Выбрать главу

— Dajcie mu jeszcze trochę brandy — powiedział Lawler, gdy skończył. Zwrócił się do żony Nimbera. — Salai, teraz ty musisz być lekarzem. Jeśli dostanie gorączki, podawaj mu porcję tego lekarstwa rano i wieczorem. Jeżeli spuchnie mu bok twarzy, daj mi znać. Gdyby skarżył się na drętwienie palców, także daj mi znać. Cokolwiek innego będzie mu dolegało, prawdopodobnie nie będzie miało żadnego znaczenia. — Lawler spojrzał w stronę Cadrella. — Bamber, ja też chciałbym trochę tej brandy.

— Czy wszystko u was w porządku? — zapytał Cadrell.

— Poza utratą Gospo, tak. A tutaj?

— Świetnie.

— Dobrze słyszeć.

To nie była długa rozmowa. Lecz całe to spotkanie od chwili wejścia na pokład sprawiało dziwne wrażenie. Jak się masz, doktorze, miło cię widzieć, witaj na naszym okręcie, tak, ale żadnego prawdziwego kontaktu, żadnej wymiany uczuć, niczego nie żądano ani nie oferowano. Nawet Nicko Thalheirn, który trochę za późno wyszedł na pokład uśmiechał się tylko i potakiwał. Lawler czuł się jak wśród obcych. Ci ludzie w ciągu kilku tygodni stali mu się obcy. Zrozumiał, że całkowicie pochłonęło go wyspiarskie życie, na okręcie flagowym. A ich mikrokosmos to „Bogini Sorve”. Zastanawiał się, jaka będzie społeczność wyspy, gdy ostatecznie osiądą w swojej nowej ojczyźnie.

Powrót na okręt flagowy przebiegł spokojnie. Lawler poszedł prosto do swojej kabiny.

Siedem kropel nalewki z uśmierzychy. Nie, niech będzie dziesięć.

Myśli o utraconej Ziemi często nawiedzały Lawlera, kiedy stał nocą przy nadburciu słuchając głuchych, tajemniczych odgłosów morza i patrząc w pustą, nieprzeniknioną ciemność, która zamykała się wokół nich. Obsesja utraconego ojczystego świata wydawała się pogłębiać, w miarę jak okręty posuwały się po rozległej powierzchni wodnej planety. Milion razy próbował wyobrazić sobie, jak było, gdy tamten świat jeszcze istniał. Wielkie wyspy nazywane krajami, rządzone przez niewyobrażalnie bogatych i potężnych królów oraz królowe. Zaciekłe wojny. Potężna broń, zdolna niszczyć światy. A potem ta wielka emigracja w kosmos, w który wysłali miriady statków kosmicznych, a w nich przodków wszystkich istot ludzkich żyjących obecnie w całej galaktyce. Wszystkich. One wszystkie wywodzą się z jednego źródła, z jednego małego › świata, który zginął.

Podeszła do niego Sundira, spacerująca nocą po pokładzie.

— Znów myślisz o sprawach kosmosu, doktorze?

— Jak zwykle. Tak.

— Jaki dzisiaj temat?

— , Przewrotność losu. Przez wszystkie te lata Ziemianie usiłowali wyniszczyć się nawzajem, prowadząc zaciekłe, okropne wojenki. I nigdy im się to nie udało. A potem ich własne słońce zrobiło to za nich w ciągu jednego po południa.

— Dzięki Bogu byliśmy wtedy już tutaj, osiedliwszy się wśród gwiazd.

— Tak — powiedział Lawler, rzucając chłodne spojrzenie na mroczne, rojące się od potworów, morze. — Rzeczywiście mieliśmy szczęście.

Jeszcze później tej samej nocy wróciła. Nie ruszył się ze swego miejsca przy burcie.

— Wciąż jesteś tutaj, Valben?

— Tak, to wciąż ja.

Jeszcze nigdy nie zwróciła się do niego po imieniu. Wydawało mu się dziwne, że zrobiła to teraz; nawet niestosowne. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktoś mówił do niego w ten sposób.

— Czy zniesiesz jeszcze raz moje towarzystwo?

— Z pewnością — powiedział. — Nie możesz zasnąć?

— Nie próbowałam — powiedziała. — Na dole odprawiają modły, wiedziałeś o tym?

— A kim są ci święci, którzy biorą w tym udział?

— Ojciec, oczywiście. Lis. Neyana. Dann. I Gharkid.

— Gharkid? Wreszcie wyszedł ze skorupy?.

— Prawdę mówiąc, on tylko tam siedzi. Ojciec Quillan odwala całą robotę. Opowiada im, jak ulotny jest Bóg, jak trudno nam jest wytrwać w wierze w Nadistotę, która nigdy do nas nie przemawia, nigdy nie daje żadnego dowodu swojego istnienia. Jak trudno jest wierzyć, i że to nie jest dobre, że nie powinno być to takim wysiłkiem, że powinniśmy po prostu skoczyć z zawiązanymi oczyma i zaakceptować Boga, tylko że dla większości z nas jest to za trudne, l tak dalej, i tak dalej. A pozostali chłoną te słowa. Gharkid słucha i od czasu do czasu potakuje. On jest dziwny. Chcesz zejść na dół i posłuchać, co mówi ojciec?

— Nie — powiedział Lawler. — Już miałem zaszczyt wysłuchać, jak rozprawiał na ten temat. Dziękuję.

Przez chwilę stali razem w milczeniu.

Potem Sundira powiedziała, pozornie bez związku:

— Valben. Co to za imię Valben?

— Ziemskie imię.

— Nie, to nie jest ziemskie imię. John, Richard, Eliza-beth to ziemskie imiona. Leo, on ma ziemskie imię. Nigdy nie słyszałam o imieniu Valben.

— Czy to oznacza, że to nie jest ziemskie imię?

— Wiem tylko, że znam ziemskie imiona i nigdy nie słyszałam o Valbenie.

— No dobrze, może w takim razie to nie jest ziemskie imię. Mój ojciec mówił, że jest. Mógł się mylić.

— Valben — powiedziała, bawiąc się brzmieniem tego słowa. — Może nazwisko rodowe, specjalne imię. Brzmi obco. Czy wolałbyś, żebym cię nazywała Valben?

— Wolałbym? Nie. Nazywaj mnie Valben, jeśli chcesz. Ale nikt tak do mnie nie mówi.

— A więc jak cię nazywają? Czy podoba ci się, kiedy mówią doktorze?

Wzruszył ramionami.

— Doktor jest w porządku. Inni nazywają mnie Lawler. Kilku mówi mi Val. Bardzo niewielu.

— Val. Moim zdaniem brzmi lepiej niż doktorze. Czy będzie w porządku, jeśli będę ci mówiła Val?

Tak zwracali się do niego tylko najstarsi przyjaciele, ludzie tacy, jak Nicko Thalheim, Nimber Tanamind, Nestor Yanez. W jej ustach nie brzmiało dobrze. A dlaczego miałoby to mieć jakieś znaczenie? Mógł się do tego przyzwyczaić. „Val” brzmiało lepiej niż „Valben”.

— Jak sobie życzysz — powiedział.

Kolejna fala przypływu pojawiła się trzy dni później, tym razem nadeszła wprost z zachodu. Była silniejsza niż pierwsza, lecz magnetrony poradziły sobie z nią bez trudu. W górę i nad falą, w dół po jej grzbiecie, niewielkie uderzenie przy lądowaniu i to wszystko.

Nadal było chłodno i sucho. Podróżnicy płynęli dalej.

W mrokach nocy rozległo się głośne, stłumione uderzenie o kadłub, jakby okręt zderzył się z rafą. Lawler usiadł na koi, ziewnął, przetarł kciukami oczy, zastanawiając się, czy mu się to nie przyśniło. Przez chwilę było cicho. Potem przyszło kolejne uderzenie, mocniejsze. A więc nie sen. Wciąż był na pół uśpiony, ale też na pół obudzony. Odliczył minutę, półtorej minuty. Kolejne uderzenie. Słyszał, jak wręgi kadłuba skrzypią pod naporem.

Owinął się czymś w pasie, wyszedł i ruszył w stronę włazu, już zupełnie obudzony. Światła paliły się; ludzie opuszczali kabinę rufową z zaspanymi twarzami, niektórzy jeszcze nadzy, bez wątpienia tak jak spali. Lawler wyszedł na pokład. Nocna zmiana — Henders, Golghoz, Delagard, Niklaus, Thane — biegała w kółko z jednej strony okrętu na drugą, jakby śledząc ruchy jakiegoś wroga, który go atakował.

— Znowu nadchodzą! — krzyknął ktoś.

Łup. Tu na górze siła uderzenia była większa — okręt zdawał się trząść i przechylać na jedną stronę — a odgłos uderzenia o kadłub był głośniejszy, wyraźny, denerwujący.

Przy burcie Lawler znalazł Daga Tharpa.