Usłyszał krzyk gdzieś na pokładzie i poirytowane chrząknięcie z innej strony. Spoglądając w górę, dostrzegł w takielunku Pilyę Braun; z trudem trzymała się lin, jednocześnie oganiając się od roju ryb. Jeden policzek miała rozcięty i zakrwawiony.
Tłusta śluzica zahaczyła o ramię Lawlera, ale nie wyrządziła mu krzywdy: trafiła go brzuchem, nie szczeciną. Kolejna przeleciała przez pokład właśnie wtedy, gdy Delagard wychodził z luku. Uderzyła go w pierś, wycinając poszarpaną i gwałtownie czerwieniejącą linię w jego koszuli, a potem spadła, kręcąc się u jego stóp. Z wściekłością rozgniótł ją obcasem.
Przez trzy lub cztery minuty zasypywał ich ten deszcz rybich oszczepów. Potem śluzice zniknęły. I znów zapadła cisza; morze było nieruchome i gładkie jak tafla matowego szkła rozpościerająca się w nieskończoność.
— Dranie — wychrypiał Delagard. — Zetrę je w proch! Zniszczę co do jednej!
Kiedy? Gdy Oblicza Wód uczynią z niego najwyższego władcę planety?
— Daj mi obejrzeć to rozcięcie, Nid — powiedział Lawler.
Delagard wyrwał mu się.
— To tylko zadrapanie. Już go nawet nie czuję.
— Jak sobie życzysz.
Spod pokładu wyszli Neyana Golghoz z Natimem Gharkidem i zaczęli zmiatać na kupę nieżywe i dogorywające śluzice. Martello, który miał głęboko rozcięte ramię i szczecinę śluzicy wbitą w plecy, przyszedł pokazać swoje rany Lawlerowi. Lekarz kazał mu zejść na dół do izby chorych i poczekać. Pilya zeszła z olinowania i również pokazała mu swoje rany: krwawiące rozcięcie na policzku i drugie tuż pod piersiami.
— Myślę, że potrzeba kilka szwów — powiedział jej. — Bardzo cierpisz?
— Troszeczkę piecze. I parzy. Tak naprawdę to bardzo parzy. Ale nic nie szkodzi.
Uśmiechnęła się. Lawler nadal widział migoczące w jej oczach uczucie, pożądanie czy cokolwiek to było. Wiedziała, że sypiał z Sundirą Thane, ale to najwidoczniej nie miało dla niej znaczenia. Może nawet cieszyła się z ran zadanych jej przez śluzice: on zwróci na nią uwagę, będzie dotykał jej skóry. Lawler żałował jej. Cierpliwe przywiązanie dziewczyny smuciło go.
Delagard, wciąż krwawiąc, podszedł do Neyany i Gharkida, którzy przygotowywali się do wyrzucenia śluzie za burtę.
— Zaczekajcie — powiedział szorstko. — Od wielu dni nie jedliśmy świeżej ryby.
Gharkid obrzucił go spojrzeniem pełnym nie skrywanego zdziwienia.
— Zjadłbyś śluzice, kapitanie?
— Możemy przynajmniej spróbować — powiedział Delagard.
Okazało się, że pieczona śluzica smakuje jak szmaty moczone przez kilka tygodni w urynie. Lawler zdołał przełknąć trzy kęsy i zrezygnował, krztusząc się. Kinverson i Gharkid odmówili poczęstunku; Dag Tharp, Henders i Pilya również zrezygnowali ze swoich porcji. Leo Martello dzielnie zjadł połowę ryby. Ojciec Quillan dziobał swoją z widocznym obrzydzeniem, ale i z zawziętą determinacją, jakby dotrzymywał ślubu danego Dziewicy, że będzie jadł wszystko, co przed nim postawią, obojętnie jak byłoby to obrzydliwe.
Delagard zjadł całą porcję i poprosił o dokładkę.
— Smakuje ci? — zapytał Lawler.
— Człowiek musi jeść, prawda? Należy podtrzymywać swoje siły, doktorze. Zgodzisz się? Proteiny to proteiny. Czyż nie, doktorze? Co na to powiesz, doktorze? Proszę, dołóż sobie.
— Dzięki — powiedział Lawler. — Myślę, że spróbuję się obejść bez nich.
Zauważył zmianę w Sundirze. Wydawało się, że ze zmianą kursu i celu podróży pozbyła się całej narzuconej sobie rezerwy, tak że kiedy teraz kochali się, nie zapadali później w długotrwałe napięte milczenie, przerywane jedynie momentami płytkiej paplaniny. Teraz, gdy leżeli razem w ciemnym i stęchłym kącie ładowni, który był ich kryjówką, opowiadała mu o sobie w długich i wyczekiwanych monologach.
