Lawler poprosił Onyosa Felka, aby pokazał mu na mapie ich położenie. Kartograf, jak zwykle, nie był pewny swojej nawigacji, ale pokazał na mapie punkt na Morzu Pustym, prawie w połowie drogi między równikiem a przypuszczalnym położeniem Obliczy Wód.
— Czy to możliwe? — zapytał Lawler. — Czy naprawdę możemy być tak daleko?
— Fala posuwała się z niewiarygodną prędkością. Niosła nas przez cały dzień. To cud, że okręt nie rozleciał się.
Lawler spoglądał na mapę.
— Jesteśmy za daleko, żeby zawrócić, nie sądzisz?
— A kto mówi o powrocie? Ty? Ja? Na pewno nie Delagard.
— A gdybyśmy chcieli? — powiedział Lawler. — Mówię, gdyby.
— Lepiej zrobimy, płynąc naprzód — rzekł ponuro Felk. — Nie mamy wyboru. Za nami jest ogromna, pusta przestrzeń. Jeżeli zawrócimy w stronę znanych nam wód, prawdopodobnie umrzemy z głodu, zanim gdziekolwiek dopłyniemy. Odnalezienie Obliczy to chyba nasza jedyna szansa. Może znajdziemy tam żywność i świeżą wodę.
— Tak sądzisz?
— A skąd mogę wiedzieć? — odparł Felk.
Leo Martello zagadnął go:
— Masz wolną chwilę, doktorze? Chciałbym ci coś pokazać.
Lawler był w kajucie i sortował papiery. Miał trzy skrzynie danych medycznych o sześćdziesięciu czterech byłych Mieszkańcach Sorve, którzy prawdopodobnie zaginęli na morzu. Lawler zawzięcie walczył z Delagardem o prawo zabrania ich ze sobą, gdy flota opuszczała Sorve i ten jeden raz zwyciężył. Co teraz? Zatrzymać je? Po co? Na wypadek gdyby pięć zaginionych okrętów powróciło wraz z kompletnymi załogami? Albo zachować je dla jakiegoś przyszłego historyka wyspy?
Takim historykiem równie dobrze mógł zostać Martello. Może on zdołałby ująć te bezużyteczne dokumenty w kolejne pieśni swojego poematu.
— O co chodzi, Leo?
— Pisałem o Fali — powiedział Martello. — O tym, co nam się przydarzyło i gdzie teraz jesteśmy, dokąd płyniemy i tak dalej. Myślałem, że może chciałbyś przeczytać, co do tej pory napisałem.
Uśmiechnął się ochoczo. Jego lśniące brązowe oczy jaśniały podnieceniem. Lawler zrozumiał, że Martello musi być ogromnie dumny z siebie i oczekuje aplauzu. Zazdrościł mu jego żywiołowości, otwartej natury, bezgranicznego entuzjazmu. W tej desperackiej, skazanej na klęskę wyprawie Martello potrafił doszukać się poezji. Zdumiewające.
— Czy troszeczkę nie przyspieszasz biegu wydarzeń? — zapytał Lawler. — Ostatnio byłeś dopiero przy emigracji z Ziemi na pierwsze skolonizowane światy.
— To prawda. Jednak uważam, że w końcu dotrę do tej części poematu, która mówi o naszym życiu na Hydros, a której ogromnym fragmentem będzie ta podróż. Tak więc pomyślałem, dlaczego nie opisać jej teraz, gdy mam ją na świeżo w pamięci, zamiast czekać pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, aż będę stary.
Rzeczywiście, dlaczego nie, pomyślał Lawler.
Od kilku tygodni Martello zapuszczał włosy na golonej dotąd głowie: odrastały gęste, bujne i brązowe. Dzięki temu wyglądał dziesięć lat młodziej. Jeśli ktokolwiek na tym okręcie miał przeżyć jeszcze pięćdziesiąt lat, to prawdopodobnie był to Martello. Nawet siedemdziesiąt. Dużo czasu na pisanie poezji. Jednak owszem, lepiej już teraz przelać wrażenia na papier.
Lawler wyciągnął dłoń.
— Dobrze, spójrzmy na to — powiedział.
Przeczytał kilka linijek udając, że przegląda resztę. Podobnie jak poprzedni fragment, który pokazał mu Martello, był to długi, zarejestrowany strumień świadomości, równie dziwaczny i ckliwy, ten jednak miał przynajmniej walor osobistego przeżycia.
— To bardzo mocna rzecz, Leo.
— Myślę, że osiągnąłem zupełnie nowy poziom. Zajmując się historycznym, musiałem dotrzeć do tego z zewnątrz, ale teraz — miałem to dokładnie tutaj. — Podniósł ręce do góry i szeroko rozłożył palce. — Po prostu musiałem to zapisać, tak szybko jak zdołałem umieścić słowa na papierze.
— Miałeś przypływ natchnienia.
— To właściwe słowo, tak. — Martello nieśmiało sięgnął po zwój manuskryptu. — Mógłbym go zostawić, gdybyś chciał przejrzeć go dokładniej, doktorze.
— Nie, nie, poczekam raczej, aż dokończysz całą pieśń. Nie napisałeś jeszcze o naszym wyjściu na pokład po wszystkim, i o tym, jak dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w głębi Morza Pustego.
— Pomyślałem, że poczekam — powiedział Martello — aż dotrzemy do Obiczy Wód. Ta część podróży nie jest zbyt ciekawa, prawda? Zupełnie nic się nie dzieje. Kiedy jednak dotrzemy do Obliczy…
Przerwał znacząco.
— Tak? — powiedział Lawler. — Jak sądzisz, co się tam zdarzy?
— Cuda, doktorze. Cuda, dziwy i bajkowe historie. — Oczy Martello zabłysły. — Nie mogę się doczekać. Napiszę pieśń, z jakiej byłby zadowolony sam Homer. Sam Homer!
— Jestem pewien, że napiszesz — powiedział Lawler.
Nagle, znikąd, znowu pojawiły się śluzice, nadlatując setkami bez żadnego ostrzeżenia. Nie było powodu, aby ich oczekiwać. Jeżeli już, to morze wydawało się tutaj bardziej jałowe niż kiedykolwiek, od chwili gdy na nie wpłynęli.
Lecz tego upalnego południa morze otworzyło się i obiegło okręt śluzicą. Ciskały się, wylatując nagle z wody i przeskakując gęstymi chmurami środkową część okrętu. Lawler był na pokładzie. Usłyszał pierwsze furkotania i odruchowo ukrył się za fokmasztem. Długie na pół metra i grube jak męskie ramię śluzice przelatywały przez powietrze niczym zwinne, śmiercionośne pociski. Ich ostro zakończone, skórzaste skrzydła były rozpostarte, a rzędy ostrej jak igły szczeciny pionowo sterczały na grzbietach.
Niektóre przelatywały nad okrętem jednym długim łukiem i lądowały w morzu, wzbijając fontanny bryzgów. Inne trzaskały o maszty lub dach nadbudówki, lub zalegały stertami w nagle wybrzuszonych żaglach, albo po prostu kończyły swój lot nad okrętem i w gniewnych podrygach spadały na pokład. Dwie z nich przefrunęły tuż obok Lawlera, jedna przy drugiej, obrzucając go tępym, złośliwym spojrzeniem. Potem przeleciały trzy następne, jeszcze bardziej zbliżone do siebie nawzajem, jakby w zaprzęgu; a później więcej niż mógł zliczyć. Nie było mowy, aby bezpiecznie dotrzeć do luku. Mógł tylko ukryć się, zwinąć w kłębek i czekać.