Выбрать главу

— Val — powiedziała miękko.

— Zostaw mnie, dobrze?

— Gdybym tylko mogła jakoś pomóc…

— Ale nie możesz — powiedział Lawler.

Nadchodziła ciemność. Krzyż zaczynał wstępować na niebo, wisiał pod dziwnym kątem, nienaturalnie wykrzywiony, ukośnie od południowego zachodu na północny wschód. Nie było wiatru. „Królowa Hydros” pławiła się ospale w spokojnym morzu. Wszyscy pozostali na pokładzie. Nikt nie przejmował się ponownym stawianiem żagli, chociaż od przejścia Fali upłynęło już kilka godzin. Jednak w panującej ciszy i przygnębieniu niemal nie miało to znaczenia.

Delagard zwrócił się do Onyosa Felka. Pozbawionym życia głosem zapytał:

— Jak sądzisz, gdzie jesteśmy?

— Mam powiedzieć, co myślę, czy chcesz, żebym wyciągnął przyrządy?

— Cholera, po prostu zgaduj, Onyos.

— Na Morzu Pustym.

— Tyle to sam wiem. Podaj mi długość.

— Uważasz mnie za czarodzieja, Nid?

— Uważam cię za głupiego kutasa. Jednak możesz mi podać przynajmniej długość. Spójrz na ten pieprzony Krzyż.

— Widzę ten pieprzony Krzyż — powiedział Felk kwaśno. — Mówi mi, że jesteśmy na południe od równika i o wiele dalej na zachód, niż byliśmy, zanim dopadła nas Fala. Chcesz wiedzieć więcej, to pozwól mi zejść na dół i spróbować odnaleźć moje instrumenty.

— Dużo dalej na zachód? — zapytał Delagard.

— Dużo. Bardzo dużo. Odbyliśmy niezłą przejażdżkę.

— W takim razie idź po przyrządy.

Lawler patrzył, niewiele pojmując, jak Felk, po dłuższych poszukiwaniach pod pokładem, pojawił się, niosąc narzędzia swojego fachu — toporne, dziwacznie wymodelowane przyrządy nawigacyjne, które prawdopodobnie wywołałyby protekcjonalny chichot szesnastowiecznego marynarza z Ziemi. Pracował cicho, od czasu do czasu mrucząc do siebie, namierzając Krzyż, zastanawiając się i znowu mierząc. Po chwili spojrzał na Delagarda i powiedział:

— Jesteśmy dalej na zachód, niż myślałem.

— Jaka jest nasza pozycja?

Felk podał mu ją. Delagard wydawał się zdziwiony. Sam zszedł na dół, nie było go przez dłuższy czas, po czym wrócił ze swoją mapą. Lawler przysunął się, żeby zobaczyć, jak Delagard przesuwa palcem po liniach długości geograficznych.

— Aha. Tutaj. Tutaj.

— Czy widzisz, co on pokazuje? — zapytała Sundira.

— Jesteśmy w sercu Morza Pustego. Niemal równie blisko Obliczy Wód, jak jakichkolwiek innych, zamieszkanych wysp. To dokładnie środek niczego i jesteśmy tu zupełnie sami.

2

Nie było już żadnej nadziei na zwołanie konklawe okrętów, na skupienie woli całej społeczności Sorve przeciw Delagardowi. Społeczność Sorve została zredukowana do grupki trzynastu osób. Do tej pory każdy z pasażerów znał prawdziwy cel podróży. Niektórzy, tacy jak Kinverson czy Gharkid, wydawali się tym nie przejmować: dla takich ludzi jeden cel był równie dobry jak drugi. Po innych — Neyana, Pilya, Lis — nie należało oczekiwać, że sprzeciwią się Delagardowi w czymkolwiek, obojętnie jak dziwne byłoby to przedsięwzięcie. A co najmniej jeden, ojciec Quillan, był zagorzałym sojusznikiem Delagarda w jego pogoni za Obliczami.

W ten sposób pozostawali Dag Tharp, Dann Henders, Leo Martello, Sundira i Onyos Felk. Ten ostatni nienawidził Delagarda. Dobrze. Jeden po mojej stronie, powiedział sobie Lawler. Co do Tharpa i Hendersa, obaj mieli już za sobą sprzeczki z Delagardem o cel podróży; nie będą się obawiać kolejnej. Jednak Martello był człowiekiem Delagarda i Lawler nie był pewien, po której stronie opowie się w rozgrywce z Delagardem. Nawet Sundira była niewiadomą. Lawler nie miał prawa oczekiwać, że go poprze, pomimo bliskich stosunków, jakie zdawały ich łączyć. Równie dobrze mogła być ciekawa Obliczy i pragnąć je poznać. Przecież z zamiłowaniem badała życie Skrzelowców.

Tak więc było ich czworo, w najlepszym wypadku sześcioro przeciwko pozostałym. Nawet nie połowa załogi. Za mało, pomyślał Lawler.

