Выбрать главу

Platformy tej używano prawdopodobnie jedynie jako stołu warsztatowego. Na jej grzbiecie pracowały mozolnie zespoły Skrzelowców. Kręciły się po kolana w wodzie, zwijając i splatając długie pasma glonowych włókien, przysuwanych do platformy z głębin wody przez lśniące, zielone macki. Macki te miały grubość ludzkiego ramienia i bardzo miękkie wypustki podobne do palców. Nikt, nawet Kinverson, nie miał pojęcia, do jakiego stworzenia mogły należeć.

Ojciec Quillan powiedział:

— Jakie to cudowne, że te różnorodne zwierzęta pracują wszystkie razem!

Lawler odwrócił się do niego:

— Nikt dotąd nie widział wyspy w budowie, przynajmniej ja o tym nie słyszałem. Wszystkie wyspy, które znamy, zostały wybudowane przed setkami, a nawet tysiącami lat. A więc tak to robią! Co za widok!

— Pewnego dnia — powiedział Quillan — cała ta planeta będzie miała prawdziwy ląd, tak jak inne światy. Dno morskie podniesie się za miliony lat. Budując te sztuczne wyspy i wychodząc z morza, aby na nich żyć, Skrzelowcy przygotowują się do następnej fazy ewolucji. Lawler zamrugał oczami.

— Skąd o tym wiesz?

— Studiowałem geologię i ewolucję w seminarium na Sunrise. Czy sądzisz, że duchowni nie uczą się niczego innego tylko modłów i Biblii? Albo, że bierzemy dosłownie opowieści biblijne? To miejsce jest bardzo spokojne geologicznie, jak wiesz. Nie występowały tutaj żadne dynamiczne ruchy skorupy, które wypychałyby łańcuchy górskie lub całe kontynenty z pierwotnego morza w taki sposób, jaki miał miejsce na planetach lądowych — dlatego wszystko pozostało na tym samym poziomie, w większości pod wodą. Z czasem morze spowodowało erozję wszelkich formacji lądowych, które znajdowały się ponad powierzchnią. Lecz to wszystko się zmieni. W jądrze planety wzrasta ciśnienie. Wewnętrzne napięcia grawitacyjne powoli pobudzają drgania i za trzydzieści milionów lat, może czterdzieści albo pięćdziesiąt…

— Zaczekaj — powiedział Lawler. — Co się tam dzieje? Delagard i Dag Tharp nagle zaczęli wrzeszczeć na siebie.

Wmieszał się w to również Dann Henders, który poczerwieniał jak burak, a na czole wystąpiły mu żyły. Tharp był niespokojnym, zapalczywym człowiekiem, wiecznie kłócącym się ze wszystkimi o wszystko; lecz widok łagodnego zazwyczaj Hendersa w stanie najwyższego podniecenia natychmiast przyciągnął uwagę Lawlera. Podszedł do nich.

— O co chodzi? Delagard powiedział:

— Drobna niesubordynacja, to wszystko. Dam sobie z tym radę, doktorze.

Wydatny nos Tharpa zrobił się szkarłatny. Obwisłe fałdy skóry na jego szyi drżały.

— Henders i ja zaproponowaliśmy, aby podpłynąć do wyspy i poprosić Skrzelowców o schronienie — powiedział do Lawlera. — Możemy przycumować w pobliżu i pomóc im budować wyspę. Będzie to partnerstwo od samego początku. A Delagard mówi nie, nie, popłyniemy aż na Grayvard. Czy wiesz, ile czasu potrzeba, żeby dostać się na Grayvard? Jak wiele podstępnych, sieciowatych stworów może się dostać na pokład, zanim tam dotrzemy? Bóg wie, co jeszcze może być tam w wodzie! Kinverson mówi, że dotychczas mieliśmy niesamowite szczęście, nie spotykając żadnych wrogich stworzeń, ale jak długo jeszcze…

— Płyniemy na Grayvard — powiedział Delagard lodowatym tonem.

— Widzisz? Widzisz? Henders powiedział:

— Powinniśmy przynajmniej poddać to pod głosowanie, nie sądzisz, doktorze? Im dłużej jesteśmy na morzu, tym większe ryzyko, że natkniemy się na Falę lub jakieś inne paskudne stwory, o jakich opowiadał nam Gabe, albo zabójczy sztorm lub coś innego. Mamy tu wyspę w budowie. Jeżeli Skrzelowcy używają do pomocy nurków i wszystkich innych stworzeń, nawet platform, dlaczego nie miałyby przyjąć także ludzkiej pomocy? l okazać wdzięczność? Jednak on nie chce nawet o tym słyszeć!

