Выбрать главу

Wypalone ślady na pokładzie były zbyt głębokie, aby można je było usunąć. Lawler podejrzewał, że te lepkie pociski, gdyby ich natychmiast nie zmieciono za burtę, przepaliłyby okręt na wylot, pokład po pokładzie, aż do dna kadłuba.

Następnego ranka Gharkid zauważył w oddali na ster-burcie szarą chmurę brzęczących kształtów.

— Śluzica w godowym szale. Delagard zaklął i rozkazał zmienić kurs.

— Nie — powiedział Kinverson. — To nic nie da. Nie ma czasu na manewr. Opuścić żagle.

— Co?

— Ściągnij je na dół, inaczej posłużą jako sieci, kiedy wpadnie na nas ta chmura. A wtedy znajdziemy się po szyje w śluzicy.

Klnąc wściekle, Delagard rozkazał ściągnąć żagle. Wkrótce „Królowa Hydros” dryfowała z nagimi masztami, sterczącymi w ciężkie białe niebo. A potem nadciągnęły śluzice.

Brzydkie, skrzydlate robaki o szczeciniastym tułowiu, oszalałe od chuci, nadlatywały milionami od nawietrzej. To było istne morze śluzicy; przez zderzające się ciała trudno było dostrzec wodę. Jak fale przypływu wzbijały się w powietrze — na czele samice, a ich niezliczone ilości prze słaniały słońce. Z furią tłukły lśniącymi, ukośnymi skrzydełkami; rozpaczliwie unosiły zadarte nosy; parły do przodu całymi oszalałymi plutonami. A tuż za nimi leciały samce.

To, że na ich drodze stały okręty, nie miało żadnego znaczenia. Były jedynie drobną przeszkodą dla śluzicy w gorączce. Tak samo jak góry. Śluzice miały genetycznie zaprogramowany kurs i podążały nim ślepo, niepowstrzymanie. Jeśli miało to oznaczać, że roztrzaskają sobie łby o burtę „Królowej Hydros”, niechaj tak będzie. Jeśli miało to oznaczać, że przelecą kilka metrów nad pokładem i uderzą w podstawę masztu lub drzwi nadbudówki, niechaj tak będzie. Niech tak będzie. Niech tak będzie. Kiedy armada śluzicy dotarła do pokładu, nie było na nim nikogo. Lawler wiedział już, co oznacza zderzenie z młodą śluzicą. Dorosła, ogarnięta godowym szałem, zapewne podróżowała z dziesięciokrotnie większą szybkością, więc spotkanie z nią prawdopodobnie skończyłoby się śmiercią. Muśnięcie ostrym końcem skrzydła przecięłoby skórę do kości. Ognista szczecina pozostawiłaby krwawy ślad.

Jedyne, co można było zrobić, to ukryć się i czekać, czekać, czekać. Wszyscy schronili się pod pokładem. Długie godziny powietrze wypełnione było brzęczeniem przelatujących ryb, przerywanym niesamowitymi jękami oraz odgłosami silnych i gwałtownych uderzeń.

Wreszcie zapadła cisza. Lawler i kilku innych ostrożnie wyszli na pokład.

Powietrze było czyste. Stado poleciało dalej. Jednak wszędzie leżały martwe i półmartwe śluzice, jak robactwo pokrywając stertami pokład wszędzie, gdzie jego konstrukcja utworzyła przeszkodę w ich locie. Chociaż porozbijane, niektóre miały w sobie jeszcze dość życia, aby syczeć, szczypać i próbować uderzać w twarze sprzątającej załogi. Pozbycie się ich zajęło cały dzień.

Po śluzicach nadciągnęła ciemna chmura, która obiecywała deszcz, a zrzuciła jedynie warstwę szlamu: migrującą powietrzem masę jakichś drobnych cuchnących mikroorganizmów, które opadły okręt prawie nieskończonymi ilościami, pozostawiając warstwę lepkiej brązowej substancji na żaglach, takieiunku, masztach i każdym milimetrze pokładu. Oczyszczenie tego zajęło trzy dni. A potem były jeszcze taranorożce i Kinverson znowu siedział na pokładzie, waląc w swój bęben, aby je odstraszyć.

