Выбрать главу

– Dość tego hałasu! – wrzasnął Ma. – Czekajcie, niedługo zostaniecie wypuszczeni! Cioteczko – zwrócił się do matki pojednawczym tonem – niechże pani wraca do domu, jeśli tylko pani syn nie zrobił nic złego, na pewno go uwolnimy.

– Moje dziecko! – jęknęła matka. Ominęła dowódcę i ruszyła znowu do wrót.

Dowódca znowu skoczył i zastąpił jej drogę.

– Ciotko – rzekł surowo – ostrzegam, jeśli pani zrobi choć krok dalej, skończą się uprzejmości!

Matka spojrzała na niego kamiennym wzrokiem.

– Masz matkę? Jesteś człowiekiem? – spytała półgłosem, po czym uderzyła go w twarz i ruszyła chwiejnie swoją drogą.

Strażnicy rozstąpili się, przepuszczając ją.

– Zatrzymać ją! – rozkazał dowódca, trzymając się ręką za policzek.

Strażnicy stali nieruchomo, jakby nie dosłyszeli. Matka stanęła pod drzwiami. Wystawiłem rękę przez otwór, machałem i wołałem ją. Matka pociągnęła za zardzewiałą zasuwę; słyszałem jej ciężki oddech.

Zasuwa szczęknęła. Kula z pistoletu przebiła deski. Rozległ się przeraźliwy huk, spróchniałe drzazgi posypały się na nasze głowy.

– Nie ruszać się! Jeśli pani się ruszy, będę musiał panią zastrzelić! – wrzasnął komendant Ma i wypalił w powietrze.

Matka odsunęła zasuwę i otworzyła drzwi. Rzuciłem się do przodu i wtuliłem się w jej piersi. Sima Liang i Szósta Siostra ruszyli za mną. Ktoś we młynie zawołał:

– Bracia, uciekajmy stąd, teraz! Nie będzie drugiej okazji! Żołnierze oddziału Simów ruszyli falą na zewnątrz, spychając nas na boki swoimi twardymi ciałami. Upadłem na ziemię, a na mnie runęła matka.

We młynie panowało totalne zamieszanie. Płacze, krzyki, wołania zlewały się w jeden wielki zgiełk. Żołnierze Siedemnastego Batalionu kręcili się i wywracali. Armia Simów chwyciła za broń. Zabrzęczały tłuczone kulami szyby. Komendant Ma wpadł do rowu, przeturlał się, a następnie powalił kilkunastu żołnierzy jednostki Simów, którzy poprzewracali się jak ołowiane żołnierzyki pod ostrzałem z jego pistoletu maszynowego. Inni rzucili się na niego, wepchnęli go z powrotem do rowu i jęli kopać zajadle, chlapiąc naokoło.

Żołnierze Siedemnastego Batalionu nadbiegli ulicą, strzelając i wrzeszcząc. Członkowie oddziału Simów rozproszyli się, ścigani bezlitośnie przez kule.

W całym tym zamieszaniu przywarliśmy plecami do ściany młyna, starając się odpychać każdego, kto się zbytnio zbliżył.

Stary żołnierz Siedemnastego Batalionu ukląkł na jednej nodze pod topolą, trzymając oburącz strzelbę. Zmrużył oczy i wycelował. Strzelba szarpnęła się, żołnierz Simów padł. Zewsząd rozlegały się huki, gorące łuski sypały się do wody, puszczając strumienie bąbelków. Weteran wycelował znowu, tym razem w ogorzałego, rosłego żołnierza, który zdołał już oddalić się kilkaset metrów na południe. Biegł przez zagony fasoli, podskakując jak kangur, w stronę sąsiedniego pola pszenicy. Stary żołnierz niespiesznie, lekką ręką wycelował znowu – huknęło, biegnący człowiek padł na ziemię głową naprzód. Stary żołnierz pociągnął zamek, łuska przekoziołkowała w powietrzu.

Wśród tego chaosu udało mi się dostrzec Babbitta. Przypominał ogłupiałego muła w stadzie owiec. Owce beczały, a on przepychał się między nimi. Z wytrzeszczonymi oczyma kroczył na swoich długich nogach, grzęznąc ciężkimi kopytami w błocie. Rozjuszony głuchoniemy Sun Niemowa przypominał czarnego tygrysa. Wymachiwał ze świstem swoim wielkim mieczem, prowadząc kilkunastu nieustraszonych, także zbrojnych w miecze wojowników, wznoszących bojowe okrzyki. Szli prosto na owce. Nie miały żadnych szans – już po chwili spadło kilka głów, przeraźliwe wrzaski niosły się wśród pól. Owce kompletnie straciły orientację, nie wiedząc, w którą stronę uciekać. Babbitt stanął, ogłupiały, rozglądając się wokoło. Oprzytomniał dopiero w momencie, gdy Niemowa ruszył w jego kierunku, i popędził galopem w naszą stronę, spieniony, dysząc ciężko. Stary żołnierz wycelował.

