Выбрать главу

Potem nareszcie nadeszła kolejna chwila ciszy, która zdawała się trwać bez końca. Toniemy, pomyślał Lawler. Jesteśmy pięćdziesiąt metrów pod powierzchnią i schodzimy niżej. Wkrótce potopimy się. Ciśnienie wody z zewnątrz rozsadzi banieczkę, jaką jest okręt, morze wtargnie do środka i wszystko się skończy.

Czekał na implozję i strumień wody. To będzie szybka śmierć. Potężne uderzenie ściany wody w klatkę piersiową zablokuje dopływ krwi do mózgu: w jednej chwili straci przytomność. Nigdy nie pozna zakończenia tej historii, powolnego opadania na dno, trzasku miażdżonych desek, wizyt głębinowych stworów, które będą się przyglądać, zastanawiać i w końcu pożywiać.

Jednak nic się nie stało. Dryfowali w czasie, poza czasem, w ciszy, w spokoju. Przyszło mu do głowy, że może już nie żyją, że może to jest przyszłe życie, w które nigdy nie mógł uwierzyć, i roześmiał się, spoglądając dokoła, mając nadzieję dojrzeć ojca Quillana, by móc go zapytać:

— Czy właśnie tego oczekiwałeś? Bezkresnego dryfowania w próżni? Leżysz sobie w miejscu, gdzie umarłeś, wciąż przytomny, a wokół ciebie ogromna cisza?

Uśmiechnął się ze swojej głupoty. Przyszłe życie nie byłoby jedynie kontynuacją obecnego. To było nadal stare życie. Oto jego znajome stopy; oto ręce, ze znikającymi bliznami na dłoniach; a to szmer jego oddechu. Nadal był żywy. Okręt musiał wciąż być na powierzchni. Fala chyba wreszcie odeszła.

— Val? — usłyszał głos. — Val, nic ci się nie stało?

— Sundira?

Czołgała się do niego wąskim korytarzykiem, zagraconym teraz rozmaitymi przedmiotami, które wyrwały się z mocowań. Twarz miała bardzo bladą. Wyglądała na zamroczoną. W jej oczach zastygł lęk. Lawler podniósł się i uwolnił spod płyty, która spadła nie wiadomo skąd i wylądowała na jego piersiach, a on nawet tego nie zauważył. Zaczął gramolić się z przytulnego schronienia. Spotkali się w połowie drogi.

— Jezu — powiedziała cicho. — Och, Jezu Chryste! Zaczęła płakać. Lawler wyciągał do niej ręce i nagle zdał sobie sprawę, że sam również płacze. Obejmowali się i płakali razem w tej dziwnej, przypominającej sen ciszy.

Otwarto jeden luk, przez który wpadał teraz słup światła. Trzymając się za ręce, wyszli razem na powietrze.

Okręt utrzymywał się na wodzie normalnie, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. Pokład był mokry i lśniący jak nigdy przedtem. Wyglądał, jakby armia, złożona z miliona robotników, szorowała go przez milion lat. Sterówka, podstawa kompasu, nadbudówka i mostek były na swoim miejscu. Maszty, co było zdumiewające, również pozostały na miejscu, chociaż fokmaszt utracił jedną reję.

Kinverson był już na pokładzie, przy pomoście dźwigowym, a Delagard stał na dziobie, skurczony i nieruchomy, zupełnie zaszokowany. Wydawało się, że wrósł w pokład, jakby stał w tym samym miejscu przez cały czas, gdy okręt miotał się w uścisku Fali. Za nim, przy prawej burcie, stał Onyos Felk, równie oszołomiony i nieruchomy.

Jeden po drugim wychodzili z ukrycia pozostali: Neyana Golghoz, Dann Henders, Leo Martello, Pilya Braun. Potem Gharkid, utykając nieco wskutek jakiegoś nieszczęśliwego zderzenia pod pokładem, oraz Lis Niklaus i Ojciec Quillan. Poruszali się ostrożnie, ciągnąc nogi jak lunatycy, upewniając się, że okręt nie został uszkodzony; dotykając rei, gniazd masztów, dachu nadbudówki. Brakowało tylko Daga Tharpa. Lawler domyślił się, że musiał pozostać na dole, aby nawiązać łączność z pozostałymi okrętami.

Pozostałe okręty? Nie było ich w polu widzenia.

— Spójrz jak spokojnie — powiedziała cicho Sundira.

— Spokojnie, tak. l pusto.

