Выбрать главу

– Liang! – zawołała matka z podwórza. – Weź małego wujka i ciocię i idźcie nad rzekę. Zatrzymajcie ich i powiedzcie, że chcę się z nimi pożegnać.

Rzeka była mętna i wzburzona, na powierzchni unosiły się źdźbła zboża, pędy słodkich ziemniaków, trupy zwierząt; środkiem nurtu płynęły nawet całe pnie drzew. Most, którego trzy filary swego czasu spalił Sima Ku, znalazł się całkowicie pod wodą; o jego istnieniu świadczyły jedynie potężne wiry i huk fal. Gąszcz krzaków nad rzeką również został zatopiony, tu i ówdzie ponad powierzchnię wystawała jakaś gałąź pokryta zielonymi liśćmi. Wody rozlewały się szeroko, szarobłękitne mewy polatywały nad falami, od czasu do czasu wyławiając jakąś małą rybkę. Przeciwległy brzeg był widoczny w postaci niewyraźnej czarnej linii, wyłaniającej się od czasu do czasu w oddali zza lśniących grzbietów fal. Tylko kilka cali dzieliło powierzchnię wody od szczytu nasypu; w niektórych miejscach żółte języki fal dotykały go prowokacyjnie i bulgoczącymi strumykami przelewały się na zewnątrz.

Gdy dotarliśmy nad rzekę, głuchoniemy Sun Niemowa właśnie trzymał swój dorodny organ i sikał; strumień piwnożółtej cieczy z dźwięcznym chlupotem uderzał o powierzchnię wody. Na nasz widok uśmiechnął się przyjaźnie, wyciągnął z kieszeni gwizdek zrobiony z łuski naboju i zaczął gwizdać, imitując głosy ptaków: gardłowy śpiew drozda, płytkie pojękiwania wilgi, melancholijny świergot skowronka. Ptasie głosy były naprawdę fascynujące; pobliźniona twarz głuchoniemego nabrała łagodnej miękkości. Zakończywszy swój popis, wytrząsnął ślinę z gwizdka i podał mi go, mówiąc: „A-ao!", z czego jasno wynikało, że chce mi go podarować. Cofnąłem się o krok i patrzyłem na niego z obawą. Sunie Niemowo, ty morderczy demonie, nigdy nie zapomnę widoku twojej twarzy, gdy ścinałeś ludzi swoim mieczem! Sun znowu wyciągnął ku mnie rękę, powtarzając nerwowo swoje: „A-ao, a-ao!" z zaniepokojoną miną. Cofnąłem się, a on znowu się zbliżył.

– Wujaszku, nie bierz tego – szepnął mi do ucha Sima Liang, który stał za mną. – „Gdy niemowa w gwizdek dmucha, wzywa upiora albo ducha". On chodzi z tym na cmentarz i przywołuje duchy!

„A-ao!" – pokrzykiwał gniewnie Sun Niemowa, wreszcie wcisnął mi miedziany gwizdek siłą do ręki i odszedł w stronę ludzi budujących tratwy, przestając zwracać na nas uwagę. Sima Liang wyjął mi z dłoni gwizdek, obejrzał go dokładnie pod słońce, jakby doszukiwał się w nim jakiejś tajemnicy, i powiedział:

– Urodziłem się pod znakiem Kota, który nie należy do dwunastu zodiakalnych zwierząt, dlatego żaden duch mi nie podskoczy. Przechowam ten gwizdek dla ciebie.

Schował zabawkę do kieszeni. Miał na sobie tylko zielone spodnie do kolan, do których sam za pomocą grubej igły przyszył całe mnóstwo kieszeni, widocznych i ukrytych, zrobionych z różnokolorowych tkanin. Trzymał w nich masę dziwnych przedmiotów: kamyk, który zmieniał kolor w świetle księżyca, małą piłkę do cięcia dachówek, różnokształtne pestki moreli, parę wróblich szponów i dwie żabie czaszki. Były tam też zęby – jego własne zgubione mleczaki, a także zęby mleczne Ósmej Siostry i moje. Matka wyrzucała je na podwórze za domem, a Sima wszystkie znajdował, co nie było łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę gęste zarośla i walające się wszędzie psie kupy. Sima Liang mawiał: „Jeśli z całego serca pragniesz znaleźć jakąś rzecz, sama wyskoczy z ukrycia". Teraz do jego kolekcji dołączył demoniczny gwizdek, znikając bez śladu w skarbcu przepastnych kieszeni.