– Stary Cao! Nie strzelaj! – przedarł się przez tłum rozkaz Lu Lirena. – Towarzysze! Nie strzelajcie do Amerykanina!

Żołnierze Siedemnastego Batalionu zagęszczali szyki w taki sposób, jakby ciągnęli sieci. Więźniowie, którzy wciąż próbowali uciec z potrzasku, przypominali trzepoczące się w sieci ryby. Stopniowo spędzono ich na ciasny odcinek ulicy przed młynem.

Głuchoniemy wbił się w tłum więźniów i huknął Babbitta pięścią w ramię tak mocno, że Amerykanin obrócił się wokół własnej osi i zaczął wywrzaskiwać w swoim dziwacznym języku coś, co mogło być przekleństwami bądź tylko zwyczajnym protestem. Głuchoniemy uniósł miecz; ostrze zalśniło w słońcu. Babbitt podniósł ramiona, jakby chciał się zasłonić przed tym deszczem iskier.

– Babbitt! – Szósta Siostra, która stała obok matki, ruszyła niezdarnie w jego stronę, lecz upadła już po paru krokach i legła krzywo w błocie, z lewą stopą sterczącą spod prawej.

– Powstrzymajcie Suna Niemowę! – rozkazał Lu Liren.

Nieustraszeni wojownicy złapali go za ręce. Niemowa, warcząc złowrogo, dosłownie wymachiwał tamtymi w powietrzu, jakby to były szmaciane lalki. Lu Liren przesadził rów, stanął przy drodze, podniósł wysoko rękę i zawołał:

– Sunie Niemowo, pamiętaj o zasadach postępowania z więźniami!

Dostrzegłszy Lu Lirena, Sun Niemowa przestał się miotać, a nieustraszeni wojownicy puścili go. Sun wetknął miecz za pas i rękami niczym żelazne szczypce złapał Babbitta za ubranie, wyciągnął go z tłumu i postawił przed Lu Lirenem. Amerykanin powiedział coś po swojemu, a Lu Liren odpowiedział mu w tym samym języku; krótkim zdaniom towarzyszyły tnące gesty dłonią. Babbitt uspokoił się. Szósta Siostra błagalnie wyciągnęła ku niemu rękę.

– Babbitt! – jęknęła.

Babbitt przesadził rów i pomógł Szóstej Siostrze wstać. Jej lewa noga wisiała bezwładnie, jak martwa. Babbitt z wysiłkiem podtrzymywał żonę, obejmując ją w pasie. Okropnie brudna sukienka, przypominająca pomarszczoną łupinę cebuli, uniosła się w górę; wyjrzały spod niej bladosine pośladki, podobne do rybich brzuchów. Szósta Siostra uwiesiła się na szyi Babbitta, a ten podtrzymywał ją pod pachami. W końcu małżeńskiej parze udało się stanąć na wszystkich czterech nogach. Gdy tylko jego błękitne, smutne oczy dostrzegły naszą matkę, Babbitt wziął Szóstą Siostrę na ręce razem z jej zranioną nogą i z wysiłkiem powlókł się w naszą stronę.

– Mama… – powiedział po chińsku. Wargi mu drżały, kilka ogromnych łez spłynęło na policzki.

Woda w rowie zafalowała. Komendant Ma strząsnął z siebie zwłoki żołnierza wrogiej armii i pomału wygramolił się na drogę; wyglądał jak gigantyczna ropucha. Jego płaszcz pokrywały plamy wody, krwi i błota, przypominające ropusze brodawki. Stanął na trzęsących się, ugiętych nogach – widok straszny i żałosny zarazem. Na pierwszy rzut oka przypominał nieco niedźwiedzia, a po bliższym przyjrzeniu się – bohatera.

Miał wyłupione jedno oko – zwisało mu w okolicy nosa jak lśniący szklany koralik, stracił dwa przednie zęby, z podbródka kapała mu krew.

Jakaś żołnierka ruszyła w jego stronę z walizeczką pierwszej pomocy i podtrzymała chwiejącego się dowódcę.

– Pani komendantko Shangguan, mamy ciężko rannego! – zawołała.

Jej wątła postać ugięła się pod ciężarem mężczyzny niczym młoda wierzba.

Nadbiegła komendantka Shangguan Pandi, a za nią dwójka sanitariuszy z noszami. Na głowie mojej siostry siedziała maleńka wojskowa czapka, twarz pod daszkiem była nalana i szeroka, jedynie uszy wystające spod krótkich włosów nie utraciły jeszcze wdzięku, właściwego kobietom z rodziny Shangguan.