Zaczynał podejrzewać, że Delagarda nie uda się poskromić. Delagard stanowił zbyt wielką siłę, aby dało się go okiełznać. Był jak sama Fala: mogło nie podobać ci się to, że cię porywa, ale nic nie można było na to poradzić. Naprawdę nic.

Po katastrofie Delagard uwijał się z niewyczerpaną energią po pokładzie, przygotowując okręt do dalszej podróży. Naprawiono maszty, postawiono żagle. Jeśli wcześniej Delagard był energicznym, zdecydowanym człowiekiem, teraz wydawał się demoniczną, nieubłaganą siłą natury. Lawler pomyślał, że porównanie z Falą jest bardzo odpowiednie. Po utracie bezcennych okrętów Delagard najwyraźniej przekroczył jakiś próg, za którym odnowił zapasy siły woli. Wściekły, nieobliczalny, tryskający energią Delagard działał teraz jakby w środku wiru siły kinetycznej, uniemożliwiającego jakiekolwiek zbliżenie się do niego. Zrób to! Zrób tamto! Zamocuj to! Przesuń tamto! Nie dawał okazji do tego, aby ktoś taki jak Lawler podszedł do niego i powiedział:

— Nie pozwolimy ci popłynąć tam, gdzie chcesz, Nid. Następnego ranka po przejściu Fali na twarzy Lis Niklaus pojawiły się nowe sińce i zadrapania.

— Nie powiedziałam mu ani słowa — skarżyła się Lawlerowi, kiedy próbował naprawić szkody. — Jak tylko dotarliśmy do naszej kajuty, wściekł się i zaczął mnie bić.

— Czy to zdarzało się już przedtem?

— Nie aż tak, nie. On teraz zachowuje się jak szaleniec. Może sądził, że mam zamiar powiedzieć coś, co mu się nie spodoba. Oblicza, Oblicza, Oblicza, tylko o tym myśli. Mówi o nich we śnie. Negocjuje układy, odstrasza konkurentów, obiecuje cuda… sama nie wiem.

Mimo iż była dużą, mocno zbudowną kobietą, nagle wydała mu się drobna i wątła, jakby Delagard wysysał z niej życie.

— Im dłużej z nim jestem, tym bardziej mnie przeraża. Myślisz, że to tylko bogaty właściciel stoczni, którego nie interesuje nic poza piciem, jedzeniem, pieprzeniem i zdobywaniem coraz większego bogactwa, Bóg wie po co. A kiedy czasem pozwoli ci zajrzeć nieco głębiej w swoją duszę, zobaczysz tam diabły!

— Diabły?

— Diabły, wizje, fantazje. Nie wiem. On myśli, że ta wielka wyspa uczyni z niego imperatora, może nawet Boga, że wszyscy będą go słuchać, nie tylko tacy jak my, ale i inni mieszkańcy wysp, nawet Skrzelowcy. I mieszkańcy innych światów. Czy wiesz, że chce zbudować kosmoport?

— Tak — powiedział Lawler. — Mówił mi o tym.

— On to zrobi. Zawsze ma to, czego chce. Nigdy nie odpoczywa, nigdy nie przestaje. Nawet we śnie myśli. Naprawdę. — Lis ostrożnie dotknęła czerwieniejącego miejsca pomiędzy kością policzkową a lewym okiem.

— Czy sądzisz, że uda ci się go powstrzymać?

— Nie jestem pewien.

— Uważaj. Zabije cię, jeśli wejdziesz mu w drogę. Nawet ciebie, doktorze. Zabije cię tak, jakby zabijał rybę.

Morze Puste zdawało się odpowiednią nazwą dla tego morza, czystego i bezbarwnego, bez wysp, raf koralowych i sztormów, a nawet chmur. Gorące słońce rzucało długie, pomarańczowe błyski na apatyczne, szkliste, błękitnoszare fale. Horyzont wydawał się oddalony o milion kilometrów. Wiatr był słaby i nierówny. Przypływy pojawiały się rzadko i były bardzo niewielkie, nie większe niż zmarszczki na płaskiej tafli morza. Okręt łatwo je przeskakiwał.

Nie było tu również zbyt bogatego życia morskiego. Kinverson na próżno zarzucał liny; sieci Gharkida rzadko wyławiały jakieś użyteczne wodorosty. Czasami przepływała obok migocząca ławica ryb lub w oddali dokazywały jakieś większe stworzenia, ale rzadko podpływały na tyle blisko, aby dać się schwycić. Zapasy suszonej ryby i glonów szybko się wyczerpywały. Delagard zarządził zmniejszenie dziennych racji. Wyglądało na to, że dalej będą podróżować głodni i spragnieni. W czasie gwałtownej ulewy, która poprzedziła nadejście Fali, nie było czasu wystawić zbiorników na wodę. Teraz, pod tym spokojnym, bezchmurnym niebem poziom wody w beczkach malał z każdym dniem.