Lu Liren wziął list, a do sakwy żołnierza wrzucił mały srebrny pistolecik.
– Oto drobny łup wojenny, proszę go przekazać pannie Lan ode mnie – rzekł.
– Dziękuję panu w jej imieniu – odparł mężczyzna.
– A teraz proszę mi to dać – zażądał Lu Liren, wyciągając rękę.
– O co chodzi? – zdumiał się przybysz.
– Zabieracie naszych jeńców, więc powinienem otrzymać pokwitowanie.
Szef eskorty sięgnął do sakwy, wyjął papier i pióro, pośpiesznie wypisał pokwitowanie i wręczył Lu Lirenowi.
– Jesteście bardzo skrupulatni, towarzyszu – rzekł.
– Małpa Sun Wukong jest sprytna, ale nie przechytrzy samego Buddy! – zaśmiał się Lu Liren.
– Czy to ja jestem Sun Wukong?
– Ależ nie, nie, to ja – odrzekł Lu Liren.
Mężczyźni przybili piątkę, wybuchając zgodnym śmiechem.
– Drogi Lu – powiedział półgłosem szef eskorty – podobno udało ci się zdobyć projektor filmowy? W sztabie już o tym słyszeli.
– Macie długie uszy – zauważył Lu Liren. – Powiedz w sztabie, że kiedy opadną wody, przyślemy im go razem z człowiekiem do obsługi.
– Cholera – wymamrotał do siebie Sima Ku – tygrys zabija ofiarę, by oddać ją niedźwiedziowi…
– Co pan powiedział? – spytał z dezaprobatą szef eskorty.
– Nic – odparł Sima Ku.
– Jeśli się nie mylę – rzekł szef – to pan jest ten słynny Sima Ku.
– Zgadza się – potwierdził Sima Ku.
– Zaopiekujemy się panem dobrze po drodze, komendancie Sima. Żywimy jednak nadzieję na współpracę z pańskiej strony. Nie mamy ochoty wracać do sztabu z trupem…
– O nie, nie odważę się wam w niczym przeszkadzać. – Sima Ku roześmiał się. – Wy w eskorcie trafiacie w dziesiątkę ze stu kroków. Nie mam najmniejszej ochoty bawić się w ruchomy cel.
– Szczery z pana chłop! No dobrze, komendancie Lu, możemy się już pożegnać. Komendancie Sima, zapraszam na łódź.
Sima Ku ostrożnie wkroczył na tratwę i równie ostrożnie ulokował się pośrodku. Szef eskorty, uścisnąwszy dłoń Lu Lirena, poszedł w ślady Simy Ku i usadowił się na rufie naprzeciwko niego, z rękami na wiszącej u pasa broni.
– Nie musi pan być aż tak ostrożny – rzekł Sima Ku. – Ręce mam związane z tyłu; gdybym skoczył do wody, niechybnie bym utonął. Niech pan lepiej usiądzie obok; kiedy tratwa się przechyli, będzie pan mógł mnie przytrzymać.
– Wiosłujcie, byle szybko – rozkazał cicho szef żołnierzom przy wiosłach, nie zwracając na niego uwagi.
Całą rodziną staliśmy stłoczeni na brzegu, hołubiąc w myślach nasz sekret i czekając niecierpliwie na rozwój wydarzeń.
Tratwa odbiła od brzegu i sunęła po wodzie. Dwóch żołnierzy ruszyło galopem w dół rzeki, stopniowo odwijając z ramion liny zrobione z onuc.
Gdy tratwa znalazła się pośrodku rzeki, znowu ruszyła z prędkością strzały, wzbijając fale, które uderzały o brzeg. Stary Zunlong zachrypniętym głosem wykrzykiwał swoje komendy, wioślarze pracowali ze zgiętymi grzbietami, nad ich głowami polatywały mewy. W najbardziej rwącym miejscu tratwa zaczęła się gwałtownie kołysać. Stary Zunlong zachwiał się w tył i runął do rzeki, szef eskorty wstał zaalarmowany i już miał wyciągnąć broń, gdy więzy pękły, a Sima Ku, już z wolnymi rękami, rzucił się na niego tygrysim skokiem, przewrócił go i obaj runęli prosto w rwący nurt. Głuchoniemy i wioślarze wpadli w popłoch; po chwili jeden po drugim powpadali do wody. Żołnierze na brzegu puścili liny; tratwa niczym wielka czarna ryba pognała swobodnie na grzbietach fal.
Wszystko to wydarzyło się niemal równocześnie. Zanim Lu Liren i pozostali żołnierze na brzegu zdążyli zareagować, na tratwie nie było już nikogo.
– Zastrzelić go! – rozkazał Lu Liren zdecydowanym tonem.
