— Z pewnością. Im dziwniej, tym lepiej dla niego. Im dalej od cywilizacji może się ukryć, tym bardziej mu się podoba. Oblicza są dla niego Ziemią Obiecaną. Kiedy tam dopłyniemy będzie mógł założyć w tym kraju mlekiem i miodem płynącym swój Kościół, w którym sam będzie duchownym, kardynałem, papieżem lub czymkolwiek zechce się nazwać — podczas gdy ty stworzysz imperium, co, Nid? I wszyscy będą szczęśliwi.
— A więc to wszystko zostało ukartowane. Jesteśmy na krawędzi Pustego Morza z każdą minutą zapuszczamy się w Me głębiej.
— Nie podoba ci się, doktorze? Chcesz wysiąść z okrętu? Proszę bardzo. Płyniemy naprzód, czy ci się to podoba czy nie.
— A twoi kapitanowie? Czy sądzisz, że pójdą z tobą, gdy dowiedzą się, jaki jest prawdziwy cel?
— Założę się, że tak. Popłyną, dokąd im rozkażę. Tak zawsze było i zawsze będzie. Siostry mogą nie popłynąć, jeśli domyśla się, dokąd naprawdę płyniemy. No i dobrze. Nie ma z nich pożytku, z tych szalonych czarownic. Kiedy dotrzemy do Obliczy, będą z nimi same kłopoty. Lecz Stayvol popłynie wszędzie, gdzie go poprowadzę. I Bamber, i Martin. Ten biedny drań Damis także popłynąłby. Dokładnie na wprost Obliczy. To nie ulega wątpliwości. Dotrzemy tam i zbudujemy największe, najbogatsze cholerne miejsce, jakie kiedykolwiek widziano na Hydros, a potem będziemy żyli szczęśliwie na wieki. Zaufaj mi, tak będzie. Chcesz jeszcze trochę brandy, doktorze? Tak. Myślę, że chcesz. Proszę. Wypij solidny łyk. Wyglądasz tak, jakbyś go potrzebował.
Ojciec Quillan stał przy nadburciu, wbijając ekstatyczny wzrok w przestrzeń, która wydawała się jeszcze bardziej pusta niż bezkresna pustynia wód, które już przemierzyli, i wyglądał, jakby był tym razem w swym uduchowionym nastroju. Jego twarz była zarumieniona, a oczy lśniły.
— Tak — powiedział. — Powiedziałem Delagardowi, że powinien odbyć tę podróż do Obliczy.
— Kiedy to było? Jeszcze na Sorve?
— Och nie. Już na morzu. Niedługo po tym, jak Gospo Struvin został zabity. Delagard, jak wiesz, bardzo ciężko przeżył śmierć Gospo. Przyszedł do mnie i powiedział: Ojcze, nie jestem wierzący, ale potrzebuję z kimś porozmawiać. A ty jesteś tutaj jedynym, któremu mogę zaufać. Może ty mi pomożesz. I opowiedział mi o Obliczach. Jak wyglądają, dlaczego chce tam popłynąć. I o planie, który opracowali razem z Gospo. Nie wiedział, co począć, gdy tamtego zabrakło. Wciąż chciał płynąć do Obliczy, ale nie był pewien, czy potrafi doprowadzić podróż do końca. Długo dyskutowaliśmy o Obliczach Wód. Wyjaśnił mi dokładnie jego charakter, tak jak słyszał od starego żeglarza, dawno temu. A gdy opowiedział mi tę historię, zachęciłem go, aby nie rezygnował z realizacji planów, nawet bez Gospo. Rozumiałem znaczenie tego przedsięwzięcia i powiedziałem mu, że jest jedynym człowiekiem na tej planecie, który może je przeprowadzić. Nie można pozwolić, powiedziałem mu, aby cokolwiek stanęło na jego drodze. Dalej, prowadź nas do tego raju, na tę nieskalaną wyspę, gdzie zaczniemy wszystko od nowa. A on zmienił kurs i skierował okręt na południe.
— A dlaczego — ostrożnie zapytał Lawler — uważasz, że będziemy w stanie zacząć wszystko od nowa na tej nieskalanej wyspie, na którą zabieracie nas z Delagardem? Nie więcej niż garstkę ludzi, którzy osiedlą się w niezbadanej ziemi, zupełnie im nie znanej?
— Ponieważ — powiedział Quillan spokojnym, bezbarwnym głosem, głosem tak mocnym, że mógłby wyryć te słowa na metalowych płytach — ponieważ wierzę, że Oblicza są po prostu rajem. Uważam, że to Eden. Dosłownie.
Lawler zmrużył oczy.
— Mówisz poważnie? Prawdziwy Eden, gdzie mieszkali Adam i Ewa?