Tak musiał wyglądać świat pierwszego dnia stworzenia. Wszędzie wokół rozciągało się idealnie gładkie morze, szarobłękitne i spokojne, bez wybrzuszeń, bez fal, bez białej grzywy czy choćby najmniejszej zmarszczki: jednostajna, horyzontalna nicość. Przejście Fali pozbawiło je wszelkiej energii.

Niebo także było gładkie, szare i puste. Daleko na zachodzie widniała pojedyncza, nisko zawieszona chmura, za którą zachodziło słońce. Strumienie bladego światła sączyły się zza horyzontu. Nie było śladu burzy, która poprzedzała Falę. Zniknęła jak sama Fala.

A pozostałe okręty?

Lawler przeszedł wolno od jednej burty okrętu do drugiej i z powrotem. Jego oczy ogarniały wodę, szukając śladów nieszczęścia: pływających desek, dryfujących fragmentów ożaglowania, rozproszonych części odzieży albo rozbitków. Nie dostrzegł niczego. Już wcześniej w trakcie tej podróży, po tym poprzednim sztormie, trzydniowej wichurze, spoglądał na morze, na którym nie było widać innych okrętów. Wtedy flotylla została jedynie rozproszona przez wiatr i odnalazła się po kilku godzinach. Lawler obawiał się, że tym razem może być inaczej.

— Idzie Dag — zamruczała Sundira. — Mój Boże, spójrz na jego minę!

Tharp wychodził z luku na rufie; blady, o pustych oczach i obwisłej szczęce, miał zgarbione ramiona i luźno opuszczone ręce. Wyrwany z transu Delagard odwrócił się i warknął:

— No i co? Jakie wieści?

— Nic. Żadnych wieści. — Głos Tharpa był głuchym szeptem.

— Żadnego sygnału. Próbowałem wiele razy. Zgłoś się, „Bogini”; zgłoś się, „Gwiazdo”. „Księżyce”, zgłoście się; zgłoś się, „Krzyżu”. Tu „Królowa”. Zgłoś się, zgłoś się, zgłoś się! — powtarzał, bliski szaleństwa. — Żadnego sygnału.

Nalana twarz Delagarda przybrała barwę ołowiu. Skóra na policzkach obwisła.

— Od żadnego z nich?

— Od żadnego, Nid. Nie zgłaszają się. Ich tam nie ma.

— Masz zepsute radio.

— Złapałem kilka wysp. Kentrup. I Kaggeram. To była paskudna Fala, Nid. Naprawdę paskudna…

— Ale moje okręty…

— Nic.

— Moje okręty, Dag?

Oczy Delagarda miotały dzikie błyski. Skoczył naprzód, jakby zamierzał chwycić Tharpa za ramiona i wytrząsnąć z niego lepsze wiadomości. Jak spod ziemi wyrósł między nimi Kinverson i przytrzymał Delagarda, uspokajając go, podczas gdy armator trząsł się i dygotał.

— Wracaj na dół — rozkazał Delagard radiooperatorowi. — Spróbuj jeszcze raz.

— Nie ma sensu — powiedział Tharp.

— Moje okręty! Moje okręty! — Delagard okręcił się w miejscu i podbiegł do nadburcia. Przez chwilę Lawler myślał, że Delagard ma zamiar rzucić się za burtę. Jednak on po prostu chciał w coś uderzyć. Zaciśniętymi rękami walił jak maczugami o reling, raz po raz, uderzając ze zdumiewającą siłą, tak że prawie półmetrowy odcinek ustąpił, wygiął się i załamał pod ciosami. — Moje okręty! — wrzeszczał Delagard.

Lawler poczuł, że sam zaczyna drżeć. Okręty, tak. I wszyscy ci, którzy byli na ich pokładach. Odwrócił się do Sundiry i w jej oczach zobaczył współczucie. Wiedziała, jaki ból teraz odczuwał. Tylko czy naprawdę mogła to zrozumieć? Dla niej to obcy ludzie. A dla niego byli całą jego przeszłością, esencją jego życia, na dobre i na złe. Nicko Thalheim, ojciec Nicko, Sandor, Bamber Cadrell, Sweynerowie, Tanamindowie, Brondo, biedne szalone siostry, Volkin, Yanez, Stayvol — wszyscy, których znał; całe jego dzieciństwo, wiek chłopięcy i męski, strażnicy dzielonych przez całe życie wspomnień, wszystko zmiecione w jednej chwili. Jak mogła to zrozumieć? Czy była kiedykolwiek częścią ustabilizowanej społeczności? Kiedykolwiek? Bez namysłu opuściła swoją rodzinną wyspę i wędrowała z miejsca na miejsce, nigdy nie oglądając się wstecz. Nie można zrozumieć, co znaczy stracić coś, czego się nigdy nie miało.