Выбрать главу

Obrazy z minionego czasu. Zjawy, które nigdy go nie opuszczą.

Trzy dni później Lawler zszedł na dół, do ładowni w brzuchu okrętu po jakieś zapasy medyczne, niosąc tylko mały kaganek. W półmroku prawie zderzył się z Kinversonem i Sundirą, którzy wychodzili spomiędzy skrzyń. Wyglądali na spoconych i rozczochranych, a także troszeczkę zdziwionych jego widokiem. Nie było wątpliwości, co tutaj robili.

Kinverson spokojnie spojrzał mu w oczy i powiedział:

— Dzień dobry, doktorze.

Sundirą nie odezwała się słowem. Zgarnęła swoją szatę z przodu, gdzie była rozcięta i przeszła obok, z twarzą bez wyrazu, patrząc w oczy Lawlerowi tylko przez krótki moment i szybko odwracając wzrok. Wydawała się nie tyle zmieszana, ile po prostu uciekała w swój własny świat. Ogłuszony, Lawler skinął jej głową, jakby to było zupełnie zwyczajne spotkanie w całkowicie neutralnej części statku, i podążył w stronę medycznej części magazynu.

To był pierwszy, prawdziwy dowód, że Kinverson i Thane byli kochankami. Lawler przeżył to silniej, niż mógł przypuszczać. Przypomniały mu się teraz słowa Kinversona sprzed kilku dni o zwyczajach godowych śluzie. Zastanawiał się, czy były skierowane do niego w jakiś przewrotny, drwiący sposób. Chłopcy, którzy latają najszybciej i najdłużej, mają powodzenie u dziewczyn.

Nie. Nie. Lawler wiedział, że na wyspie miał mnóstwo okazji, aby nawiązać bliższą znajomość z Sundirą. Nie wykorzystał ich z przyczyn, które wtedy wydawały się mieć sens.

A więc dlaczego teraz był taki zraniony?

Pragniesz jej bardziej, niż chcesz się do tego przyznać nawet przed sobą, prawda?

Tak. Pragnął. Szczególnie teraz. — Dlaczego? Ponieważ jest związana z kimś innym?

Jakie to miało znaczenie? Pragnął jej. Wiedział o tym wcześniej, ale nie zrobił nic. Może nadszedł czas, aby poważnie zastanowić się nad tym, dlaczego tak się stało.

Później tego dnia zobaczył ich znowu razem na rufie, przy pomoście. Z daleka wyglądało to tak, jakby Kinverson złapał coś niezwykłego i pokazywał jej to, dumny myśliwy prezentujący zdobycz swojej kobiecie.

— Doktorze! — zawołał Kinverson wystawiając głowę nad krawędź pomostu. Uśmiechał się w sposób, który był albo uprzejmie sympatyczny, albo zdawkowo protekcjonalny, Lawler nie mógł zdecydować. — Proszę tu przyjść na chwilkę, doktorze. To może pana zainteresować.

W pierwszej chwili Lawler chciał odmownie potrząsnąć głową i iść dalej. Nie chciał jednak dać im satysfakcji unikając ich. Czego się obawiał? Że zobaczy odciski łap Kinversona na jej skórze? Nie bądź głupi, powiedział sobie, i wdrapał się po małej drabince na pomost.

Kinverson miał tu rozmaity sprzęt rybacki przymocowany do pokładu — oszczepy, haki, liny i tym podobne rzeczy. Tutaj również znajdowały się sieci Gharkida, używane do wyławiania glonów.

Pełna wdzięku zielonkawa ryba, trochę podobna do nurka, lecz mniejsza, leżała bezwładnie w żółtej kałuży na deskach pokładu, jakby Kinverson dopiero co wyciągnął ją na pokład. Lawler nie rozpoznał tego stworzenia. Zapewne jakiś ssak. Oddychający powietrzem, jak wielu innych mieszkańców oceanów Hydros.

— Co to takiego? — zapytał Kinversona. — Właściwie nie jesteśmy pewni, doktorze.

Stwór miał niskie, pochyłe czoło, wydłużony pysk zakończony krótkimi i grubymi wąsami oraz smukłe, opływowe ciało i trójpłetwy ogon. Wyraźnie zaznaczał się zarys kręgosłupa. Spłaszczone przednie kończyny przechodziły w wąskie płetwy podobne do płetw Skrzelowców. Wystawały z nich zakrzywione szare pazury, krótkie i ostre. Oczy — czarne, okrągłe i lśniące — były otwarte.

Wydawało się że Stworzenie nie oddycha. Nie wyglądało również na nieżywe. Jego oczy coś wyrażały. Strach? Zdziwienie? Któż to wie? Były to oczy obcej istoty. Miały zmartwiony wyraz.

