Выбрать главу

Wicher dął, dął i dął bez końca, lecz okręt trwał, trwał i trwał. Stracili poczucie czasu. Nie było nocy, nie było dnia; był tylko wiatr. Onyos Felk obliczył później, że trwało to prawie trzy dni — może miał rację. Sztorm ustał równie szybko, jak się zaczął; złowrogi wicher zmienił się w czystą, jasną siłę, która omiatała wszystko i cięła jak nóż; a potem, jakby na jakiś sekretny znak, ucichł w jednej chwili i cisza powróciła gwałtownie, jak uderzenie gromu.

Oszołomiony Lawler szedł powoli wzdłuż ociekającego pokładu, pośród tej dziwnej nowej ciszy. Pokład pokrywały kawałki glonów, fragmenty meduz, gniewnie podskakujące stworzenia, rozmaite morskie szczątki wyrzucone przez fale. Ręce otarte od lin bolały go, przypominając ból spowodowany przez tamtą żywą sieć. W milczeniu dokonał przeglądu: oto Pilya, tam Gharkid, tam ojciec Quillan, a tam Delagard. Tharp, Golghoz, Felk, Niklaus. Martello? Tak, na górze. Dann Henders? Tak.

Sundira?

Nie widział jej. Potem zobaczył i pożałował tego; stała przy fokmaszcie, zupełnie przemoczona, z ubraniem przylepionym do skóry tak, że równie dobrze mogła nie mieć na sobie niczego, a przy niej był Kinverson. Oglądali jakieś stworzenie z głębin, które on znalazł i pokazywał jej — rodzaj węża morskiego, długi, obwisły, komiczny stwór o szerokiej, lecz nieszkodliwie wyglądającej paszczy i rzędzie okrągłych, zielonych plamek biegnących wzdłuż wiotkiego żółtego tułowia, które nadawały mu zabawny wygląd. Śmiali się. Kinverson potrząsał stworzeniem w stronę Sundiry, prawie przytykając je do jej twarzy, a ona zanosiła się śmiechem i odsuwała je na bok. Kinverson trzymał stworzenie za ogon i patrzył, jak się wije, a Sundira gładziła ręką ciało węża, jak gdyby pieszcząc i pocieszając; później on wrzucił je z powrotem do morza. Potem objął ją ramieniem i odeszli razem.

Byli zżyci ze sobą. Swobodni, weseli, niepokojąco bliscy.

Lawler odwrócił się. Delagard szedł w jego stronę.

— Widziałeś Daga? — zawołał. Lawler wskazał ręką.

— O tam.

Radiooperator siedział rozmemłany jak kupa szmat przy nadburciu rufy, potrząsając głową, jakby nie mógł uwierzyć, że przetrwał.

Delagard odgarnął pasma ociekających wodą włosów z oczu i rozejrzał się.

— Dag! Dag! Dawaj ten swój pieprzony róg, szybko! Straciliśmy całą przeklętą flotę!

Przerażony Lawler odwrócił się i rozejrzał po spokojnych wodach. Delagard miał rację. W polu widzenia nie było ani jednego okrętu. „Królowa Hydros” została całkiem sama na wodzie.

— Czy sądzisz, że zatonęły? — zapytał właściciela statku.

— Lepiej się pomódlmy — powiedział Delagard.

Jednak okręty wcale nie zatonęły. Były po prostu poza zasięgiem ich wzroku. Gdy Tharp wywołał je, jeden po drugim nawiązały kontakt radiowy. Sztorm porozrzucał je jak wątłe słomki, ciskając tu i tam na dużym obszarze morza; ale były wszystkie. „Królowa Hydros” utrzymała kurs, a pozostałe dołączyły do niej. Przed zapadnięciem nocy cała flota była w komplecie. Aby uczcić ich szczęśliwe ocalenie, Delagard kazał otworzyć ostatnią butelkę brandy z zapasów Gospo Struvina. Ojciec Quillan stanął na mostku i odmówił krótką modlitwę dziękczynną. Lawler odkrył, ku swemu własnemu zdziwieniu, że powtarza słowa modlitwy.

6

Cokolwiek łączyło Kinversona i Sundirę, zdawało się nie wykluczać tego, co powstawało pomiędzy Sundirą a Lawlerem. Lawler nie rozumiał żadnego z tych związków, ani Sundiry z Kinversonem, ani swojego własnego z Sundirą; był jednak dostatecznie mądry w tych sprawach, aby wiedzieć, że najpewniejszym sposobem zabicia tego typu związku jest próbować go zrozumieć. Musiał po prostu przyjmować sprawy takimi, jakimi były.

Jedno szybko stało się jasne. Kinversona nie obchodziło, że Sundirą zadaje się z Lawlerem. Najwidoczniej był zupełnie pozbawiony zaborczości seksualnej. Wydawało się, że seks był dla niego jak oddychanie: robił to i nie zastanawiał się na tym. Z każdą, jaka znalazła się pod ręką, tak często, jak domagało się tego ciało; czysto naturalna funkcja, automatyczna, mechaniczna. I oczekiwał, że inni będą traktować seks w ten sam sposób.

Kiedy Kinverson skaleczył się w ramię i przyszedł do Lawlera, aby ten oczyścił je i zabandażował, powiedział w trakcie zabiegu:

— A więc i ty pieprzysz teraz Sundirę, doktorze? Lawler mocniej docisnął bandaż.

— Nie widzę powodu, dlaczego miałbym odpowiadać na to pytanie. To nie twoja sprawa.

— To prawda. No tak, oczywiście pieprzysz ją. To wspaniała kobieta. Zbyt bystra dla mnie, ale mnie to nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi również to, co z nią robisz.

— To bardzo ładnie z twojej strony — powiedział Lawler.

— Oczywiście, mam nadzieję, że ty myślisz tak samo.

— Co przez to rozumiesz?

— To znaczy, że coś mogło pozostać między mną a Sun-dirą — powiedział Kinverson. — Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.

Lawler obrzucił go długim, ostrym spojrzeniem.

— Ona jest dorosła. Może robić, co chce, z kim chce i kiedy chce.

— Dobrze. Ten okręt to małe miejsce. Nie potrzeba nam tu zamieszania z powodu kobiety.

Ze wzrastającą irytacją Lawler powiedział:

— Rób, co uważasz, a ja będę robił to, co ja uważam, i nie rozmawiajmy już o tym. Mówisz o niej jak o sprzęcie, którego obaj chcemy używać.

— O taak — powiedział Kinverson. — Cholernie pięknym sprzęcie.

Kilka dni później Lawler zawędrował do kuchni i zastał tam Kinversona z Lis Niklaus; oboje chichotali, mruczeli i mocowali się jak Skrzelowcy podczas rui. Lis mrugnęła do niego i zaśmiała się ochryple zza ramienia Kinversona.

— Halo, doktorze! — zawołała pijackim głosem. Lawler spojrzał na nią zaskoczony i szybko wyszedł.

Kuchnia z całą pewnością nie była odosobnionym miejscem; najwyraźniej Kinverson nie przejmował się zbytnio tym, że Sundira — albo Delagard, jeśli o tym mowa — mogą odkryć, że kręci na boku z Lis. Kinverson był przynajmniej konsekwentny, pomyślał Lawler. Nie obchodziło go. Nic. I nikt.

Kilkakrotnie w ciągu tygodnia, który nastąpił po sztormie, Lawler i Sundira znaleźli chwilę czasu na randkę w ładowni. Jego ciało, którego ognie tak długo pozostawały wygaszone, szybko uczyło się na nowo pożądania. Tymczasem ona nie dawała ponieść się namiętności, przynajmniej tak widział to Lawler, chyba że zwinną, sprawną, entuzjastyczą, lecz prawie bezosobową fizyczną przyjemność uznać za namiętność. Kiedyś, jako młody człowiek, mógł mylić te dwie rzeczy, teraz już nie.

Nigdy nie rozmawiali ze sobą, gdy się kochali, a kiedy później leżeli razem, powracając do normalności, na mocy niepisanego porozumienia ograniczali konwersację do najlżejszych tematów. Nowe zasady przyjęły się bardzo prędko. Lawler od początku świetnie ją rozumiał; najwyraźniej bawiło ją to, co działo się między nimi, i równie wyraźnie widać było, że nie życzy sobie żadnego poważniejszego związku. Gdy Lawler spotykał ją na pokładzie, rozmawiali w ten sam niezobowiązujący sposób. — Ładna pogoda — mówili. Albo: — Jaki dziwny kolor ma tutaj morze.

On mógł powiedzieć:

— Zastanawiam się, jak szybko dotrzemy na Grayvard. A ona:

— Zauważyłeś, że już nie kaszlę?

— Czy nie sądzisz, że ta czerwona ryba, którą jedliśmy na kolację była wspaniała? — pytał.