— Zawsze byłam ciekawską dziewczynką. Chyba aż nazbyt ciekawską. Brodziłam w zatoce, wyławiałam różne przedmioty na płyciznach, narażałam się na uszczypnięcia i ugryzienia. Gdy miałam około czterech lat, włożyłam sobie małego kraba do pochwy.
Lawler skrzywił się; zachichotała.
— Nie wiem, czy chciałam sprawdzić, co się stanie z krabem, czy z moją pochwą. Krabowi to najwyraźniej nie przeszkadzało. Ale moim rodzicom tak.
Jej ojciec był merem wyspy Khamsilaine. Mer, jak się zdaje, to termin używany przez wyspiarzy na Morzu Lazurowym, oznaczający głowę rządu. Khamsilaine była jedną z większych ludzkich osad, liczyła około pięciu tysięcy osób. Dla Lawlera była to niewyobrażalnie wielka populacja. Sundira niewiele mówiła o matce: ta-była naukowcem, przypuszczalnie historykiem badającym migrację międzygalaktyczną ludzi, umarła jednak bardzo młodo i Sundira prawie jej nie pamiętała. Najwyraźniej Sundira odziedziczyła część analitycznego umysłu matki. Szczególnie fascynowali ją Skrzelowcy — Mieszkańcy; zawsze dbała o to, aby używać tego bardziej formalnego określenia, co Lawlerowi wydawało się dziwaczne i pompatyczne. Kiedy miała czternaście lat, Sundira wraz z nieco starszym od siebie chłopcem zaczęli śledzić tajemne ceremonie Mieszkańców na wyspie Khamsilaine. Zaczęli też eksperymentować z seksem, co dla Sundiry było nowością; wspomniała o tym dość beznamiętnie, ale Lawler, ku swemu zdziwieniu, poczuł się wściekle zazdrosny. Mieć za kochankę tak oszałamiającą dziewczynę jak Sundira, kiedy się jest tak młodym — cóż to byłby za przywilej! W okresie dojrzewania Lawler nie cierpiał na brak dziewcząt. Później także, ilekroć zdołał uciec od nie kończących się godzin studiów medycznych, które przez większość czasu trzymały go w chacie ojca. Jednak to nie zalety umysłów pociągały go w tych dziewczynach. Przez chwilę pomyślał o tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby na Sorve była jakaś Sundira, kiedy dorastał. A gdyby poślubił ją, a nie Mireyl? To była zdumiewająca myśl; dziesiątki lat bliskiego partnerstwa z taką nadzwyczajną kobietą zamiast samotnego i pustego życia, jakie wiódł z własnego wyboru. Rodzina. Ciągłość rodu.
Odepchnął od siebie te dziwne myśli. Zwykłe fantazje, oto czym były: on i Sundira dorastali oddaleni od siebie o tysiące kilometrów i wiele lat. A nawet gdyby sprawy ułożyły się inaczej, to każdy związek, jaki zbudowaliby na Sorve, zostałby tak czy inaczej nadwątlony przez wygnanie. Wszystkie drogi wiodły do tego pływającego więzienia, łupinki kołyszącej się na środku Morza Pustego.
Dociekliwość Sundiry w końcu doprowadziła do poważnego skandalu. Miała niewiele ponad dwadzieścia lat; jej ojciec nadal był merem; mieszkała sama na granicy ludzkiej osady na Khamsilaine i spędzała wśród Mieszkańców tyle czasu, na ile jej pozwalali.
— To było intelektualne wyzwanie. Chciałam się nauczyć o tym świecie wszystkiego, co mogłam. Rozumieć świat oznaczało zrozumieć Mieszkańców. Byłam pewna, że coś się tutaj dzieje, coś, czego nikt z nas nie widzi.
Opanowała biegle język Mieszkańców, co najwidoczniej nie było na Khamsilaine umiejętnością powszechną. Ojciec zrobił ją ambasadorem wyspy u Skrzelowców: wszystkie kontakty z nimi odbywały się za jej pośrednictwem. Tyle samo czasu spędzała w wiosce Mieszkańców na południowym krańcu wyspy, co we własnej społeczności. Większość z nich ledwie tolerowała jej obecność, jak to zwykle czynią Mieszkańcy; niektórzy byli otwarcie niechętni, ale kilkoro okazywało prawie przyjaźń. Sundira czuła, że zbliża się do poznania niektórych z nich jako indywidualności, a nie tylko jako niezdarnych, złowieszczych, nierozróżnialnych, obcych stworzeń, jakimi Mieszkańcy wydawali się większości ludzi.
— To był mój błąd i ich: zbytnio zbliżyłam się do nich. Budowałam na tej bliskości. Przypominałam sobie pewne rzeczy, które widziałam jako dziewczynka, kiedy razem z Tomasem szpiegowaliśmy ich w miejscach, do których nie powinniśmy byli zaglądać. Zadawałam pytania. Otrzymywałam wymijające odpowiedzi. Dręczące odpowiedzi. Zdecydowałam, że muszę znów poszpiegować.