Kinverson powiedział:

— Zaplątało się w jedną z sieci Gharkida i wyjąłem je, aby ją oczyścić. Wie pan, że można spędzić całe życie na oceanie i wciąż spotykać nowe stworzenia. — Dotknął boku zwierzęcia. Odpowiedziało słabym, ledwie widocznym ruchem ogona. — Ten jest stracony, nieprawdaż? Ładne małe stworzonko.

— Niech się przyjrzę — powiedział Lawler. Ukląkł obok zwierzęcia i położył dłoń na jego boku.

Skórę miało ciepłą, wilgotną, może pod wpływem gorączki. Teraz poczuł słaby oddech. Zwierzę obróciło oczy w dół, aby zobaczyć, co robi Lawler, lecz nie okazywało większego zainteresowania. Następnie otworzyło pysk i Lawler ze zdziwieniem zobaczył w nim owalny drzewiasty twór złożony luźno powiązanych, białych, włóknistych pasm, blokujących całą jamę ustną i przełyk zwierzęcia. Pasma łączyły się w grubą łodygę, która ginęła w głębi jego krtani.

Zbadał tułów zwierzęcia uciskając go dłońmi i wyczuł środku sztywność, grudki i zgrubienia tam, gdzie wszystko powinno być gładkie. Lawler zdążył już odzyskać czubcie w palcach, tak że mógł teraz odczytać topografię wnętrza stworzenia, jakby leżało przed nim otwarte skalpelem. Gdziekolwiek dotknął, wyczuwał jakieś zmiany wewnętrzne. Przewrócił zwierzę na plecy i zobaczył pasma tej samej! drewnopodobnej siatki wystające z odbytu, tuż nad ogonem!

Nagle zwierzę wydało suchy, urywany, szczekliwy dźwięk. Pysk otworzył się szerzej, niż Lawler sądził, że to możliwe. Zdrewniały kłąb ukazał się w całej okazałości, stercząc z pyska zwierzęcia jak z postumentu, i zaczął kołysać się na boki. Lawler szybko wstał i odskoczył. Od włóknistej kuli oddzieliło się coś, co wyglądało jak mały, różowy języczek, który śmigał ze świstem po pokładzie, skacząc jak opętany tam i z powrotem. Lawler przydepnął go butem, kiedy języczek skierował się w stronę Sundiry. Z kuli wyskoczył drugi autonomiczny języczek. Ten również rozdeptał. Kula leniwie kiwała się, jakby zbierając energię potrzebną do wypuszczenia kilku następnych języczków.

Lawler powiedział do Kinversona:

— Wyrzuć to do morza, szybko. — Hę?

— Podnieś to i wywal. No już.

Kinverson ze zdumieniem i rezerwą patrzył na oględziny. Ostry ton głosu Lawlera pobudził go do działania. Jednym zwinnym ruchem wsunął dłoń pod tułów zwierzęcia, podniósł je i wyrzucił za burtę. Poleciało bezwładnie jak kawał mięsa. W ostatniej chwili zdołało przyjąć właściwą pozycję i wejść gładko w wodę, łbem naprzód, jakby kierowane wrodzonym odruchem, który częściowo jeszcze działał. Jedno mocne machnięcie ogonem i za moment zniknęło pod wodą.

— Co to było, do diabła? — spytał Kinverson.

— Inwazja pasożytnicza. To zwierzę było czymś przerośnięte od pyska do ogona. Nie widzieliście, co miało w pysku? Coś opanowało wszystkie tkanki jego ciała. A te różowe języczki — sądzę, że to były wypustki szukające nowego gospodarza.

Sundira zadrżała.

— Coś jak grzyb zabójca?

— Tak, coś podobnego.

— Sądzi pan, że to mogło nas zaatakować?

— Na pewno miało ochotę spróbować — powiedział Lawler. — W oceanie tej wielkości pasożyty nie mogą być zbyt wybredne. Zapuszczają korzenie wszędzie, gdzie mogą. — Spojrzał przez burtę, jakby oczekując, że zobaczy stado zaatakowanych przez pasożyta zwierząt, dryfujące beznadziejnie wokół okrętu. Jednak w wodzie nie było nic prócz żółtej piany usianej czerwonymi pręgami. Odwracając się do Kinversona powiedział: — Chcę, żebyście zaprzestali wędkowania do czasu, aż opuścimy te wody. Pójdę do Daga Tharpa i powiem mu, żeby przesłał tę wiadomość na inne okręty.

— Potrzebujemy świeżego mięsa, doktorze.