Lu Liren spojrzał na zegarek i zarządził:
– Wypływać!
Dwaj żołnierze na brzegu poluzowali liny. Stary Zunlong pchnął drzewcem, a dwie grupki wioślarzy po obu stronach niezręcznie zamieszały w wodzie wiosłami. Tratwa pomału oddalała się od brzegu i dryfowała z prądem, przekręcając się na bok. Dwaj żołnierze na brzegu popuszczali długą linę, zrobioną z kilkudziesięciu powiązanych ze sobą onuc, jakby puszczali latawiec.
Ludzie z przeciwległego brzegu obserwowali tratwę niespokojnie. Lu Liren zdjął okulary i przetarł je pośpiesznie rękawem. Jego spojrzenie w okularach wydawało się oszołomione i nadawało całej twarzy wyraz ogłupiałego odrętwienia. Jego oczy otaczały jasne kręgi, jak u pewnego gatunku bagiennych ptaków, żywiących się pijawkami. Zaczepił z powrotem o uszy konopne linki, których używał zamiast zauszników; skórę za uszami miał otartą niemal do krwi. Tratwa ustawiła się bokiem, a niedoświadczeni w żegludze żołnierze bezładnie cięli wiosłami powierzchnię wody. Mętna ciecz zalewała tratwę i moczyła ubrania pasażerów. Babbitt, który miał wciąż skrępowane ręce, krzyczał w popłochu, Szósta Siostra kurczowo trzymała go za ramię. Stary Zunlong chwiał się na rufie.
– Towarzysze! – nawoływał. – Spokojnie, nie róbcie zamieszania! Musimy się zgrać, współpraca najważniejsza!
Lu Liren wyjął pistolet i huknął dwa razy w powietrze, żołnierze na tratwie natychmiast zadarli głowy.
– Słuchać Starego Zunlonga! Żadnego zamieszania! – krzyknął Lu Liren.
– Towarzysze! Na mój sygnał: i raz, i dwa, i raz, i dwa, raz, dwa, spokojnie, wiosłujemy, raz, dwa… – dyrygował Stary Zunlong.
Tratwa wypłynęła na środek nurtu i ruszyła pędem w dół rzeki. Babbitt i Szósta Siostra leżeli na brzuchach, fale przelewały im się przez plecy. Dwaj żołnierze trzymający liny wołali:
– Komendancie, lina nam się kończy!
Tratwa odpłynęła już około stu metrów w dół, liny były napięte jak druty; owinięte wokół ramion żołnierzy, wpijały im się głęboko w ciało. Przechylali się do tyłu tak mocno, że niemal kładli się na ziemi, ich pięty ślizgały się w błocie, w każdej chwili mogli ześliznąć się do wody. Tratwa coraz bardziej się przechylała, jej pasażerowie wrzeszczeli w popłochu.
– Szybko, do biegu! Biegiem, głupcy! – wykrzykiwał Lu Liren do żołnierzy z linami, którzy ruszyli niezgrabnie w dół rzeki.
Stojący na wale pośpiesznie cofali się, robiąc im przejście. Wiążące tratwę liny rozluźniły się nieco; łajba dryfowała w szalonym tempie, niesiona rwącym prądem. Stary Zunlong wykrzykiwał wciąż swoje komendy, wioślarze zginali grzbiety i pracowali rytmicznie, a tratwa, płynąc w dół, jednocześnie pomału zbliżała się do przeciwległego brzegu.
Kilka chwil wcześniej, gdy tratwa była w największym niebezpieczeństwie, a wszystkie spojrzenia kierowały się na wodę, Sima Liang odstawił pastę sojową i szepnął:
– Tato, odwróć się!
Sima Ku, wciąż żując swój placek, odwrócił się twarzą w stronę rzeki. Sima Liang stanął za nim, wyjął malutki nożyk o kościanej rękojeści, mój prezent od Babbitta i zabrał się do przecinania sznura, którym skrępowano ręce ojca. Ciął od wewnętrznej strony, uważając, by nie przerwać więzów całkowicie. Kiedy pracował, matka modliła się głośno:
– O Panie, bądź miłosierny, spraw, by moja córka i zięć bezpiecznie przeprawili się przez rzekę, o wielki, miłosierny Boże…
– Tato, gdy tylko pociągniesz, sznur się zerwie – usłyszałem szept Simy Lianga, który po chwili odwrócił się, błyskawicznie schował nożyk do kieszeni spodni i już z powrotem trzymał swój dzbanek z pastą sojową.
Shangguan Laidi dalej karmiła Simę Ku plackami. Tymczasem tratwa, która oddaliła się o dobre kilkaset metrów w dół rzeki, zbliżyła się do przeciwległego brzegu.
Lu Liren podszedł do Simy Ku i obrzucił go pogardliwym spojrzeniem.