Delagard obrzucił inżyniera wojowniczym spojrzeniem.

— Od kiedy to Skrzelowcy potrzebują naszej pomocy? Wiesz, jak było na Sorve, Henders.

— To nie jest Sorve.

— Wszędzie jest tak samo.

— Skąd możesz wiedzieć? — odszczeknął Henders. — Posłuchaj, Nid, musimy o tym porozmawiać z pozostałymi okrętami i to wszystko. Dag, wezwij Yaneza, Sawtelle'a oraz innych…

— Nie ruszaj się z miejsca, Dag — powiedział Delagard.

Tharp spojrzał na Delagarda, potem na Hendersa i znów na Delagarda i nie poruszył się. Jego wąsy zadrgały gniewnie.

Delagard powiedział:

Posłuchajcie mnie! Czy chcecie zamieszkać na tej ubogiej, małej, płaskiej wyspie, na miesiące albo lata przed jej ukończeniem? W czym? W chatach z wodorostów? Czy widzicie tam jakieś waragi? Czy jest tam jakaś zatoka, z której możemy wyciągać użyteczne materiały? A poza tym, oni nas nie przyjmą. Wiedzą, że zostaliśmy wyrzuceni na zbity pysk z Sorve. Wierzcie mi, wie o tym każdy Skrzelowiec na tej planecie.

— Jeśli ci Skrzelowcy nas nie chcą — powiedział Tharp — to skąd wiesz, że zechcą nas Skrzelowcy na Grayvard? Twarz Delagarda powlekła się szkarłatem. Przez chwilę wydawał się pokonany. Lawler zdał sobie sprawę z tego, że jak dotąd Delagard nie napomknął ani słowem o tym, czy załatwił sprawę ich przybycia na Grayvard z prawdziwymi właścicielami wyspy. Jedynie ludzcy osadnicy na Grayvard zgodzili się udzielić im gościny. Jednak Delagard szybko doszedł do siebie.

— Dag, do cholery, nie wiesz, o czym mówisz. Od kiedy to musimy prosić Skrzelowców o pozwolenie na emigrację między wyspami? Jeśli raz wpuszczą ludzi na wyspę, nie obchodzi ich, którzy to ludzie. Prawie nie odróżniają jednych od drugich. Dopóki nie wychylimy się na ich część Grayvard, nie będzie żadnych problemów.

— Jesteś bardzo pewny siebie — powiedział Henders.

— Tylko po co płynąć aż do Grayvard, jeżeli nie musimy? Wciąż nie wiemy, czy nie moglibyśmy zahaczyć się na jakiejś bliższej wyspie, na której dotychczas nie było ludzkiej osady. Tutejsi Skrzelowcy mogą nie mieć nic przeciwko temu. A może nawet byliby zadowoleni zyskując pomoc przy budowie.

— Pewnie — powiedział Delagard. — Szczególnie spodoba się im pozyskanie radiooperatora i inżyniera. To będzie dokładnie to, czego potrzebują. W porządku: wy dwaj chcecie żyć na tej wyspie? Więc płyńcie do niej. No już! Za burtę, już!

Złapał Tharpa za ramię i zaczął ciągnąć go w stronę burty. Tharp gapił się na niego z rozdziawionymi ustami.

— No już! Wynocha!

— Stój — powiedział cicho Lawler.

Delagard puścił Tharpa i pochylił głowę, kołysząc się na poduszkach stóp.

— Chcesz coś powiedzieć, doktorze?

— Jeśli oni pójdą za burtę, to ja też. Delagard zaśmiał się.

— Do diabła, doktorze! Nikt nie pójdzie za burtę! Za kogo mnie masz, do cholery?

— Naprawdę chcesz, żebym na to odpowiedział, Nid?

— Posłuchaj — rzekł Delagard — to się sprowadza do prostej rzeczy. To moje okręty. Jestem teraz kapitanem tego okrętu, a także dowodzę całą tą ekspedycją, nikt tego nie zakwestionuje. Z wrodzonej dobroci i wspaniałomyślności zaprosiłem wszystkich, którzy mieszkali kiedyś na Sorve, aby pożeglowali ze mną do naszego nowego domu na wyspie Grayvard. I tam płyniemy. Głosowanie nad tym, czy powinniśmy próbować osiedlić się na tym małym skrawku nowej wyspy, nie wchodzi w grę. Jeśli Dag i Dann chcą tam zamieszkać, świetnie, sam ich odwiozę wodolotem. Lecz nie będzie żadnych głosowań ani żadnych zmian w zasadniczym planie podróży. Czy to jasne? Dann? Dag? Czy to jasne, doktorze?