Выбрать главу

Wielka fala uniosła ich ze sobą i zepchnęła z kursu o pół dnia na wschód. Jednak wszystkie okręty w cudowny sposób pozostały razem, jako jedna całość. Płynęły w luźnym szyku, lecz nadal znajdowały się w polu widzenia, dryfując po spokojnym już morzu. Godzinę trwało odbudowanie formacji, kolejne sześć godzin powrót na pozycję zajmowaną przed uderzeniem fali. Całkiem nieźle, naprawdę. Popłynęli dalej.

5

Obojczyk Nimbera Tanaminda wydawał się goić prawidłowo. Lawler nie popłynął na „Boginię Sorve”, aby to sprawdzić, ponieważ nic, co Salai, żona Nimbera, opowiedziała mu o jego stanie, nie wskazywało na jakiekolwiek komplikacje. Lawler powiedział jej, jak powinna zmieniać bandaże i czego szukać w pobliżu złamania. Martin Yanez z „Trzech Księżyców” zgłosił, że stary Sweyner, ten, który zajmował się dmuchaniem szkła, został uderzony w twarz przez lecącą z dużą prędkością śluzicę i teraz go boli tak bardzo, że nie może utrzymać głowy prosto. Lawler powiedział Yanezowi, co z tym zrobić. Z okrętu Zakonu, „Krzyż Hydros”, nadeszło dziwne pytanie: siostra Bodą cierpi na kłujący ból w lewej piersi. Nie było sensu tam płynąć. Zaordynował środki przeciwbólowe i poprosił o kontakt po następnej menstruacji siostry Body. Wtedy ostatni raz słyszał o bolącej piersi siostry Body.

Ktoś na „Gwieździe Czarnego Morza” spadł z olinowania i zwichnął rękę. Lawler krok po kroku pokierował Poilin Stayvolą, która nastawiła ramię. Ktoś na „Złotym Słońcu” wymiotował na czarno. Okazało się, że próbował jeść kawior arrowfish. Lawler doradził ostrożność w doborze diety. Na „Bogini Sorve” ktoś skarżył się na uporczywe koszmary nocne. Lawler zaproponował łyk brandy przed snem. Normalna praca lekarza.

Ojciec Quillan, być może z zazdrością, zauważył, że to musi być cudowne, takie poczucie tego, że jest się niezbędnym w życiu całej społeczności, możliwość wyleczenia większości przypadków u ludzi, którzy zwracali się do niego w potrzebie.

— Cudowne? Chyba tak. Nigdy dotychczas tak naprawdę nie zastanawiałem się nad tym. To po prostu moja praca.

I tak było. Jednak Lawler zdał sobie sprawę, że słowa duchownego miały jakiś sens. Jego władza nad wyspą Sorve przypominała władzę boga, a przynajmniej duchownego. Jakie w końcu znaczenie miało to, że jest się lekarzem przez dwadzieścia pięć lat? No cóż, takie, że przy tej lub innej okazji macał jądra każdego mężczyzny, wkładał rękę do pochwy każdej kobiety, że prawie każdy mieszkaniec Sorve, który nie ukończył dwudziestego pierwszego roku życia, był przez niego wyciągany na świat, okrwiawiony i wierzgający, i od niego dostawał pierwszego klapsa w tyłek. Wszystko to stwarzało pewien, rodzaj więzi. Dawało lekarzowi pewne prawa do nich, a im do niego. Nic dziwnego, że ludzie wszędzie adorują swojego lekarza, pomyślał Lawler. Dla nich jest Uzdrowicielem. Lekarzem. Czarownikiem. Tym, który chroni, przynosi ulgę, koi ból. Daleko odeszliśmy od czasów jaskiniowców jeszcze na biednej, przeklętej, skazanej na śmierć, utraconej Ziemi. On był ostatnim z długiej linii. I w przeciwieństwie do nieszczęsnego ojca Quillana i innych przedstawicieli jego profesji, których niewdzięcznym zadaniem było oferowanie błogosławieństwa niewidzialnego Boga, on naprawdę mógł czasami pobłogosławić ich swoimi umiejętnościami. A więc tak, był potężną postacią w społeczności na mocy swojego powołania, człowiekiem rządzącym życiem i śmiercią, szanowanym, potrzebnym i prawdopodobnie budzącym obawę, co — jak sądził — sprawiało mu radość. Doskonale. Praca dawała mu satysfakcję. Nie rozumiał, jaką to mogło robić różnicę.