Kilkunastu żołnierzy Siedemnastego Batalionu maszerowało uliczką w stronę rzeki, niosąc ciężkie sosnowe bale. Na głównej ulicy panowało zamieszanie: wieża obserwacyjna Simy Tinga znajdowała się w stanie oblężenia. Sun Niemowa dowodził oddziałem atakujących. Kazał im przewracać sosnowe bale na ziemię i wiązać je ze sobą grubymi drutami. Stary Zunlong, najzdolniejszy cieśla w miasteczku, kierował techniczną stroną przedsięwzięcia. Głuchoniemy sztorcował go, wydając ryki wściekłego goryla; jego ślina tryskała na wszystkie strony. Stary Zunlong stał na baczność z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, trzymając żelazne szczypce w prawej, a toporek w lewej dłoni. Jego pobliźnione kolana stykały się ze sobą, żylaste łydki były proste jak pałki, na stopach miał drewniaki.

Uliczką nadjechał strażnik na rowerze, ze strzelbą na plecach. Odstawił rower i zgarbiony wdrapał się na nasyp. W połowie drogi stopa ugrzęzła mu w szczurzej norze; gdy ją wyciągnął, z dziury trysnęła woda.

– Patrz – rzekł Sima Liang – zaraz przerwie wał. Żołnierz krzyknął:

– Uwaga! Tu jest dziura!

Wśród żołnierzy Siedemnastego Batalionu zapanował popłoch, porzucili pracę i wpatrywali się z lękiem w cieknący otwór. Na twarzy głuchoniemego pojawił się rzadki u niego skurcz przerażenia. Patrzył na rzekę i szalejące fale, które przewyższały największe budynki w wiosce. Wyjął zza pasa miecz i rzucił go na szczyt wału, pośpiesznie ściągnął koszulę i spodnie, pozostając w szortach, które wyglądały jak zrobione z twardej blachy. Zabełkotał coś głośno do żołnierzy, stojących bezradnie jak stadko bekasów i wlepiających w niego ogłupiałe spojrzenia. Jeden z nich, o gęstych brwiach, zapytał bardzo donośnie:

– Co mamy robić? Skakać do rzeki?

Głuchoniemy podbiegł do niego, złapał go za kołnierz munduru i pociągnął tak mocno, że kilka czarnych plastikowych guzików spadło na ziemię. Niemowie udało się w ogromnym podnieceniu wydusić z siebie jedno jedyne zrozumiałe słowo:

– Zdjąć!

Stary Zunlong spojrzał najpierw na dziurę w wale, potem na bulgoczące wiry.

– Panowie żołnierze – rzekł – to jest nora ziemnego szczura, tam głębiej musi być całe mnóstwo korytarzy. Wasz dowódca chce, żebyście wszyscy zdjęli ubrania, zeszli tam i pozatykali nimi dziury. Rozbierajcie się, żołnierze, za chwilę może już być za późno!

Zunlong zdjął swoją połataną kurtkę i rzucił głuchoniememu pod stopy. Żołnierze rozbierali się pośpiesznie. Pewien młodzieniec zdjął kurtkę, ale został w spodniach. Rozgniewany Niemowa zaczął znów wykrzykiwać swoje nowe słowo. Zapędzone w ślepy zaułek psy skaczą na mury, koty wspinają się na drzewa, zające gryzą, a niemowy zaczynają mówić.

– Zdjąć! Zdjąć! Zdjąć! – pokrzykiwał bez przerwy Sun, jakby zagrzewał drużynę do ataku.

Młody żołnierzyk wyjąkał zestrachany:

– Panie dowódco, nie mam pod spodem bielizny…

Głuchoniemy wyciągnął miecz, przyłożył młodzieńcowi do szyi i poszturchiwał go tępą stroną ostrza. Twarz młodego przybrała barwę kurzu.

– Panie Niemowo, już się rozbieram – wyjąkał płaczliwie. – Czy tak wystarczy? – Schylił się, pośpiesznie rozwiązał onuce i zdjął spodnie, odsłaniając blade pośladki i porośniętego delikatnym puchem ptaszka, którego od razu zakrył wstydliwie rękami.

Głuchoniemy już miał zmusić strażnika do rozebrania się, lecz ten zbiegł z wału, wskoczył na rower, zachwiał się kilka razy na boki i ruszył naprzód jak strzała, wołając:

– Wały puszczają! Wały puszczają!

Sun Niemowa złożył ubrania w kostkę i obwiązał onucami. Stary Zunlong przewrócił rozstawiony u stóp wału stelaż, opleciony pędami fasoli, zwinął pnącza i listewki w wielki kłąb i z pomocą kilku żołnierzy wtoczył na wał. Niemowa podniósł zwinięte ubrania i już miał wskoczyć do rzeki, lecz Zunlong wskazał ręką szalejące wiry, wyciągnął ze skrzynki z narzędziami płaską butelkę z zielonego szkła i wyciągnął korek. Rozeszła się mocna woń alkoholu. Niemowa wziął butelkę i odchylając głowę do tyłu, pociągnął spory łyk. Wystawił kciuk w geście aprobaty.