Выбрать главу

Na przeciwległym wale stała grupka ogorzałych mężczyzn; migotliwe odblaski na falach sprawiały, że wydawało się, iż stoją na powierzchni wody, nie na brzegu.

– Dajcie im jeszcze jeden sygnał – polecił Lu Liren.

Niski żołnierz wyjął czerwoną flagę, przywiązał ją do długiej gałęzi, pozostawionej przez Starego Zunlonga i zamachał nią. Z przeciwległego brzegu rozległy się okrzyki.

– No dobra! – rzucił Lu Liren i zawiesił sobie lornetkę na szyi. – Oficerze sztabowy Qian – zwrócił się do młodego oficera, z którym rozmawiał wcześniej – idźcie i powiedzcie sztabowemu Du, niech czym prędzej przyprowadzi więźniów.

Oficer sztabowy Qian popędził w dół nasypu.

Lu Liren wskoczył na tratwę i zatupał, testując jej wytrzymałość.

– Mam nadzieję, że nie rozpadnie się na samym środku rzeki – rzekł do Starego Zunlonga.

– Nie ma strachu, panie dowódco. Jesienią dziesiątego roku republiki wieśniacy przeprawiali senatora Zhao przez rzekę. To ja zbudowałem im tratwę.

– Mamy tu naprawdę ważnych więźniów, nie możemy sobie pozwolić na najmniejszy błąd – zastrzegł Lu Liren.

– Nie ma powodów do obaw – uspokajał go Zunlong. – Jeśli coś się stanie, możecie mi obciąć dziewięć z moich dziesięciu palców!

– A co by nam z tego przyszło? Nawet moje dziesięć palców na nic się nie przyda, jeśli stanie się nieszczęście.

Matka na czele swojej drużyny wspinała się na wał. Lu Liren wyszedł jej na spotkanie.

– Szanowna ciotko – rzekł uprzejmie – prosimy o chwilę cierpliwości. Niedługo ich przyprowadzą.

Schylił się, zbliżając twarz do małej Lu Shengli, która wybuchnęła płaczem. Zmieszany poprawił okulary, przywiązane do uszu konopnymi sznurkami.

– Mała nawet nie zna własnego ojca…

– Mężu mojej piątej córki – westchnęła matka – ciągle walczycie ze sobą i walczycie. Kiedy to się wreszcie skończy?

– Nie martwcie się. – Lu Liren miał już w głowie gotową odpowiedź.

– Za dwa, a najdalej za trzy lata będziecie mogli wieść spokojne życie.

– Jestem tylko kobietą i nie powinnam ci niczego sugerować, ale czy nie mógłbyś ich uwolnić? W końcu to także twoja rodzina. Szwagierka, jej mąż…

– Droga teściowo – wyjaśnił z uśmiechem Lu Liren – to nie zależy ode mnie. Jak to się dzieje, że ciągle trafiają ci się tacy kłopotliwi zięciowie? – Roześmiał się. Jego śmiech nieco rozładował ponurą atmosferę na nasypie.

– Więc porozmawiaj ze swoim dowództwem, niech ich ułaskawią! – poprosiła matka.

– Kto sieje melony, ten zbiera melony. Kto sieje fasolę, temu wyrośnie fasola… Gdy się sadzi cierniste krzaki, nie można bać się kolców. Teściowo, lepiej nie zaprzątaj sobie głowy takimi sprawami…

Uliczką nadszedł oddział strażników eskortujących Simę Ku, Babbitta i Shangguan Niandi. Sima Ku miał ręce związane sznurem na plecach; ręce Babbitta, skrępowane miękkimi onucami, zwisały z przodu, Niandi nie była związana wcale. Gdy mijali nasz dom, Sima Ku podszedł do bramy, a jeden ze strażników zastąpił mu drogę. Sima Ku splunął.

– Z drogi! – krzyknął. – Chcę się pożegnać z moją rodziną!

Lu Liren złożył dłonie w trąbkę i zawołał w stronę naszej uliczki:

– Komendancie Sima! Proszę zawrócić, wszyscy są tutaj!

Sima Ku, jakby niczego nie słyszał, zgarbił się i uparcie ruszył do środka, a za nim Babbitt i Niandi. Wszyscy troje kręcili się po naszym podwórku mnóstwo czasu, a Lu Liren nieustannie spoglądał na zegarek. Na przeciwległym brzegu żołnierze eskorty wciąż machali ku nam czerwoną flagą, a nasz oficer sygnałowy czynił to samo w odpowiedzi. Co chwila zmieniał układ ruchów, jakby coś ćwiczył.

Sima Ku i jego towarzysze w końcu opuścili podwórze i zaczęli się wspinać na wał.

– Opuścić tratwę! – rozkazał Lu Liren.