Znajdowali się teraz na morzu zielonym, gdzie gęste kolonie przepięknych roślin wodnych prawie uniemożliwiały okrętom posuwanie się naprzód. Mięsista roślina o grubych, lśniących liściach w kształcie łyżki, rosnących na brązowej łodydze, miała szypułki zakończone olśniewającymi, żółto-fioletowymi zarodnikami, a napełnione powietrzem pęcherze utrzymywały ją na wodzie. Szare, omszałe korzenie, zwinięte jak macki pod powierzchnią, splatały się w ciemną matę. Poniżej linii wodnej gęstwina roślin była tak wielka, że tworzyła coś, co w rzeczywistości stanowiło lity dywan wyściełający morze. Okręty wbiły się weń dziobami i stanęły.

Kinverson i Neyana Golghoz wypłynęli łazikiem, aby poprzecinać je maczetami.

— Bez sensu — powiedział Gharkid, nie zwracając się do nikogo w szczególności. — Znam je. Przecinasz je, a z każdej części odrasta pięć nowych.

Miał rację. Kinverson siekał ładne rośliny z całej siły, podczas gdy Neyana pedałowała, brutalnie prąc do przodu; jednak nie zdołali utorować przejścia. Jeden człowiek, obojętnie jak silny, nie był w stanie wyciąć w masie roślin otworu na tyle dużego, by stanowił prawdziwy kanał. Odcięte kawałki każdej rośliny natychmiast podejmowały niezależne życie: można było prawie dostrzec, jak odrastały, zasklepiały oczyszczone miejsca, wypuszczały nowe korzenie w dół, a w górę lśniące, nowe łyżeczki i efektowne szypułki zarodnikowe.

— Sprawdzę zapasy leków — powiedział Lawler. — Może znajdę coś do posypania, co się im nie spodoba.

Zszedł na dół do ładowni, myśląc o wysokiej butelce czarnego, lepkiego oleju, przysłanej mu dawno temu przez kolegę — doktora Nikitina z wyspy Salimil — w zamian za przysługę. Zdaniem doktora Nikitina ten olej nadawał się do niszczenia ognistego kwiatu, nieprzyjemnej, piekącej rośliny, która czasami sprawiała kłopoty pływającym w morzu ludziom, bowiem Skrzelowcom ich obecność wydawała się w ogóle nie przeszkadzać. Dotychczas Lawler nie musiał korzystać z oleju: ostania plaga ognistego kwiatu w zatoce Sorve miała miejsce, kiedy był jeszcze młodym człowiekiem. Jednak była to jedyna rzecz w jego kolekcji leków, medykamentów, maści i nalewek, która mogła wyrządzić krzywdę jakiejś formie życia roślinnego. Warto spróbować.

Instrukcja na nalepce, napisana skrupulatnie ręką doktora Nikitina, głosiła, że stężenie jednej części leku na tysiąc części wody wystarcza do oczyszczenia hektara zatoki. Lawler wymieszał jedną część z wodą i kazał zawiesić się nad powierzchnią, żeby posypać wodorosty wokół dzioba „Królowej Hydros”.

Wydawało się, że rośliny pozostały nietknięte. Lecz kiedy rozcieńczony olej przeniknął w dół przez zbity gąszcz i rozszedł się w wodzie, w głębinach rozpoczęło się podwodne zamieszanie, które szybko przerodziło się w awanturę. Z głębi wypłynęły ryby, tysiące, miliony małych, koszmarnych stworzonek o wielkich, rozwartych szczękach, smukłych, wężowatych ciałach i szeroko rozpostartych ogonach. W ogromnych ilościach musiały gnieździć się pod roślinami i teraz cała ich kolonia wypływała jak na jeden sygnał. Przebijały się w górę poprzez zbite kępy korzeni i na powierzchni rozpoczynały swój wściekły godowy taniec. Olej doktora Nikitina, choć nieszkodliwy dla roślin, widocznie niezwykle silnie wpływał na zwiększenie popędu płciowego stworzeń, które żyły w wodzie. Dzikie wirowanie ogromnej liczby wężowatych, małych stworzonek wytworzyło tak silny wir, że ciasno splątane, zbite wodorosty zostały rozszarpane i okręty mogły przebić się przez otwarte w ten sposób kanały. W zwartym szyku okręty minęły przeszkodę i weszły na otwarte wody.

— Ależ z ciebie sprytny facet, doktorze — powiedział Delagard.

— Tak. Szkoda, że nie wiedziałem, co robię.

— Nie wiedziałeś?

— Ani przez chwilę. Próbowałem tylko wytruć te rośliny. Nie miałem pojęcia o rybach pod nimi. Teraz widzisz, w jaki sposób dokonuje się większości wielkich odkryć naukowych.