezładnie na ziemię broń lśniła w świetle pochodni.
Sima Ku zakrwawionymi rękami obejmował Shangguan Zhaodi, lamentując w głos:
– Zhaodi! Zhaodi! Żono ukochana, obudź się…
Czyjaś drżąca ręka złapała mnie za ramię. Podniosłem głowę. W świetle pochodni rozpoznałem bladą twarz Niandi, która leżała na ziemi, przygnieciona przez kilka nie całkiem kompletnych trupów.
– Jintong… Jintong… – wykrztusiła z trudem. – Ty żyjesz? Wyciągnęła do mnie ręce.
– Młodszy braciszku – prosiła – pomóż, weź mnie za rękę…
Ręce miałem całe zielone i śliskie, ona także. Chwyciłem za nie – mimo mocnego uchwytu wyśliznęły mi się, jakbym usiłował złapać pijawki. Wszyscy już leżeli na ziemi, nikt nie odważył się ruszyć; biała smuga wciąż oświetlała ekran, na którym trudny związek dwojga Amerykanów wkraczał w najbardziej burzliwą fazę: kobieta stała z uniesionym nożem nad chrapiącym mężczyzną. Młody Amerykanin Babbitt wołał spod projektora:
– Niandi! Niandi, gdzie jesteś?
– Tu jestem, Babbitt, pomocy! – Szósta Siostra wyciągnęła ku niemu rękę.
Miała zachrypnięty głos, twarz zalaną łzami i zasmarkaną. Wysoki i szczupły Babbitt, chwiejąc się, usiłował dokuśtykać do żony. Poruszał się z trudem, jak koń, który utknął w błocie.
– Stać! – krzyknął ktoś, strzelając w powietrze. – Nie ruszać się!
Babbitt zgiął się wpół jak przecięty nożem i padł na ziemię.
Nie wiadomo skąd wyczołgał się Sima Liang. Miał naderwane ucho, strużka krwi moczyła mu włosy, ściekała na policzek i szyję. Postawił mnie na nogi i twardymi palcami wprawnie obmacał mi wszystkie kończyny.
– Wszystko z tobą w porządku, wujaszku, ręce masz całe, nogi też – oznajmił.
Schylił się, odsunął zwłoki przygniatające Szóstą Siostrę i pomógł jej wstać. Suknia Niandi z wysokim kołnierzem była upstrzona plamami krwi.
Smagani ulewą przypominającą deszcz strzał zostaliśmy zagnani do wnętrza wielkiego wiatraka, który był najwyższym budynkiem w wiosce, a obecnie służył za więzienie. Wspominając to wszystko, dochodzę do wniosku, że mieliśmy mnóstwo sposobności do ucieczki. Ulewny deszcz zgasił pochodnie niesione przez cywilnych członków Siedemnastego Batalionu, a żołnierze szli, zataczając się, z trudem znosząc uderzenia lodowatych kropel, które zalewały im oczy. Drogę z przodu oświetlały jedynie dwie latarki. Mimo to nikt nie próbował uciekać; jeńcy i strażnicy cierpieli wspólnie. Gdy zbliżyliśmy się wreszcie do zrujnowanych wrót, żołnierze jeszcze chętniej niż my ruszyli do środka.
Młyn dygotał pod ciosami nawałnicy; w niebieskawym świetle błyskawic dostrzegłem, że przez szczeliny w blaszanym dachu płyną istne wodospady. Z wystających blaszanych kalenic ściekały lśniące strumienie, szarobiałe masy wody z rowu w pobliżu bramy wylewały się wprost na ulicę. W czasie tej trudnej wędrówki z klepiska do młyna ja, Szósta Siostra i Sima Liang zostaliśmy rozdzieleni. Przede mną szedł żołnierz w czarnej pelerynie. Miał zbyt krótkie wargi, które nie zakrywały żółtych zębów i sinych dziąseł, oraz szare, zamglone oczy. Gdy błyskawica zgasła, kichnął siarczyście w ciemnościach; fala zmieszanych woni papierosów i rzodkwi uderzyła mnie w twarz i zakręciła w nosie. W mroku zewsząd rozlegały się kichnięcia. Chciałem odszukać Szóstą Siostrę i Simę Lianga, ale bałem się krzyknąć – mogłem tylko czekać na następną błyskawicę i wśród porażającego huku, w pachnącym paloną siarką gromowym powietrzu rozejrzeć się za nimi, starając się wykorzystać krótką chwilę jasności. Za niską postacią żołnierza dojrzałem żółtawą, chudą twarz Zhanga Dzięcioła. Wyglądał bardzo malowniczo – jak duch, który powstał z grobu. Żółta twarz posiniała, włosy przypominały dwa płaty filcu, jedwabna koszula oblepiała ciało; szyja wydłużyła się jeszcze bardziej, grdyka miała wielkość kurzego jaja, a na piersi można mu było policzyć wszystkie żebra. Oczy Dzięcioła przypominały błędne ogniki cmentarne.
Przed świtem deszcz osłabł. Zamiast ogłuszającego łomotu blachy słyszeliśmy tylko delikatne postukiwania kropli o dach. Uderzające z rzadka błyskawice pozbyły się złowrogich odcieni zieleni i błękitu na rzecz łagodnej żółci i bieli. Grzmoty się oddalały, wiał północno-wschodni wiatr, grzechocząc blaszanym pokryciem dachu; zbierająca się na nim woda spływała szczelinami do środka. Zimny wiatr przenikał do szpiku kości; cali zesztywnieliśmy. Zbiliśmy się w ciasną kupę, nie zważając, kto wróg, a kto przyjaciel. Kobiety i dzieci płakały w ciemności. Czułem, jak dwa kurze jajka między moimi nogami kurczą się, wywołując ostre bóle w dole brzucha. Skurcze dosięgały żołądka; wnętrzności chyba mi zamarzły, zamieniły się w bryłę lodu. Gdyby ktokolwiek chciał teraz opuścić młyn, nikt nie próbowałby go zatrzymać, lecz nie było chętnych.
Wreszcie jacyś ludzie stanęli w drzwiach. Kompletnie zdrętwiały, opierałem się na czyichś plecach, a ów ktoś opierał się na moich. Usłyszeliśmy chlupot kroków na zalanej wodą ziemi i zobaczyliśmy dwa chwiejne snopy żółtego światła. We wrotach stało kilku mężczyzn, zakutanych w peleryny; widać było tylko ich twarze. Któryś z nich zawołał:
– Żołnierze Siedemnastego Batalionu, wracać do kwatery głównej!
Wołanie zabrzmiało ochryple, lecz z pewnością nie była to naturalna cecha głosu mężczyzny – w rzeczywistości jego głos był czysty, donośny i pełen autorytetu. Rzut oka i rozpoznałem go – między peleryną a czapką znajdowała się twarz komendanta i oficera politycznego Plutonu Wysadzania Mostów, Lu Lirena. Wieść o tym, że jego jednostka weszła w skład sił samodzielnych, doszła do moich uszu tej wiosny i oto stanął przed nami we własnej osobie.
– Pośpieszcie się – rzekł. – Wszyscy już zakwaterowani, towarzysze, teraz czas na was. Wymoczcie nogi i napijcie się naparu z imbiru!
Żołnierze czym prędzej wybiegli z młyna i ustawili się w kilku szeregach na wymytej deszczem ulicy; paru wyglądających na wyższych rangą zapaliło latarnie sztormowe i zaczęło wydawać rozkazy: „Kompania trzecia, za mną!", „Kompania siódma, za mną!"
Żołnierze pomaszerowali za latarniami. Kilkunastu uzbrojonych w pistolety maszynowe, w wielkich trzcinowych pelerynach, wysunęło się na czoło.
– Panie komendancie, nasza straż uda się na tyły, pilnować więźniów – zameldował ich dowódca i zasalutował, a Lu Liren odwzajemnił salut.
– Pilnujcie ich dobrze, nie pozwólcie, żeby choć jeden się wymknął! Rankiem policzcie ich dokładnie. O ile się nie mylę – odwrócił się z uśmiechem w kierunku pogrążonego w ciemnościach młyna – mój przyjaciel Sima Ku też tu jest.
– Jebać twoich przodków! – bluznął Sima Ku zza wielkiego kamienia młyńskiego. – Jiangu Lirenie, ty nędzny, obrzydliwy człowieczku, tutaj jestem!