Выбрать главу

— Spójrz, czy to nie nurek przepływa obok nas? — zachwycała się ona.

Wszystko bardzo uprzejme, przyjemne, kontrolowane. Nigdy nie wyznał:

— Nie czułem się tak dobrze od miliona lat, Sundiro. A ona nigdy nie powiedziała:

— Nie mogę doczekać się, kiedy znów będziemy mogli się spotkać, Val.

On nigdy nie powiedział:

— Oboje należymy do tego samego gatunku, ludzi nie przystosowanych.

Ona nigdy nie wyjaśniła mu:

— Nieustannie wędruję od wyspy do wyspy, ponieważ zawsze szukałam czegoś więcej, gdziekolwiek byłam.

Zamiast poznawać ją lepiej teraz, kiedy byli kochankami, zauważył, że stawała się coraz bardziej odległa i tajemnicza. Lawler nie spodziewał się tego. Pragnął czegoś więcej. Nie wiedział jednak, jak mógłby to zdobyć, jeśli ona tego nie chciała.

Wydawało się, że chce go trzymać na dystans i brać od niego nie więcej, niż już brała od Kinversona. Jeżeli nie mylił się co do jej intencji, nie pragnęła żadnego bliższego związku. Lawler jeszcze nigdy nie spotkał takiej kobiety, tak obojętnej na trwałość, ciągłość, pokrewieństwo dusz; kobiety, która wydawała się brać rzeczy takimi, jakimi są, i nie przejmować się tym, co było przedtem lub może nastąpić potem. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że znał już kogoś takiego.

To nie była kobieta. To był on sam. On sprzed lat, Lawler z wyspy Sorve, przeskakujący od kochanki do kochanki, nie myślący o niczym prócz chwili obecnej. Jednak teraz był inny. A przynajmniej taką miał nadzieję.

W nocy Lawler usłyszał stłumione krzyki i uderzenia dochodzące z sąsiedniej kabiny. Delagard i Lis kłócili się. Bynajmniej nie pierwszy raz; lecz tym razem głośniej i gwałtowniej niż dotychczas.

Wczesnym rankiem, kiedy Lawler zszedł do kuchni na śniadanie, Lis stała skulona nad kuchenką i odwracała głowę. Z boku jej twarz wyglądała na opuchniętą, a kiedy się odwróciła, Lawler zobaczył żółty siniak wzdłuż kości policzkowej i nad okiem. Wargę miała pękniętą i obrzmiałą.

— Chcesz, abym dał ci coś na to? — zapytał Lawler.

— Przeżyję.

— Słyszałem hałas ubiegłej nocy. Co za świństwo.

— Spadłam z koi, oto co się stało.

— I tłukłaś się po kabinie przez pięć czy dziesięć minut, krzycząc i przeklinając? A Nid, kiedy cię podniósł, też poczuł, że musi sobie pokrzyczeć i poprzeklinać? Skończ z tym, Lis.

Obrzuciła go chłodnym, ponurym spojrzeniem. Wydawała się bliska płaczu. Jeszcze nigdy nie widział twardej, dzielnej Lis na krawędzi załamania.

— Niech śniadanie poczeka kilka minut — powiedział cicho. — Oczyszczę to rozcięcie i dam ci coś, od czego zejdzie ten siniak.

— Jestem do tego przyzwyczajona, doktorze.

— Często cię bije?

— Dość często.

— Nikt już nikogo nie bije, Lis. Tak postępowano w czasach jaskiniowców.

— Powiedz to Nidowi.

— Chcesz? Zrobię to.

W jej oczach pojawił się błysk strachu.

— Nie! Na rany Chrystusa, nie mów ani słowa, doktorze! On mnie zabije.

— Bardzo się go boisz, prawda?

— A ty nie?

Lawler powiedział ze zdziwieniem:

— Nie. Dlaczego miałbym się bać?

— No tak, może ty nie, ale to ty. l tak miałam szczęście. Zrobiłam coś, co mu się nie podobało, dowiedział się i przyjął to o wiele gorzej, niż oczekiwałam. Nauczyło mnie to kilku rzeczy. Nid to brutalny człowiek. Ostatniej nocy myślałam, że mnie zamorduje.

— Następnym razem zawołaj mnie lub postukaj w ścianę kabiny.

— Nie będzie następnego razu. Mam zamiar poprawić się od dzisiaj. Mówię poważnie.

— Aż tak bardzo się go boisz?

— Kocham go, doktorze. Czy możesz w to uwierzyć? Kocham tego drania. Jeśli nie chce, żebym pieprzyła się na boku, to nie będę. Bardzo mi na nim zależy.

— Mimo to, że cię bije.

— To świadczy, jak mu na mnie zależy.

