— Jesteś całkowicie pewien? Nie mogłeś nawiązać z nimi łączności? — zapytał Delagard. — Nie ma żadnego sposobu, żeby ich wywołać?
— Chcesz spróbować, to idź i spróbuj. Wywoływałem całą flotę. Odpowiedziały cztery okręty.
— Łącznie z siostrami? — nalegał Kinverson.
— Rozmawiałem osobiście z siostrą Hallą, w porządku? Lawler powiedział:
— Zapomniałem, kto płynie na „Złotym Słońcu”.
— Damis Saftelle — odpowiedział Leo Martello.
— Damis nigdy nie odpłynąłby na własną rękę. On nie jest taki.
— Nie — powiedział Delagard, patrząc podejrzliwie i nieufnie. — On nie jest taki, prawda, doktorze?
Przez cały dzień Tharp próbował złapać „Złote Słońce”. Radiooperatorzy próbowali również.
Cisza na paśmie „Złotego Słońca”. Cisza. Cisza. Cisza.
— Okręty tak po prostu nie znikają w ciemnościach — powiedział Delagard, gwałtownie przemierzając pokład.
— Jednak ten najwidoczniej zniknął — powiedziała Lis Niklaus.
— Zamknij ten swój pieprzony pysk!
— Och, to miłe, Nid, bardzo miłe.
— Zamknij go albo zrobię to za ciebie!
— To nic nie da — powiedział Lawler. Odwrócił się do Delagarda. — Czy nigdy dotąd nie straciłeś okrętu w ten sposób? Żeby tak zniknął cicho, bez S.O.S. ani niczego innego?
— Nigdy nie straciłem okrętu. Kropka.
— Gdyby były kłopoty, wzywaliby pomocy przez radio, prawda?
— Gdyby mogli — wtrącił Kinverson.
— Co to znaczy? — zapytał Delagard.
— Załóżmy, że cała zgraja takich sieciowatych potworów wczołgała się na pokład w nocy. Wachta zmienia się
O trzeciej nad ranem, ludzie schodzą z olinowania, wachta spod pokładu wchodzi na górę, wszyscy dostają się w sieci i zostają wciągnięci za burtę, i w ten sposób połowa załogi znika. W czasie tej masakry Damis lub ktoś inny schodzi ze sterówki, aby zobaczyć, co się dzieje, i sieci dostają także jego. A potem resztę jednego po drugim…
— Gospo wrzeszczał jak opętany, kiedy porwała go sieć — zauważyła Pilya Braun. — Myślicie, że cała załoga wpadnie w sieci i pozwoli wyciągnąć się za burtę, przy czym nikt nie narobi hałasu, który ostrzegłby pozostałych?
— No więc, to nie były sieci — powiedział Kinverson. — Coś innego wdrapało się na pokład. A może to były sieci plus coś innego. I wszyscy zginęli.
— A potem pojawił się jamochłon i połknął okręt? — zapytał Delagard. — Gdzie, do cholery, jest okręt? Cała załoga mogła zginąć, ale co się stało z okrętem?
— Okręt pod żaglami mógł zdryfować i oddalić się w ciągu kilku godzin, nawet przy spokojnym morzu — zauważył Onyos Felk. — Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia kilometrów, kto wie? l płynie dalej. Nie odnajdziemy go, nawet gdybyśmy szukali przez milion lat.
— A może zatonął — powiedziała Neyana Golghoz. — Coś podpłynęło pod niego i wywierciło w nim dziurę, a okręt poszedł prosto na dno.
— Nie wysyłając sygnału — dziwił się Delagard. — Okręty nie toną w ciągu dwóch minut. Ktoś zdążyłby włączyć radio.
— Czy ja wiem? — powiedziała Neyana. — Powiedzmy, że pięćdziesiąt stworów przypłynęło i wywierciło dziury. Był pełen dziur. I poszedł na dno szybciej, niż ty możesz pierdnąć. Zanurzył się, ot tak, ani chwili na zrobienie czegokolwiek. Nie wiem. To tylko sugestia.
— Kto był na pokładzie „Złotego Słońca”? — zapytał Lawler.
Delagard policzył na palcach.
— Damis z Daną i ich mały chłopiec. Sidero Volkin. Sweynerowie. To sześcioro.
Każde imię spadało jak topór. Lawler pomyślał o zgarbionym starym wytwórcy narzędzi i jego przygarbionej, starej żonie. Jak zwinne były ręce Sweynera, jak biegle wykorzystywały niewielką ilość materiałów dostępnych na Hydros. Volkin, cieśla okrętowy, twardy i pracowity. Damis. Dana.
— Kto jeszcze?
— Niech pomyślę. Gdzieś mam listę, ale niech pomyślę. Hainowie? Nie, oni są z Yanezem na „Trzech Księżycach”. Ale Freddo Wong był tam i jego żona — jak ona ma na imię, do diabła…
— Lucia — powiedziała Lis.
— Tak, Lucia. Freddo i Lucia Wong, i ta dziewczyna Berylda, ta z kucykami, l chyba młodszy brat Martina Yaneza. Tak. Tak.
— Jose — powiedział ktoś.
— Tak, Josc.
Lawler poczuł ukłucie bólu. Ten bystry, jasnooki chłopiec. Przyszły lekarz, który pewnego dnia miał przejąć od niego obowiązki uzdrowiciela.
Usłyszał głos mówiący:
— W porządku, to dziesięć. Ilu ich tam było na pokładzie? Czternastu? Więc musimy znaleźć jeszcze czterech.
Ludzie zaczęli podawać imiona. Po tylu tygodniach od chwili opuszczenia Sorve trudno było przypomnieć sobie, kto był na którym okręcie. Jednak wszyscy zgodnie twierdzili, że na pokładzie „Złotego Słońca” było czternaście osób.
Czternaście śmierci, pomyślał Lawler oszołomiony ogromem straty. Odczuł ją boleśnie. Była jego osobistą stratą. Ci ludzie dzielili jego życie, jego przeszłość. Odeszli. Odeszli bez ostrzeżenia, na zawsze. Prawie jedna piąta społeczności zginęła w jednej chwili. Na wyspie Sorve, jeśli mieli zły rok, zdarzały się dwa lub trzy zgony. Najczęściej nie było żadnego, a teraz czternaście naraz. Zaginięcie „Złotego Słońca” wytworzyło poszarpaną dziurę w tkance społeczności. Czy jednak ta społeczność nie była już rozproszona? Czy kiedykolwiek będą w stanie odbudować na Grayvard coś choćby podobnego do tego, co musieli pozostawić na Sorve?
Josc. Sawtelle'owie. Sweynerowie. Wongowie. Volkin. Berylda Cray. I czworo innych.
Lawler pozostawił ich wciąż dyskutujących na mostku i zszedł pod pokład. W chwilę po wejściu do kabiny miał w ręku flaszeczkę uśmierzychy. Osiem kropli, dziewięć, dziesięć, jedenaście. Powiedzmy tuzin, dobrze? Tak. Tak. Tuzin. Cóż, do diabła. Podwójna dawka: to powinno ukoić każdy ból.
— Val? — Głos Sundiry za drzwiami kabiny. — Dobrze się czujesz?
Wpuścił ją. Jej spojrzenie powędrowało do szklanki w jego ręce, a potem z powrotem do twarzy.
— Boże, naprawdę to przeżywasz, prawda?
— Jak utratę własnych palców.
— Czy dużo dla ciebie znaczyli?
— Niektórzy tak. — Uśmierzycha już działała. Poczuł, że ostrze bólu tępieje. Własny głos brzmiał głucho w jego uszach. — Inni byli tylko ludźmi, których znałem, częścią scenerii wyspy, starymi, znanymi twarzami. Jeden był moim uczniem.
— Josc Yanez.
— Znałaś go? Uśmiechnęła się smutno.
— Słodki chłopak. Kiedyś pływałam, a on podszedł i rozmawialiśmy przez chwilę. Głównie o tobie. Uwielbiał cię, Val. Nawet bardziej niż swojego brata, który był kapitanem statku. — Na jej twarzy pojawił się grymas. — Chyba jeszcze wszystko pogarszam zamiast naprawić.
— Nie… naprawdę…
Język mu zdrętwiał. Lawler wiedział, że wziął za dużą dawkę nalewki.
Sundira wyjęła mu szklankę z rąk i odstawiła na bok.
— Przykro mi — powiedziała. — Chciałam pomóc. Podejdź bliżej, chciał powiedzieć Lawler, ale jakoś nie mógł powiedzieć i nie powiedział. Mimo to wydawała się go rozumieć.
Przez dwa dni flota stała na kotwicy pośrodku pustki, A Delagard i Dag Tharp przeszukiwali wszystkie częstotliwości radiowe, starając się złapać „Złote Słońce”. Udało im się znaleźć radiooperatorów z pół tuzina wysp, okręt o nazwie „Imperatorka Sunrise”, kursujący jako prom po Morzu Lazurowym, pływającą stację górniczą pracującą gdzieś daleko na północy, istnienie której było całkowitą niespodzianką, maniła dla Delagarda. Ze „Złotego Słońca” Tharp nie pochwycił nawet szeptu.