— O czym mówisz?
— Dobrze wiesz, o czym mówię.
— Aha. Chyba tak.
— Jeśli chcesz coś wnieść do rozmowy, usiądź z nami, z Gharkidem i ze mną, i powiedz nam o tym. Ale nie strzelaj do mnie z zasadzki.
Kiwając głową, Lawler powiedział:
— Przykro mi.
Quillan obrzucił go przeciągłym, mroźnym spojrzeniem.
— Naprawdę?
— Uważasz, że to w porządku, iż próbujesz sprzedawać swoje wierzenia komuś tak prostodusznemu jak Gharkid?
— Już to przerabialiśmy. Nie jest taki prostoduszny, jak sądzisz.
— Być może — powiedział Lawler. — Powiedział mi, że nie jest specjalnie poruszony twoimi dogmatami.
— To prawda, ale przynajmniej nie ma wobec nich uprzedzeń. Podczas gdy ty…
— Dobrze — odpowiedział Lawler. — Z natury nie jestem religijny. Nic na to nie poradzę. No dalej, zrób z Gharkida katolika. Tak naprawdę nie obchodzi mnie to. Zrób z niego nawet lepszego katolika od siebie. To nie będzie trudne. Dlaczego miałoby mi zależeć? Już powiedziałem, iż jest mi przykro, że się wtrącałem. Naprawdę. Przyjmiesz moje przeprosiny?
— Oczywiście — odpowiedział po chwili Quillan.
Jednakże przez jakiś czas ich wzajemne stosunki pozostały napięte. Lawler starał się trzymać z daleka, ilekroć widział duchownego i Gharkida. Jednak nie ulegało wątpliwości, że Gharkid nie widział większego sensu w naukach.
Quillana niż Lawler, aż wreszcie jego dialogi z duchownym skończyły się. Ucieszyło to Lawlera bardziej, niż się spodziewał.
Na horyzoncie pojawiła się wyspa, pierwsza w czasie całej ich podróży, jeśli nie liczyć tej, którą budowali Skrzelowcy. Dag Tharp wywołał ją przez radio, lecz nie nadeszła żadna odpowiedź.
— Czy są po prostu nietowarzyscy — powiedział Lawler do Delagarda — czy to też jest wyspa Skrzelowców?
— To Skrzelowcy — odpowiedział Delagard. — Nie ma tam nikogo prócz pieprzonych Skrzelowców. Wierzcie mi, to nie jest jedna z naszych.
Trzy dni później zobaczyli kolejną, w kształcie półksiężyca. Leżała jak śpiące zwierzę na północnym horyzoncie. Pożyczywszy lunetę sternika, Lawler uznał, że dostrzega ślady ludzkiej osady na wschodnim krańcu wyspy. Tharp zaczął schodzić do pomieszczenia radiowego, ale Delagard powstrzymał go mówiąc, aby się tym nie przejmował.
— Czy to także wyspa Skrzelowców? — zapytał Lawler.
— Nie tym razem. Nie ma jednak sensu nawiązywać kontaktu. Nie zamierzamy ich odwiedzić.
— Może pozwoliliby nam uzupełnić wodę. Zapasy są już na wyczerpaniu.
— Nie — powiedział Delagard. — To Thetopal. Moje okręty nie mają prawa lądowania na Thetopal. Moje stosunki z tą wyspą nie układają się dobrze. Nie pozwoliliby nam nawet wziąć wiaderka starych sików.
— Thetopal? — powiedział Onyos Felk zdziwiony. — Jesteś pewien?
— Pewnie, że jestem pewien. Cóż innego? To Thetopal.
— Thetopal — powtórzył Felk. — W porządku. Niech będzie Thetopal. Jeśli tak mówisz, Nid.
Kiedy minęli Thetopal, morze znów pozbawione było wysp. Jak okiem sięgnąć, nie było widać nic prócz wody. Przypominało to podróż przez pusty wszechświat.
Lawler obliczył, że znajdowali się już mniej więcej w połowie drogi na Grayvard, chociaż tylko zgadywał. Z pewnością przebywali na morzu co najmniej cztery tygodnie. Lecz osamotnienie na okręcie oraz monotonia codziennych zajęć uniemożliwiały mu zachowanie poczucia czasu.
Przez trzy dni z rzędu zimny, ostry wiatr ogarniał flotę od północy, pobudzając gniew i wściekłość otaczającego ich morza. Pierwszym znakiem była gwałtowna zmiana klimatu, który w strefie raf koralowych był umiarkowany lub prawie tropikalny. Teraz nagle powietrze stało się przejrzyste, tak że niebo unosiło się wysokim sklepieniem nad okrętem, drgające i blade jak ogromna metalowa kopuła. Lawler, który był czymś w rodzaju meteorologa amatora, zmartwił się tym. O swoich obawach zawiadomił Delagarda, który wziął je poważnie i rozkazał uszczelnić luki. Po chwili usłyszeli odległe dudnienie, przeciągłe głębokie dudnienie, poprzedzające pierwsze podmuchy wichru, a potem pojawił się sam wiatr: szybkie, nerwowe, krótkotrwałe wybuchy chłodnego powietrza, które lizały i szarpały morze, mieszając je jak chochlą. Wraz z nimi pojawiły się rzadkie fale suchego gradu, jednak wciąż nie było deszczu.
— Najgorsze przed nami — wymamrotał Delagard. Od czasu załamania się pogody nie schodził z pokładu, czasem tylko robiąc przerwy na sen. Często znajdował się przy nim ojciec Quillan, stali razem jak starzy przyjaciele, wpatrując się w wiatr. Ciekawe, co ci dwaj mieli sobie do powiedzenia; ten szorstki, ochrypły, mówiący bez ogródek marynarz i surowy, melancholijny, nawiedzony duchowny? Mimo to byli razem, razem w sterówce, razem przy kompasie, razem w nadbudówce. Czyżby Quillan próbował teraz nawrócić Delagarda? Albo chciał modłami uspokoić sztorm?
Ten i tak nadszedł. Morze zmieniło się w ogromną przestrzeń wzburzonej wody. Powietrze wypełniła mgła wodnych kropelek, tak drobnych jak biały dym. Wicher uderzał z siłą młota i przelatywał jak płomień, pozostawiając im w uszach echo swego wycia. Skrócili żagle, a mimo to wanty pourywały się i ciężkie reje wirując, przelatywały między burtami.
Cała załoga była na pokładzie. Martello, Kinverson i Henders uwijali się ostrożnie w takielunku, przywiązując się, aby nie wypaść za burtę. Pozostali ciągnęli liny, podczas gdy Delagard wściekle wykrzykiwał rozkazy. Lawler pracował z innymi; koniec zwolnienia lekarskiego, nie w czasie takiej zawieruchy jak ta.
Niebo było czarne. Morze jeszcze czarniejsze — wszędzie, gdzie nie było grzebieni białej piany lub kiedy mamuciej wielkości fala wznosiła się obok nich jak gigantyczna ściana z zielonego szkła. Okręt wbijał się w nią, spychany w dół, zamiast wznosić się, jak powinien, zapadał dziobem w ciemne, gładkie zagłębienia, przechylał się, gdy większa fala cofała się na zawietrzną ze straszliwym, ssącym dźwiękiem, a potem znowu uderzał, wzbijając kaskady wody spadające na pokład. Magnetron był bezużyteczny: wiatry wiały z przedziwnych kierunków, zderzały się, otaczały ich wzburzoną wodą, która biła w nich ze wszystkich stron, tak że nie można się było nad nią wznieść. Pouszczelniali wszystko wcześniej, poznosili pod pokład wszystkie ruchome przedmioty, ale łomoczące fale odnajdywały wszystko, co zostało: wiadro, stołek, oszczep, beczkę, i popychało je z hukiem, w podskokach przez pokład, dopóki nie zniknęły za burtą. Dziób okrętu zanurzał się, podnosił i znów zanurzał. Ktoś wymiotował. Ktoś piszczał ze strachu. Lawler zauważył jeden z pozostałych okrętów — nie miał pojęcia który, nie miał flagi — pochwycony niedaleko nich przez gwałtowny wir wznoszący się nad nimi, jakby miał zamiar spaść na ich pokład, to znów znikający za ścianą fal, jakby ściągany już na dno.
— Maszty! — krzyknął ktoś. — Puszczają! Na dół! Na dół!
Jednak maszty trzymały się mocno, pewnie, choć wydawało się, że wyskoczą z gniazd i zostaną wyrzucone do morza. Ich gwałtowne drgania wstrząsały całym okrętem. Lawler zdał sobie sprawę z tego, że trzyma kogoś — to była Pilya — a kiedy mijała ich Lis Niklaus, porwana przez wiatr, oboje chwycili ją i przyciągnęli jak rybę na wędce. Lawler w każdej chwili oczekiwał deszczu i martwiło go to, że przy tak silnym wietrze nie będą mogli ustawić pojemników, aby nałapać dobrej, słodkiej, świeżej wody. Jednak wiatr nie przynosił ani kropli deszczu. Spojrzawszy raz za burtę, w blasku morskiej piany Lawler zobaczył morze pełne małych, migoczących, nieruchomych oczu. Wyobraźnia? Halucynacja? Nie sądził. Łby drakkenów, oto co to takiego: armia, legion; długie paskudne pyski sterczące wszędzie z wody. Miriady ostrych zębów czekających na moment, gdy „Królowa Hydros” przewróci się, a jej trzynaścioro pasażerów wpadnie do wody.