— Tak, prawdziwy Eden. Eden jest wszędzie tam, gdzie nie dotarł grzech pierworodny.
— A więc to od ciebie Delagard wziął ten pomysł, że Oblicza są rajem? Powinienem był się domyślić. Zakładam, że uważasz, iż mieszka tam sam Pan Bóg. A może ma tam tylko domek letniskowy?
— Nie wiem. Chciałbym jednak myśleć, że On tam jest. Jest zawsze wszędzie tam, gdzie jest raj.
— Pewnie — powiedział Lawler. — Stwórca wszechświata mieszka dokładnie tutaj, na Hydros, na gigantycznej, błotnistej wyspie, pokrytej plątaniną wodorostów. Nie rozśmieszaj mnie, Ojcze. Nie jestem nawet pewien, czy wierzysz w Boga. Myślę, że najczęściej sam nie jesteś tego pewien.
— To prawda — powiedział duchowny.
— Wtedy gdy miewasz swoje „martwe” okresy.
— Tak. Okresy, gdy jestem zupełnie pewny, że ewoluowaliśmy ze zwierząt niższego rzędu, bez żadnego celu. Kiedy myślę, że ten cały proces wznoszenia się od ameby do człowieka na Ziemi, od jakiegoś mikroorganizmu do istoty czującej dowolnego gatunku na dowolnej planecie, jest równie automatyczny jak ruch planety wokół słońca i równie bezsensowny. Kiedy myślę, że rozpoczął się całkowicie samorzutnie. I że nic nim nie kieruje oprócz jego własnych, naturalnych praw.
— W to wierzysz najczęściej.
— Nie tak często. Jednak czasami. Przeważnie jest inaczej.
— Jak? W co wtedy wierzysz?
— Wierzę wtedy, że istnieje jakaś Pierwotna Przyczyna, która stworzyła to wszystko z powodów, których możemy nigdy nie poznać. I która kieruje całością ze swej wielkiej miłości do Swego dzieła. Bowiem Bóg jest miłością, jak powiedział Jezus, w tej części Biblii, którą ominąłeś, a która mówi: Ten, który nie kocha, nie zna Boga, albowiem Bóg jest miłością. Bóg jest łącznikiem, kresem samotności, ostatecznym zjednoczeniem. I pewnego dnia weźmie nas wszystkich, choć na to nie zasługujemy, na swe łono, gdzie będziemy żyć wiecznie w chwale, wolni od wszelkiego bólu.
— I w to wierzysz przez większość czasu.
— Tak. Czy ty mógłbyś uwierzyć?
— Nie — powiedział Lawler. — Chciałbym. Jednak nie mogę.
— Wydaje ci się więc, że wszystko dzieje się bez celu?
— Niezupełnie. Jednak my nigdy nie poznamy tego celu. Nie dowiemy się też, co to za cel. Ani czyj on jest. Dzieją się różne rzeczy, takie jak zniknięcie „Złotego Słońca” w nocy, a my wcale nie musimy dowiedzieć się dlaczego. A kiedy umieramy, nie będzie żadnego łona ani dalszego życia w chwale. Nie będzie nic.
— Och — powiedział duchowny, kiwając głową. — Mój biedny przyjacielu. Przeżywasz każdy dzień w stanie, w jaki ja zapadam w chwilach najczarniejszej rozpaczy.
— Być może. Jakoś to znoszę.
Lawler zmrużył oczy i spojrzał na południowy zachód, ponad lśniącą powierzchnią morza, jakby oczekiwał, że lada moment pojawi się tam rozległy kontur lądu. Bolała go głowa. Miał ochotę utopić ból w nalewce z uśmierzychy.
— Modlę się, żebyś pewnego dnia, jak najszybciej, mógł nareszcie ukoić swój ból — powiedział Quillan.
— Rozumiem — powiedział Lawler ponurym głosem.
— Naprawdę rozumiesz? Naprawdę?
— Rozumiem, że dla zaspokojenia swojego pragnienia raju nie zawahałeś się sprzedać nas Delagardowi.
— Wyrażasz to bardzo ostro — powiedział Quillan.
— Tak. Chyba tak. Przykro mi z tego powodu. Nie sądzisz, że mam ku temu powód?
— Moje dziecko…
— Nie jestem twoim dzieckiem!
— To przynajmniej jesteś Jego dzieckiem.
Lawler westchnął. Pomyślał sobie: dwóch lunatyków — Delagard i Quillan. Jeden zrobiłby wszystko dla odkupienia świata, drugi wyruszył, aby go podbić.
Quillan dotknął dłonią ręki Lawlera i uśmiechnął się.
— Bóg cię kocha — powiedział łagodnie. — Bóg obdarzy cię swą łaską, nie bój się.