Na powierzchni mętnej wody od czasu do czasu pojawiały się czyjeś głowy, lecz żołnierze nie potrafili stwierdzić, która z nich należy do Simy Ku i nie odważyli się oddać strzału. Do wody wpadło w sumie dziewięciu ludzi, więc gdy wyłaniała się głowa, prawdopodobieństwo, że jest to głowa Simy Ku, wynosiło jeden do dziewięciu. Ponieważ fale pędziły jak dzikie konie, szansa trafienia w wynurzającą się na moment głowę była wyjątkowo niska.
Sima Ku uciekł z całą pewnością. Wychował się nad Rzeką Wodnego Smoka, był znakomitym pływakiem i potrafił wytrzymać pięć minut pod wodą bez wynurzania się. Co więcej, napchawszy brzuch taką ilością placków z dymką i pastą sojową, miał w ciele porządny zapas energii.
Lu Liren był bladosiny. Obrzucił nas spojrzeniem czarnych oczu, miotających zimne błyskawice. Sima Liang z dzbankiem pasty sojowej w rękach nieśmiało tulił się do nóg matki.
Matka bez słowa, jak gdyby nigdy nic, ruszyła w dół wału, trzymając Lu Shengli w ramionach, a my podążyliśmy grzecznie za nią.
Po paru dniach doszły nas słuchy, że spośród tych, którzy wpadli do rzeki, tylko głuchoniememu i Zunlongowi udało się wydostać na brzeg. Pozostali zniknęli bez śladu, nie znaleziono też ich ciał. Wszyscy jednak byli przekonani, że Simie Ku udało się uciec – to przecież niemożliwe, by utonął. Pozostałych spotkała pewna śmierć, włączając w to dumnego szefa eskorty.
W gruncie rzeczy dużo bardziej niepokoiły nas losy Szóstej Siostry, Shangguan Niandi i jej amerykańskiego męża Babbitta. W tamtych dniach, gdy szumiały fale wezbranej rzeki, matka co noc spacerowała tam i z powrotem po podwórzu, nieustannie wzdychając. Jej przeciągłe westchnienia niemal zagłuszały huk wody. Nasza matka urodziła osiem córek: Laidi oszalała, Zhaodi i Lingdi zginęły, Xiangdi sprzedała się i znalazła w piekle dla żywych, co praktycznie równało się śmierci, Pandi u boku Lu Lirena pędziła życie pod gradem kul, więc jej śmierć była jedynie kwestią czasu, a Qiudi została kupiona przez białą Rosjankę, co też nie różniło się zbytnio od śmierci. Jedynie Yunü została przy jej boku, lecz ta z kolei była niewidoma – być może tylko dzięki temu wciąż była przy niej. Jeśli coś złego przytrafi się Shangguan Niandi, prawie wszystkie Osiem Nieśmiertelnych Piękności z rodu Shangguan stanie się wspomnieniem. W przerwach między przeciągłymi westchnieniami matka modliła się głośno:
– Stary Panie w Niebiosach, Wielki Boże, Maryjo, Matko Boża, bodhisattwo Guanyin z Południowego Morza, ochrońcie moją małą Niandi, czuwajcie nad moimi dziećmi, a wszystkie nieszczęścia i choroby niechaj spadną na moją głowę, oby tylko moje dzieci były bezpieczne i spokojne…
Minął miesiąc. Z przeciwległego brzegu Rzeki Wodnego Smoka dobiegły nas wieści o Babbitcie i Szóstej Siostrze. W pewnej ukrytej jaskini w górach Daze doszło do potężnej eksplozji. Gdy opadł kurz, ludzie weszli do środka i znaleźli dwa splecione ze sobą ciała: kobiety i mężczyzny. Mężczyzna był złotowłosym młodym cudzoziemcem. Nikt nie potrafił z całą pewnością stwierdzić, czy była z nim nasza Szósta Siostra, lecz matka, gdy tylko usłyszała tę wieść, rzekła z gorzkim uśmiechem: „To wszystko moja wina…", po czym wybuchnęła głośnym płaczem.
25
Późną jesienią, która jest najpiękniejszą porą roku w Północno-Wschodnim Gaomi, grożąca powodzią rzeka wreszcie się uspokoiła. Pola sorga nabrały intensywnej, ciemnoczerwonej, niemal czarnej barwy, trzciny na bagnach były tak białe, że wydawały się żółte. Poranne słońce oświetlało rozległe pola i łąki, pokryte cienką warstewką białego szronu. Żołnierze Siedemnastego Batalionu opuścili wioskę w ciszy. Zabrali ze sobą stada osłów i mułów, które z tupotem przemaszerowały przez zrujnowany most i zniknęły za północnym wałem na zawsze.