— Chyba nie mówisz poważnie, Lis.

— Tak. Tak. Potrząsnął głową.

— Jezu. Tłucze cię na kwaśne jabłko, a ty mi mówisz, że to dlatego, że tak bardzo cię kocha.

— Ty nie rozumiesz tych spraw, doktorze — powiedziała Lis. — Nigdy nie rozumiałeś. Nie mogłeś.

Lawler przez chwilę patrzył na nią ze zdumieniem, próbując pojąć, o czym mówiła. W tej chwili była dla niego kimś równie obcym jak Skrzelowiec.

— Chyba nie — powiedział.

Po burzy morze uspokoiło się na jakiś czas, nie było ciche, ale też nie wzburzone. Napotkali kolejną strefę gęstą od splątanych wodorostów, jednakże tym razem nie była ona tak zbita jak poprzednio i udało się im przedrzeć, nie używając śmiertelnego afrodyzjaka dr. Nikitina. Trochę dalej znajdowało się miejsce, gdzie dryfowały ciasno upakowane kępy tajemniczych, cienkich, żółto-zielonych glonów. Wyskakiwały jak garby na powierzchnię morza, kiedy okręt przepływał obok, i z ciemnych, drgających pęcherzyków, zwisających na krótkich, kolczastych łodygach, emitowały piskliwe dźwięki:

— Wracajcie — wydawały się mówić — wracajcie, wracajcie, wracajcie.

To były denerwujące i nużące odgłosy. Najwyraźniej nie było to szczęśliwe miejsce. Jednak niebawem te długie, dziwne glony zniknęły, chociaż jeszcze przez dzień lub dwa słyszało się w oddali ich melancholijny pomruk, od czasu do czasu przynoszony przez podmuchy wiatru.

Następnego dnia pojawiła się kolejna nieznana forma życia: gigantyczne, tworzące kolonie stworzenia, cała ich populacja, setki, a może tysiące różnych gatunków organizmów zawieszonych na jednym ogromnym pływaku niemal dorównującym rozmiarami platformom lub jamochłonom. Jego mięsiste, przezroczyste ciało prześwitywało przez wodę jak ledwie zanurzona wyspa; gdy podpłynęli bliżej, ujrzeli niezliczone składniki stworzenia, drgające, turkoczące i zajęte swoimi indywidualnymi obowiązkami. Jedne wiosłowały, inne łowiły ryby, a małe trzepoczące organizmy rozmieszczone wokół krawędzi pełniły rolę stabilizatorów dla całego obszernego organizmu sunącego dostojnie poprzez morze.

Kiedy okręt podpłynął bliżej, stworzenie wypuściło kilka tuzinów przezroczystych rurowatych tworów, które wznosiły się na wysokość kilku metrów jak grube, lśniące kominy ponad powierzchnią morza.

— Co to takiego, jak sądzisz? — zapytał ojciec Quillan.

— Aparat wzrokowy? — zasugerował Lawler. — Swego rodzaju peryskop?

— Patrz, coś się z nich wydobywa…

— Uwaga! — krzyknął z góry Kinverson. — Strzela do nas!

Lawler powalił duchownego na pokład dokładnie w chwili, gdy kula jakiejś kleistej, czerwonawej substancji przeleciała ze świstem obok nich. Kula upadła na śródokręciu, dwa lub trzy metry za nimi. Wyglądała jak duże, pomarańczowe łajno, bezkształtne i drgające. Zaczynała wypuszczać łodygę. Pół tuzina takich pocisków wylądowało w innych punktach pokładu, a z każdą chwilą przybywały nowe.

— Kurwa! Kurwa! Kurwa! — ryczał Delagard, miotając się dokoła. — To świństwo pali nam pokład. Wiadra i łopaty! Halsować! Halsować! Felk! Wydostań nas z tego piekła, do cholery!

Pokład skwierczał i dymił w miejscach, gdzie wgryzały się weń kule. Felk, przy sterze, starał się wyprowadzić j okręt ze strefy ostrzału, wykonując gwałtowne uniki. Pod jego ochrypłymi rozkazami wachta przeciągała liny, obracała reje, stawiała żagle. Lawler, Quillan i Lis Niklaus biegali po pokładzie, zgarniając łopatami miękkie korodujące pociski i wyrzucając je za burtę. W miejscach, gdzie kwaśne grudy dotykały jasnożółtego drewna pokładu, pozostawały ciemne ślady spalenizny. Kolonialny twór, choć znajdujący się już w znacznej odległości, z metodyczną, bezmyślną wrogością nadal wyrzucał w kierunku okrętu swoje pociski, mimo iż nieszkodliwe spadały teraz do wody, wzbijając obłoczki pary, po czym z sykiem znikały w głębinach.