— Co się dzieje?
— Wyjrzyj tam, to zobaczysz.
Morze było spokojne. W górze świeciły dwa księżyce, na przeciwnych krańcach nieba, a Krzyż rozpoczął już swój nocny ślizg do zorzy, zwisając ekscentrycznie, trochę na wschód. Flotylla sześciu okrętów porzuciła swój zwykły, trzyrzędowy szyk i ustawiła się w szeroki, nieregularny krąg. W środku grupy, na otwartym morzu, widniało może tuzin długich smug jaskrawego, niebieskiego, fosforyzującego światła, które jak długie strzały przecinały ocean tuż pod powierzchnią. Podczas gdy Lawler patrzył ze zdumieniem, jedna z fosforyzujących smug rozciągnęła się z zadziwiającą prędkością i wystrzeliła zwinnie prostą linią w kierunku okrętu płynącego po lewej stronie. Sunęła kursem na zderzenie, jaskrawa igła w ciemności. Wysoki, świszczący dźwięk nadbiegł skądś i narastał w miarę zbliżania się smugi światła do okrętu.
Nastąpiło zderzenie. Lawler słyszał trzask uderzenia i widział przechył tamtego okrętu z niewielkiej odległości. Nad wodą unosiło się słabe echo krzyków.
Fosforyzująca smuga wycofała się i uciekła z powrotem na otwartą przestrzeń.
— Taranorożce — powiedział Tharp. — Próbują nas zatopić.
Lawler uchwycił się nadburcia i spojrzał w dół. Jego oczy przyzwyczaiły się już do ciemności. Wyraźnie widział napastników w świetle ich własnej fosforescencji.
Wyglądały jak żywe pociski, wąskie ciała, długie na dziesięć do piętnastu metrów, napędzane przez silne, dwupłatowe ogony. Z płaskiego czoła sterczał pojedynczy, gruby, żółty róg, długości może pięciu metrów i twardy jak pień wodorostów, zakończony tępym, lecz groźnie wyglądającym ostrzem. Płynęły z ogromną prędkością przez otwartą strefę między okrętami, rozpędzając się wściekłymi, gwałtownymi uderzeniami ogonów, i bodły rogami kadłuby okrętów z oczywistym zamiarem przebicia ich. Potem, z jakimś nienormalnym uporem zawracały, odpływały kawałek i ponawiały atak jeszcze gwałtowniej. Im szybciej płynęły, tym intensywniejsza była luminescencja ich boków i tym głośniejszy świszczący, ostry dźwięk, jaki wydawały.
Pojawił się Kinverson, dźwigając coś, co wyglądało jak ciężki, żelazny czajnik owiązany glonowym włóknem.
— Proszę mi pomóc, doktorze.
— Dokąd to niesiesz?
— Na mostek. To mina akustyczna.
Kociołek, lub cokolwiek to było, był zbyt ciężki dla Kinversona. Lawler chwycił za sznur, który zwisał po jego stronie. Razem z Kinversonem mogli z trudem donieść minę w stronę mostka. Delagard przyłączył się do nich i w trójkę zaholowali ją wyżej.
— Pieprzone taranorożce — mamrotał Kinverson. — Wiedziałem, że prędzej czy później muszą się pojawić.
W dole rozległ się odgłos kolejnego uderzenia. Lawler zobaczył smugę oślepiającego, błękitnego światła odbitą od okrętu i pierzchającą w przeciwnym kierunku.
Ze wszystkich dziwnych stworzeń, które dotąd morze wysłało przeciw nim w czasie tej podróży, te, które waliły w nich na oślep, wydały się Lawlerowi najbardziej przerażające. Można było rozgnieść jedne, ominąć drugie, uważać na dziwnie wyglądające sieci. A jak poradzić sobie z tymi dzidami atakującymi człowieka z dołu i w nocy, z tymi ogromnymi stworami, usiłującymi cię zatopić i zdolnymi to zrobić?
— Czy są na tyle silne, żeby przebić kadłub? — zapytał Delagarda.
— Słyszano o takich przypadkach. Jezu. Jezu! Gigantyczna postać Kinversona obrysowana światłem księżyca wznosiła się nad wielkim kotłem, który zainstalował już na przednim krańcu mostka. Wziął długi, laminowany pręt, który był przywiązany do boku kotła, po czym ujął go oburącz i opuścił na podobną do bębna pokrywę kotła. Donośny, huczący dźwięk rozszedł się po wodzie.
Uderzył znowu, znowu i znowu.
— Co on robi? — zapytał Lawler.