Kilkunastu żołnierzy pchnęło ciężką tratwę na wodę. Fale były bardzo silne. Tratwa zanurzyła się w wodzie i pomału wypłynęła z powrotem na powierzchnię; przybrzeżny nurt ustawił ją wzdłuż wału. Kilku żołnierzy mocno trzymało za liny, by prąd nie porwał jej w dół rzeki.

– Komendancie Sima, panie Babbitt – oznajmił Lu Liren – nasza armia jest humanitarna i kieruje się poszanowaniem godności ludzkiej. Dlatego zezwoliliśmy wam pożegnać się z rodziną. Prosimy jednak o pośpiech.

Sima Ku, Babbitt i Shangguan Niandi zbliżyli się do nas. Sima Ku promieniał uśmiechem, Babbitt był wyraźnie przygnębiony. Shangguan Niandi także miała smutną minę, lecz jej oblicze przypominało twarz nieustraszonego bohatera, idącego na śmierć.

– Szósta Siostro, ty możesz tu zostać – przypomniał szeptem Lu Liren.

Shangguan Niandi pokręciła głową na znak, że jej decyzja o towarzyszeniu mężowi jest nieodwołalna.

Matka zdjęła serwetkę z bambusowego koszyka. Sha Zaohua podała jej obraną dymkę, którą matka owinęła w biały placek. Następnie wyjęła z koszyka dzbanek pasty sojowej i wręczyła Simie Liangowi.

– Trzymaj, Liang – powiedziała.

Sima Liang wziął dzbanek, wlepiając w matkę zdumione spojrzenie.

– Nie gap się na mnie, patrz na ojca!

Sima Liang przesunął wzrok na Simę Ku. Sima Ku opuścił głowę i spojrzał na syna, krzepkiego, o skórze ciemnej jak czarna makrela; jego twarz zasnuła chmura smutku – uczucia, które chyba nigdy dotąd nie gościło na tym pociągłym, śniadym obliczu. Jego obwisłe ramiona zadrżały. Czy pochyli się, by dotknąć własnego syna?

– Tato… – powiedział półgłosem Sima Liang.

Sima Ku przewracał brązowymi oczyma, łykając łzy. Podniósł stopę i szturchnął malca w pośladek, mówiąc:

– Synku, pamiętaj, żaden mężczyzna z rodu Sima nie umarł na kangu. Ty też musisz być taki!

– Tato, czy oni cię zastrzelą? – spytał Sima Liang.

– Twój ojciec przegrał, ponieważ miał za miękkie serce – rzekł Sima Ku, patrząc na mętne fale. – Zapamiętaj sobie, synku, jeśli masz być człowiekiem złym, musisz mieć serce z kamienia, musisz zabijać bez mrugnięcia okiem. Jeśli chcesz być człowiekiem dobrym, musisz iść przez życie z opuszczoną głową i uważać, by nie zdeptać nawet najdrobniejszej mrówki. To, czego ci nie wolno, to żyć jak nietoperz – ni to ptak, ni to ssak. Zapamiętałeś wszystko dokładnie?

Sima Liang zagryzł wargi i poważnie skinął głową. Matka podała Shangguan Laidi placek z zawiniętą w środku dymką. Laidi z plackiem w ręku spojrzała na matkę bezmyślnie.

– Daj mu to! – poleciła matka.

Shangguan Laidi wyglądała na zawstydzoną. Z całą pewnością nie zapomniała namiętnego spotkania sprzed trzech dni. Jej nieśmiałe, zachwycone spojrzenie było tego niezbitym dowodem. Matka zerkała to na Shangguan Laidi, to na Simę Ku. Jej wzrok był jak złota nić, która łączyła spojrzenia obojga. Ich oczy rozmawiały ze sobą bez słów. Shangguan Laidi zrzuciła czarny płaszcz – pod spodem miała pikowane purpurowoczerwone wdzianko, purpurowe spodnie obszyte lamówką, a na nogach haftowane pantofelki tego samego koloru. Wdzięczna sylwetka, promienna twarz. Sima Ku poskromił jej szalejącą namiętność, lecz wywołał tęsknotę. Wciąż była piękną kobietą, uwodzicielską i pełną uroku młodą wdową.

– Szwagierko, uważaj na siebie – rzekł Sima Ku, wpatrując się w Laidi.

– Ty jesteś diamentowym wiertłem, a on – spróchniałym pniakiem – odparła tajemniczo Laidi.

Podeszła do niego, umoczyła zwinięty placek w brązowej paście z naczynia, trzymanego wysoko przez Simę Lianga i obróciła go zręcznie kilka razy, by sos nie wyciekł na ziemię, po czym podsunęła placek Simie Ku. Sima Ku wykonał koński ruch głową do tyłu, a potem do przodu i otwierając szeroko usta, odgryzł łapczywie kawałek placka. Żuł z trudem, głośno chrupiąc; jego policzki urosły i stały się bardzo okrągłe. Z oczu pociekły mu dwie wielkie łzy. Wyciągnął szyję, przełknął, pociągnął nosem i rzekł: