Выбрать главу

— Na to wygląda.

— Przecież to szaleństwo!

— Jednak nie. Na razie udawaj, że tego nie słyszałeś, dobrze, Dag? Daj mi teraz Martina Yaneza.

— Nie Stayvola? Zawsze rozmawiasz najpierw ze Stayvolem.

— Yaneza — powiedział Lawler, starając się wymazać z pamięci obraz uśmiechającego się do niego Josca.

Chwila manipulowania gałkami i przez piski zakłóceń usłyszeli głos radiooperatora „Trzech Księżyców” — była nim jedna z dziewcząt Haina, Lawler nie pamiętał która — a potem, chwilę później, głęboki, spokojny głos Martina Yaneza, mówiący:

— Nie mamy nic do zameldowania, doktorze, dzisiaj wszyscy zdrowi.

— To nie jest rutynowa kontrola medyczna — powiedział Lawler.

— A więc co? Czy mieliście jakieś wieści ze „Złotego Słońca”? — W głosie Yaneza pojawiło się nagłe podniecenie, zapał, nadzieja.

— Niestety, nie — cicho powiedział Lawler.

— Aha!

— Chciałem dowiedzieć się, co sądzisz o naszej zmianie kursu.

— Co masz na myśli?

— Nie wciskaj mi kitu, Martin. Proszę.

— Od kiedy to lekarz interesuje się nawigacją?

— Powiedziałem, nie wciskaj mi kitu.

— Jesteś teraz nawigatorem, doktorze?

— Jestem stroną zainteresowaną. Wszyscy jesteśmy. To również moje życie. O co chodzi, Martin? Czy siedzisz tak głęboko w kieszeni Delagarda, że mi nie powiesz?

— Mówisz, jakbyś był mocno rozgniewany — powiedział Yanez. — Zrobiliśmy obejście na południe. Co z tego?

— Dlaczego to zrobiliśmy?

— Powinieneś zapytać o to Delagarda.

— A ty pytałeś?

— Ja nie potrzebuję. Po prostu idę po wyznaczonym kursie. On skręca na południe i ja też skręcam na południe.

— Bamber powiedział mniej więcej to samo. Czy wy, chłopcy, jesteście marionetkami, że pozwalacie mu pociągać za sznurki, jak mu się podoba? Jezu, Martin, dlaczego my już nie płyniemy na Grayvard?

— Powiedziałem ci. Zapytaj Delagarda.

— Mam zamiar. Przedtem chciałem dowiedzieć się, co inni kapitanowie sądzą o tym, że płyniemy na Morze Puste.

— Czy to właśnie robimy? — zapytał Yanez jak zawsze spokojnym głosem. — Myślałem, że tylko zataczamy krótki łuk na południe, z przyczyn, o jakich Delagard nic nie mówi. O ile wiem, Grayvard jest w dalszym ciągu naszym ostatecznym celem.

— Naprawdę w to wierzysz?

— A jeśli powiem, że tak, czy mi uwierzysz?

— Chciałbym.

— To prawda, doktorze. Jak to, że kochałem mojego brata, przysięgam na Boga. Delagard nie powiedział ani słowa o zmianie, a ja nie pytałem, tak samo jak Bamber i Poilin. Zakładam, że siostry nie zdają sobie nawet sprawy, że zeszliśmy z kursu.

— Więc rozmawiałeś o tym z Cadrellem i Stayvolem?

— Oczywiście.

— Stayvol jest bardzo blisko z Delagardem. Niezbyt mu ufam. Co powiedział?

— Jest równie zdziwiony jak my.

— Naprawdę?

— Tak. A cóż to za różnica? Wszyscy płyniemy za Delagardem. Jeśli chcesz wiedzieć, co się dzieje, zapytaj jego. A jeśli ci powie, powiedz mi, doktorze.

— Obiecuję.

— Chcesz, żebym wezwał Stayvola? — zapytał Dag Tharp.

— Nie. Chyba go sobie podaruję. Tharp potarmosił skórę na szyi.

— Do diabła — powiedział. — Do diabła, do diabła.

Sądzisz, że to spisek? Kapitanowie knują coś i nic nam nie mówią?

— Wierzę Martinowi Yanezowi. Gdyby coś się działo, i Delagard mógłby dopuścić do tajemnicy Stayvola, ale na pewno nie tamtych dwóch.

— A Damis Sawtelle?

— Co z nim?

— Załóżmy, że gdy zauważył zmianę kursu, zapytał przez radio Delagarda, o co chodzi, a Delagard powiedział, że to nie jego pieprzony interes, więc Damis zdenerwował się tak bardzo, że zmienił w nocy kurs i sam popłynął prosto jak strzelił w kierunku Grayvard. Damis ma dość wybuchowy temperament, jak wiesz. Tak więc jest tam, o tysiąc kilometrów od nas, i kiedy wysyłaliśmy sygnały radiowe, usiłując go znaleźć, zwyczajnie nas zignorował, ponieważ porzucił flotyllę.

— To miła teoria. Tylko czy Delagard umie obsługiwać ten aparat radiowy?

— Nie — odpowiedział Tharp. — Przynajmniej ja nic o tym nie wiem.

— Więc jak Damis mógł kontaktować się z nim, jeśli ty nie przyjmowałeś wezwania?

— Słuszna uwaga.

— Sawtelle nie odłączył się tak po prostu i nie popłynął samotnie. Mogę się założyć, Dag. „Złote Słońce” leży na dnie morza z Damisem Sawtelle'em i wszystkimi pozostałymi. Coś, co żyje w tym oceanie, podpłynęło w nocy i zatopiło ich szybko i cicho, coś bardzo sprytne i pomysłowe, a jeśli będziemy mieli szczęście, nigdy nie dowiemy się, co to było. Nie ma sensu myśleć teraz o „Złotym Słońcu”. Musimy się dowiedzieć, dlaczego płyniemy na południe zamiast na północ.

— Porozmawiasz z Delagardem, doktorze?

— Sądzę, że powinienem — powiedział Lawler.

8

Delagard właśnie zszedł z wachty. Wyglądał na zmęczonego. Jego szerokie ramiona były pochylone do przodu, głowa opuszczona ze znużenia. Kiedy zaczął schodzić do swojej kwatery, zawołał go Lawler.

— O co chodzi, doktorze?

— Czy możemy porozmawiać?

Jego powieki na moment opadły w dół.

— Teraz?

— Tak.

— W porządku. Chodź ze mną na dół.

Kajuta Delagarda, ponad dwukrotnie większa od kajuty Lawlera, była zasypana brudnymi częściami garderoby, pustymi butelkami po brandy, najróżniejszymi fragmentami okrętowego sprzętu, nawet książkami. Książki na Hydros były tak wielką rzadkością, że zdumiewało Lawlera, iż ktoś mógł je tak niedbale rozrzucać.

— Chcesz drinka? — zapytał Delagard.

— Na razie nie. Nie przeszkadzaj sobie. — Lawler zawahał się przez chwilę. — Pojawił się mały problem, Nid. Wydaje się, że przypadkowo zeszliśmy z kursu.

— Czyżby? — Głos Delagarda nie wyrażał zdziwienia.

— Wygląda na to, że jesteśmy po niewłaściwej stronie równika. Płyniemy na południe, południowy zachód zamiast na północ, północny zachód. Odbiega to dość znacznie od zamierzonego planu.

— Tak daleko od kursu? — powiedział Delagard. Było to bardzo nieudolnie fingowane zdziwienie. — Płyniemy w przeciwną stronę? — Bawił się kieliszkiem brandy, potarł prawy obojczyk, jakby go zabolał, poukładał kilka przedmiotów porozrzucanych na stole. — Jeśli to prawda, jest to cholernie poważny błąd w nawigacji. Ktoś musiał się podkraść do kompasu i przestawić go, zamierzając nas oszukać. Jesteś tego zupełnie pewien, doktorze?

— Przestań pieprzyć. Za późno. Co ty knujesz, Nid?

— Przecież nie znasz się na nawigacji. Skąd wiesz, w którym kierunku płyniemy?

— Konsultowałem się z ekspertami.

— Z Onyosem Felkiem? Tym głupim starym wypierdkiem?

— Tak, rozmawiałem z nim. Między innymi. Zgadzam się, że Onyos nie jest niezawodny. Lecz inni są. Wierz mi.

Delagard rzucił Lawlerowi mordercze spojrzenie; zwężone oczy, zaciśnięte szczęki. Potem uspokoił się; wypił i znów napełnił szklaneczkę, po czym zapadł w długie milczenie.

— W porządku — powiedział na koniec. — Pora dopuścić cię do tajemnicy. Tym razem Felk ma rację. Nie płyniemy na Grayvard.

Spokój i pewność siebie Delagarda uderzyły Lawlera mocnym, szybkim ciosem.

— Jezu Chryste, Nid. Dlaczego?

— Na Grayvard nas nie chcą. Nigdy nie chcieli. Sprzedali mi tę samą gównianą historię jak inne wyspy, że mają miejsce może dla dwunastu uciekinierów, na pewno nie dla wszystkich. Pociągałem za wszystkie możliwe sznurki. Obstawali przy swoim. Zostaliśmy na lodzie, z ręką w nocniku, nie mamy gdzie się podziać.