— Wysyła przeciwsygnał dźwiękowy. Taranorożce nie mają oczu. Kierują się dźwiękiem odbitym od celu. Gabe stara się zakłócić ich poczucie kierunku.
Kinverson z niezwykłą energią i gorliwością walił w bęben. Powietrze zgęstniało od łoskotu, który wytwarzał. Czy ten dźwięk mógł przeniknąć wodę? Najwidoczniej tak. W dole taranorożce jeszcze zwinniej niż przedtem kręciły się tam i z powrotem w przestrzeni między okrętami, tak że oślepiające smugi błękitnego światła, znaczące ich ślad, były coraz bardziej poplątane. Z każdym uderzeniem bębna Khwersona ruchy taranorożców stawały się coraz bardziej chaotyczne. Poruszały się gwałtownymi skokami, od czasu do czasu przecinając powierzchnię, wyskakując w górę na chwilę lub dwie i lądując w wodzie z potężnym, przeciągłym pluskiem. Jeden z nich zderzył się z okrętem, lecz było to jedynie słabe, boczne uderzenie.
Wydawane przez nie świsty były nierytmiczne i nierówne. Kihverson przerwał na chwilę jakby ze zmęczenia i wydawało się, że taranorożce zdołają się jeszcze przegrupować. Jednak zaraz z jeszcze większym ferworem na nowo podjął bębnienie, raz po raz uderzając prętem. Nagle na dole zrobiło się wielkie poruszenie i dwa ogromne kształty wyskoczyły z wody jednocześnie. Przy świetle pozostałych, pływających wokół nich w poszarpanych kręgach, Lawler zobaczył, że róg jednego z nich wszedł w otwór skrzelowy drugiego, a w rzeczywistości wbił się głęboko w jego czaszkę; połączone w ten straszny sposób oba stworzenia spadły z powrotem do wody i zaczęły tonąć. Przez chwilę widać je było oświetlone ich własnym blaskiem. Potem zniknęły z pola widzenia. Kinverson wykonał jeszcze kilka ostatnich, powolnych uderzeń w bęben, rozdzielonych długimi przerwami — bum — bum — bum — i opuścił ramiona.
— Dag? Dag? Gdzie jesteś, do cholery. — To głos Delagarda nadszedł z ciemności. — Zacznij wzywać tamte okręty. Upewnij się, że żaden nie ma przecieku.
Wody były ciche i ciemne. Jednak zamknąwszy oczy, Lawler miał wrażenie, że ostre smugi niebieskiego światła uderzają raz po raz o jego powieki.
Następna fala była najsilniejsza. Spadła na nich dwa dni wcześniej, niż oczekiwali, pewnie dlatego, że Onyos Felk pomylił się w obliczeniach; uderzyła z wielkim entuzjazmem i triumfalną złośliwością, waląc w okręty kołyszące się spokojnie na sennym morzu, gdzie dryfujące, szare wodorosty buchały dziwną, zniewalającą wonią. Lawler pracował pod pokładem, porządkując swoje zapasy leków. Uderzenia były tak potężne, że z początku sądził, iż wróciły taranorożce. Jednak nie, to wcale nie przypominało pojedynczego, kierowanego uderzenia taranorożców; raczej jakby gigantyczna dłoń uderzała płasko w kadłub i popychała okręt do tyłu, spychając z kursu. Usłyszał, jak. włączył się magnetron, i czekał na wrażenie podnoszenia, tę nagłą ciszę oznaczającą, że znajdowali się w polu przemieszczenia nad rozgniewaną wodą. Jednak ta cisza nie nadchodziła i Lawler musiał rozpaczliwie chwycić się koi, kiedy okręt pochylił się pod zdumiewającym kątem, ciskając nim w stronę dziobu. Przedmioty pospadały z półek i jednym, szybkim ruchem przesunęły się po podłodze, tworząc bezładną stertę w najodleglejszej części kabiny.
Co to było? Czyżby w końcu Fala? I czy będą w stanie ją wytrzymać?
Trzymał się mocno i czekał. Okręt odchylił się do tyłu i z potwornym trzaskiem spadł w wyrwę pozostawioną przez fale, znowu wspiął się w górę, posyłając wszystko, co spadło z półek, w przeciwległy kąt kabiny. Potem wyprostował się. I znieruchomiał. Lawler podniósł egipskiego bożka oraz grecką skorupę i odłożył je na miejsce.
Jeszcze? Kolejny cios?
Nie. Cicho i spokojnie.
Czy toniemy?
Najwidoczniej nie. Lawler ostrożnie wyszedł z kabiny i nadstawił uszu. Delagard wrzeszczał. Nic im się nie stało, mówił. To był porządny, mocny klaps, ale już po wszystkim.