A po taranorożcach…

Lawler zaczynał myśleć o tym wielkim planetarnym morzu jak o upartej, nieubłaganie wrogiej sile, która niezmordowanie zsyłała na nich jedną plagę po drugiej w gniewnej reakcji na ich obecność na jej szerokim łonie. Wydawało się, że podróżnicy wywoływali swędzenie oceanu, a on się w ten sposób drapał. Niektóre drapnięcia były dość mocne. Lawler zastanawiał się, czy podróżnicy zdołają przetrwać wystarczająco długo, aby dotrzeć do Grayvard.

Nareszcie nadszedł błogosławiony dzień ulewnego deszczu. Zmył szlam mikroorganizmów i smród pozostawiony przez zdechłe śluzice, pozwolił im napełnić beczki słodką wodą dokładnie wtedy, gdy sytuacja stawała się krytyczna. W ślad za deszczem pojawiła się ławica nurków, które figlowały wesoło i beztrosko płynąc z okrętem, pluskając się w pianie jak eleganccy tancerze witający turystów w rodzinnym kraju. Gdy tylko nurki zniknęły z pola widzenia, przydryfował w pobliże kolejny, a może ten sam, kolonialny potwór miotający kule łajna, który znów zbombardował okręt wilgotnymi pociskami zapalającymi. Wyglądało to tak, jakby ocean poniewczasie zorientował się, że zsyłając deszcz, a potem nurki ukazał podróżnikom zbyt przyjazną twarz i chciał im przypomnieć o swej prawdziwej naturze.

Potem przez jakiś czas znowu panował spokój. Wiały pomyślne wiatry, morskie stwory zaprzestały nieustannych ataków. Sześć okrętów spokojnie płynęło naprzód ku swemu celowi. Ich ślady, długie i proste, rozchodziły się za nimi jak szerokie autostrady w pustkę, którą już przemierzyły.

Pewnego idealnie spokojnego ranka — morze prawie bez fal, jednostajna bryza, rozmigotane niebo, śliczny, błękitno-zielony kształt Sunrise widzialny tuż nad horyzontem i jeden z księżyców nadal w polu widzenia — Lawler wyszedł na pokład i natknął się na naradę na mostku. Brali w niej udział: Delagard, Kinverson, Onyos Felk i Leo Martello. Po chwili Lawler zauważył ojca Quillana, na poły schowanego za masywnym Kinversonem.

Delagard trzymał lunetę. Przeglądał widnokrąg i opowiadał o czymś pozostałym, którzy pokazywali, patrzyli, komentowali.

Lawler wspiął się po drabinie.

— Coś się dzieje?

— Z pewnością tak — powiedział Delagard. — Brakuje jednego z naszych okrętów.

— Mówisz poważnie?

— Zobacz. — Delagard podał Lawlerowi lunetę. — Ładna noc. Raporty mówią, że między północą a świtem nie wydarzyło się nic niezwykłego. Policz okręty, które widzisz. Jeden, dwa, trzy, cztery.

Lawler przyłożył lunetę do oka. Jeden. Dwa. Trzy. Cztery.

— Którego brakuje?

Delagard tarmosił swoje gęste loki.

— Jeszcze nie jestem pewien. Nie mają wywieszonych flag. Gabe uważa, że to siostry zginęły. Oddzieliły się w nocy i ruszyły własnym kursem.

— To byłoby szaleństwo — powiedział Lawler. — Przecież nie mają pojęcia o prowadzeniu okrętu.

— Jak dotąd radziły sobie dobrze — wtrącił Leo Martello.

— Tylko dlatego, że podążały za konwojem. Lecz gdyby spróbowały wyruszyć samodzielnie…

— No, tak — powiedział Delagard. — To byłoby szaleństwo. Ale one są szalone. Cholerne suki, ani przez chwilę nie wahałbym się powiedzieć, że to do nich podobne…

Przerwał. Na schodkach poniżej rozległ się odgłos kroków.

— Dag, czy to ty? — zawołał Delagard. Lawlerowi wyjaśnił: — Wysłałem go na dół, aby nawiązał kontakt radiowy.

Z luku schodni wyłoniła się pomarszczona twarz Tharpa, a za nią jej właściciel.

— Brakuje „Złotego Słońca” — oznajmił Tharp.

— Siostry są na „Krzyżu Hydros” — powiedział Kinverson.

— Racja — powiedział gorzko Tharp. — Ale „Krzyż Hydros” odpowiedział, kiedy go przywołałem przed chwilą. Podobnie „Gwiazda”, „Trzy Księżyce”, „Bogini”. Żadnej odpowiedzi ze „Złotego Słońca”.