– Towarzysz Sima ma niezły apetyt, jak widzę! – rzucił.
– Teściowa przyrządziła je własnoręcznie – wymamrotał Sima Ku, żując placek – a szwagierka osobiście mnie karmi, więc jak mógłbym nie jeść z apetytem? Taki posiłek, tak pięknie podany… Może już nigdy nie będę miał drugiej takiej okazji. Szwagierko, dodaj jeszcze trochę pasty.
Laidi ścisnęła placek, wypychając na zewnątrz końce szczypioru, zanurzyła je w trzymanym przez Simę Lianga dzbanku z brązową pastą i podsunęła Simie Ku, który ugryzł przesadnie wielki kęs i jął chrupać ze smakiem.
Lu Liren pokręcił głową z dezaprobatą i podszedł do naszej grupki, jakby czegoś szukał. Matka podniosła Lu Shengli i podała ojcu – mała wyrywała się z płaczem, Lu Liren cofnął się zmieszany.
– Towarzyszu Sima – rzekł – w gruncie rzeczy panu zazdroszczę. Nie potrafię być taki jak pan.
Sima Ku ugryzł kawałek placka i oznajmił:
– Obraża mnie pan, komendancie Lu. Nieważne, jakimi środkami, ale odniósł pan zwycięstwo i to pan jest królem. Ja przegrałem, więc jestem tylko pokonanym wrogiem. Pan jest tasakiem, a ja połciem mięsa. Może pan mnie posiekać albo pociąć na plasterki, a pan jeszcze ze mnie kpi!
– Nie kpię z pana – odparł Lu Liren. – Nie zrozumiał pan, co miałem na myśli. A zresztą to nieważne. Prawda jest taka, że gdy się pan spotka z moimi przełożonymi, dostanie pan szansę, by odpokutować za swoje złe uczynki. Jeśli zaś będzie pan trwał w uporze, rezultat nie będzie dla pana miły.
– Miałem dobre życie, pod dostatkiem jedzenia i dobrej zabawy. Śmierć mi tego wszystkiego nie zabierze. Jednak los mojego syna i córek muszę pozostawić w pańskich rękach.
– Proszę być o to spokojnym. Gdyby nie wojna, bylibyśmy dobrą rodziną!
– Jest pan prawdziwym intelektualistą, komendancie Lu. Pańskie słowa o rodzinie brzmią prawie jak święte mądrości, lecz w gruncie rzeczy nasze powiązania rodzinne opierają się na jednym: ktoś z kimś poszedł do łóżka…
Sima Ku roześmiał się głośno. Zauważyłem, że gdy się śmieje, nie porusza wcale ramionami.
Żołnierze, którzy trzymali liny, wrócili biegiem. Na przeciwległym brzegu wioślarze i ludzie z eskorty wspólnie holowali tratwę w górę rzeki. Oddaliwszy się na sporą odległość, popłynęli z powrotem w naszą stronę. Tym razem mieli dużo lepsze tempo – wioślarze wiosłowali w coraz bardziej skoordynowany sposób, a dwójka z linami na lądzie zgodnie z nimi współpracowała. Tratwa sunęła środkiem rzeki jak strzała, jednocześnie zbliżając się z przyzwoitą prędkością do brzegu.
– Czas kończyć posiłek, towarzyszu Sima – rzekł Lu Liren.
– Już się najadłem. – Sima Ku beknął. – Dziękuję ci, teściowo! Szwagierko, młodsza szwagierko Yunü, dziękuję wam! Synu, tyle czasu trzymałeś ten sos – dziękuję ci. Huang, Feng, słuchajcie babci i cioci. W razie kłopotów idźcie do Piątej Ciotki, bo dla niej teraz nastały dobre czasy, podczas gdy wasz ojciec wpadł w tarapaty. Mały wujaszku, rośnij duży. Twoja Druga Siostra, zanim sama urodziła dziecko, ciebie lubiła najbardziej. Często powtarzała, że Jintong ma wielką przyszłość. Nie zawiedź jej nadziei!
Na dźwięk tych słów poczułem bolesne kręcenie w nosie.
Tratwa dobiła do brzegu. Pośrodku siedział szef eskorty, promieniujący siłą i kompetencją. Lekko zeskoczył na brzeg i zasalutował Lu Lirenowi na powitanie. Lu Liren uprzejmie odwzajemnił pozdrowienie, po czym dwaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie tak serdecznie, jakby byli starymi przyjaciółmi.
– Pięknie walczyliście, panie Lu. Komendant Yu jest bardzo z was zadowolony, komisarz polityczny Song także wie o wszystkim – oznajmił szef eskorty, po czym ze skórzanej sakwy u pasa wyjął list i wręczył Lu Lirenowi.