– Zobaczymy się, jak tylko się rozwidni! – odparł ze śmiechem Lu Liren i oddalił się energicznym krokiem.
Wysoki dowódca straży stał w świetle latarni.
– Dobrze wiem, że niektórzy z was mają przy sobie broń – powiedział. – Stoję pod latarnią, a wy chowacie się w ciemnościach, toteż moglibyście zastrzelić mnie z łatwością. Mimo to nie radzę wam próbować. Możecie dostać mnie jednego, ale – tu szerokim gestem wskazał stojących za nim, trzymających pistolety maszynowe żołnierzy – gdy oni wszyscy wkroczą do akcji, zginie was znacznie więcej. Z zasady dobrze traktujemy naszych więźniów. Gdy się rozwidni, przeprowadzimy przegląd. Tych, którzy zechcą przyłączyć się do nas, przyjmiemy z otwartymi ramionami, a kto nie zechce, dostanie pieniądze na drogę i niech wraca do domu.
We młynie nikt nie odezwał się ani słowem, słychać było tylko plusk wody. Dowódca kompanii kazał żołnierzom zamknąć wielkie, spróchniałe, krzywe wrota. Żółte światło latarni sztormowej przeświecało przez szpary w drzwiach, padając na kilka opuchniętych twarzy.
Gdy odeszli żołnierze Siedemnastego Batalionu, we młynie zrobiło się nieco przestronniej. Chciałem dopchać się tam, skąd dobiegał głos Simy Ku. Potknąłem się o kilka par dygocących, gorących nóg, przy akompaniamencie modulowanych jęków ich właścicieli. Wielki młyn był dziełem Simy Ku i jego starszego brata Simy Tinga. Nie zmielono w nim nigdy ani jednego worka ziarna – już pierwszej nocy po ukończeniu budowy wichura połamała skrzydła wiatraka, a resztki długich desek łomotały na wietrze przez cały rok. Wnętrze było tak ogromne, że dałoby się tu urządzić pokaz cyrkowy. Dwanaście kamieni młyńskich wielkich jak pagóry stało nieporuszenie na wyłożonej cegłą podłodze.
Dwa dni wcześniej rozglądałem się tu z Simą Liangiem, który mówił, że chce namówić ojca, żeby we wnętrzu wiatraka urządził kino. Dreszcz przeszedł mnie, ledwie postawiłem stopę w środku. Z głębi ogromnego pomieszczenia ruszyło na nas stado wściekłych szczurów, piszcząc przeraźliwie i zatrzymało się dwa kroki przed nami. Na czoło stada wysunął się ogromny, biały, czerwonooki zwierzak, przykucnął i wystawił przednie łapy, zaopatrzone w pięknie odrobione, jakby wyrzeźbione z jadeitu pazurki i pogładził śnieżnobiałe wąsiki. Małe ślepka lśniły jak gwiazdy. Za nim kilkadziesiąt czarnych szczurów ustawiło się w półkole – wpatrując się w nas zawzięcie, formowały szyki i planowały atak. Cofnąłem się bojaźliwie, skóra na głowie kurczyła mi się coraz bardziej, lodowate dreszcze przebiegały po plecach. Sima Liang osłonił mnie, mimo że sięgał mi jedynie do podbródka, schylił się, kucnął i wpił spojrzenie w białego szczura. Zwierzak nie okazał nawet odrobiny lęku – opuścił łapki i usiadł tak, jak czynią to zwierzęta z rodziny psów; jego pyszczek i wąsy drżały nieznacznie. Widać było, że ani szczur, ani Sima Liang nie zamierzają ustąpić. Ciekawe, co też te szczury sobie myślały, zwłaszcza ten jeden?
Co myślał Sima Liang, mały chłopak, który niegdyś budził we mnie tak wielką niechęć, a teraz stawał mi się coraz bliższy? Czy pojedynkowali się ze szczurem na spojrzenia? Czy była to próba siły woli, próba sprawdzenia, co ostrzejsze – igła czy wąs pszenicznego kłosa? Kto był kłosem? Kto igłą? Wydało mi się, że słyszę głos szczura:
– To nasza ziemia, nie wolno wam naruszać naszego terytorium!
Na to Sima Liang:
– Ten młyn należy do rodu Sima, zbudowali go mój wuj i mój ojciec, więc mogę tu wchodzić tak jak do własnego domu. To ja jestem tu gospodarzem.
I odpowiedź białego szczura:
– To silniejszy jest królem, a słabszy – złodziejem!
– Nawet tysiąc funtów szczurów nie może mierzyć się z ośmiofuntowym kocurem – zrewanżował się Sima Liang.
– Jesteś człowiekiem, nie kocurem – zauważył szczur.
– W poprzednim życiu byłem ogromnym kocurem i ważyłem dokładnie osiem funtów – rzekł Sima Liang.
– I ja mam w to uwierzyć?
Sima Liang położył dłonie na podłodze, zmrużył oczy, wyszczerzył zęby. Mrrauuu, Mrrauuu! – ostrzegawczy wrzask kocura rozbrzmiewał echem we wnętrzu młyna. Mraaa, miauuu, miaaa! – zdezorientowany, zalękniony szczur opadł na cztery łapy i szykował się do ucieczki, lecz Sima Liang skoczył na niego z kocią zwinnością i złapał w garść. Udusił zwierzaka, zanim ten zdążył go ugryźć. Inne szczury rozbiegły się na wszystkie strony. Naśladując Simę Lianga, rzuciłem się za nimi, miaucząc, lecz w mgnieniu oka zniknęły bez śladu. Sima Liang z uśmiechem spojrzał na mnie. Wielkie nieba! Chłopak miał kocie oczy, świecące w ciemności zielonym, złowrogim blaskiem. Wrzucił szczurze truchło w otwór w jednym z ogromnych młyńskich kamieni. Każdy z nas złapał za drewniany trzonek i pchnęliśmy, wytężając się jak niemowlęta przy piersi, lecz kamienie ani drgnęły, toteż zrezygnowaliśmy z prób. Zrobiliśmy przegląd całego młyna, jeden kamień po drugim – każdym z osobna dało się obracać. Doskonałe kamienie.
– Wujaszku – rzekł Sima Liang – może razem otworzymy młyn?
Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Oprócz piersi i mleka niczego innego nie potrzebowałem. To było cudowne popołudnie – słońce przeświecało przez szczeliny w blaszanym dachu i ażurowe okiennice, padając na szarą ceglaną podłogę, po której walały się szczurze bobki. Wśród szczurzych bobków zapewne znajdowały się także nietoperzowe – rzędy tych stworzeń o czerwonawych skrzydełkach wisiały u krokwi; pomiędzy nimi fruwał jeden, wielki jak spiczasty bambusowy kapelusz. Jego wrzaski odpowiadały rozmiarom – przeraźliwe i przeciągle, przyprawiały mnie o dreszcze. Pośrodku każdego kamienia młyńskiego wywiercono okrągły otwór, a w otworach osadzono idealnie proste świerkowe pręty o średnicy małych miseczek. Długie pręty przechodziły przez blaszany dach, a do ich końców były przymocowane wielkie skrzydła wiatraka. Zgodnie z projektem Simy Ku i Simy Tinga, gdy tylko zawieje wiatr, skrzydła powinny się kręcić i obracać prętami, które z kolei powinny wprawiać w ruch kamienie młyńskie. Niestety, rzeczywistość obróciła wniwecz cały ten misterny, genialny plan.
Kręcąc się między kamieniami w poszukiwaniu Simy Lianga, dostrzegłem szczury, które wspinały się i schodziły po świerkowych balach z wielką szybkością: Na jednym z kamieni siedział w kucki jakiś człowiek o jarzących się oczach – wiedziałem, że był to Sima Liang. Złapał mnie za rękę lodowatą, szponiastą łapką. Z jego pomocą wszedłem na drewniany uchwyt z boku kamienia i wspiąłem się na samą górę. Było tu mokro, w dziurach zebrała się szarawa woda.
– Wujaszku, pamiętasz tego białego szczura? – spytał tajemniczo.
Skinąłem głową w ciemności.
– On tu jest – szepnął. – Zamierzam obedrzeć go ze skóry i zrobić z niego nauszniki dla babci.
Rachityczna błyskawica zamrugała gdzieś daleko na południowym niebie, wypełniając wnętrze młyna bladym światłem. Zauważyłem, że Sima Liang trzyma w dłoni martwego szczura. Trup zwierzaka był przemoczony, jego cienki, długi, wstrętny ogon zwisał bezwładnie.
– Wyrzuć go – powiedziałem z obrzydzeniem w głosie.
– Bo co? – oburzył się.
– Bo to paskudztwo. Nie brzydzisz się?
Sima Liang milczał. Usłyszałem, jak zdechły szczur wpada z powrotem do otworu w kamieniu młyńskim.
– Wujaszku, jak myślisz, co oni z nami zrobią? – spytał zatroskany Sima Liang.
No właśnie, co z nami będzie? Z ulicy dobiegał chlupot kroków, właśnie zmieniała się warta u wrót. Nowi wartownicy parskali jak konie.
– Ależ ziąb i to ma być sierpień? Może chwyci mróz? – odezwał się jeden z nich.