Выбрать главу

Cokolwiek zobaczyła Sundira w ukrytych izbach Skrzelowców, nie umiała, jak się wydawało, przekazać tego Lawlerowi: może chciała dochować tajemnicy, a może po prostu nie zobaczyła tyle, aby cokolwiek zrozumieć. Wspominała o ceremoniach, komuniach, rytuałach, misteriach; jednak niejasność opisów wydawała się wynikać z jej niedoskonałości odbioru, a nie z niechęci do dzielenia się z nim tym, co wiedziała.

— Powróciłam do tych samych miejsc, do których przed laty zakradałam się z Tomasem. Tym razem złapano mnie.

Myślałam, że mnie zabiją. Zamiast tego zaprowadzili mnie do ojca i kazali mu mnie zabić. Obiecał, że mnie utopi, i wydawali się to akceptować. Wypłynęliśmy łodzią rybacką i wyskoczyłam za burtę. Ojciec jednak zorganizował łódź z Simbalimak, która czekała z drugiej strony wyspy. Aby się do niej dostać, musiałam płynąć przez trzy godziny. Nigdy nie wróciłam na Khamsilaine. I nigdy więcej nie widziałam się ani nie rozmawiałam z moim ojcem. Lawler łagodnie pogłaskał ją po policzku.

— A więc ty też wiesz coś o wygnaniu.

— Coś, tak.

— Nigdy mi o tym nie mówiłaś. Wzruszyła ramionami.

— Jakie by to miało znaczenie? Cierpiałeś tak bardzo. Czy czułbyś się lepiej, gdybym ci powiedziała, że ja też musiałam opuścić moją rodzinną wyspę?

— Możliwe.

Dzień lub dwa później znów spotkali się w ładowni i znowu opowiadała mu o życiu, które zostawiła za sobą. Rok na Simbalimak — poważny romans, o którym już wcześniej wspominała, i dalsze próby zgłębienia tajemnic Skrzelowców, które skończyły się prawie tak samo katastrofalnie jak nielegalne obserwacje na Khamsilaine — a potem wyprowadziła się z Morza Lazurowego na Shaktan. Lawler nie był pewien, czy powodem jej odejścia były naciski Skrzelowców, czy też zerwanie romansu, i wcale nie miał ochoty o to pytać.

Z Shaktan na Velmise, z Velmise na Kentrup, w końcu z Kentrup na Sorve: niespokojne życie i chyba niezbyt szczęśliwe. Kolejna odpowiedź zawsze przynosiła nowe pytanie. Nowe próby penetracji tajemnic Skrzelowców i nowe kłopoty. Następne romanse, nie prowadzące do niczego. Samotna, niepełna, tułacza egzystencja. Dlaczego przybyła na Sorve?

— A dlaczego nie? Chciałam wyjechać z Kentrup. Sorve była jednym z wielu możliwych miejsc. Znajdowała się blisko, mogła mnie przyjąć. Zostałabym przez chwilę i ruszyłabym dalej.

— Czy chciałaś, żeby tak wyglądało całe twoje życie? Zatrzymać się gdzieś na krótko, przenieść gdzieś indziej i znów odpłynąć?

— Tak sądzę — powiedziała.

— Czego szukałaś?

— Prawdy.

Lawler czekał, nie komentując. Powiedziała:

— Nadal sądzę, że dzieje się tutaj coś, o czym nie mamy pojęcia. Mieszkańcy tworzą jednolite społeczeństwo. Takie samo na każdej wyspie. Istnieje jakiś związek między jedną społecznością Mieszkańców a drugą, między Mieszkańcami a nurkami, między Mieszkańcami a platformami, między Mieszkańcami a jamochłonami. O ile wiem, również między Mieszkańcami i śluzicą. Chcę wiedzieć, co to za związek.

— Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?

— Hydros to miejsce, na którym będę musiała spędzić resztę życia. Czy nie sądzisz, że powinnam poznać je tak dokładnie, jak tylko zdołam?

— A zatem nie martwi cię to, że Delagard porwał nas i wlecze ze sobą?

— Nie. Im więcej zobaczę, tym lepiej zrozumiem tę planetę.

— Nie boisz się rejsu do Obliczy? Pływania po niezbadanych wodach?

— Nie — powiedziała. A po chwili dodała: — Tak, może trochę. Pewnie, że się boję. Jednak tylko trochę.

— Jeżeli część z nas spróbowałaby powstrzymać Delagarda, czy przyłączyłabyś się do nas?

— Nie — odparła bez wahania.

3

Przez kilka dni nie było w ogóle wiatru, a okręt stał jak martwy w zupełnie gładkiej wodzie pod nadbrzmiałym słońcem, które rosło z każdą chwilą. W tym tropikalnym rejonie powietrze było suche i gorące, tak że często z trudem chwytali oddech. Delagard dokonywał cudów za sterem, kazał stawiać żagle w tę lub tamtą stronę, w ten lub inny sposób, aby złapać choć najsłabszą bryzę, więc przez cały czas jakoś posuwali się naprzód, płynąc powoli na południowy zachód, coraz dalej w głąb tych jałowych pustkowi oceanu. Bywały też jednak i takie okropne dni, kiedy wydawało się, że nigdy więcej żaden poryw powietrza nie napełni żagli i na wieki zostaną uwięzieni tutaj, aż zamienią się w wyschnięte szkielety.

— Stoi nieruchomo jak namalowany — powiedział Lawler. — Malowany statek na malowanym morzu.

— Co to? — zapytał ojciec Quillan.

— Poemat. Z Ziemi, stary wiersz. Jeden z moich ulubionych.

— Cytowałeś z niego już wcześniej, prawda? Pamiętam jego rytm. Coś o wodzie, wodzie dookoła.

— I ani kropli do picia — powiedział Lawler.

Woda pitna prawie się już skończyła. Na dnie większości beczek nie było nic prócz kleistych cieni. Lis odmierzała racje w kroplach.

Lawler miał prawo do dodatkowej racji dla celów medycznych. Zastanawiał się, jak poradzić sobie z problemem przyjmowania swoich dziennych porcji nalewki z uśmierzychy. Substancja ta powinna być rozpuszczana w dużej ilości wody, bo inaczej stawała się niebezpieczna; nie mógł jednak pozwolić sobie na luksus zużywania tak dużych ilości wody dla osobistych słabości. W takim razie co robić? Wymieszać ją z wodą morską? Przez jakiś czas mógłby sobie radzić w ten sposób; jednak gdyby trwało to zbyt długo, nerki ucierpiałyby w wyniku kumulacji soli. Zawsze mógł mieć nadzieję, że w najbliższym czasie spadnie deszcz i będzie mógł przepłukać nerki świeżą wodą.

Ponadto mógł po prostu nie brać narkotyków.

W drodze eksperymentu spróbował pewnego ranka obejść się bez uśmierzychy. Przed południem czaszka zaczęła go dziwnie swędzieć. Późnym popołudniem cała skóra zdrętwiała, jak gdyby pokrywała j ą łuska. O zmierzchu drżał cały i pocił się z pragnienia.

Siedem kropel uśmierzychy i drżenie natychmiast zmieniło się w dobrze znane i oczekiwane odrętwienie.

Jednak zapasy narkotyku zaczęły się kurczyć. Lawler uznał to za większy problem niż brak wody. Mimo wszystko zawsze pozostawała nadzieja, że jutro spadnie deszcz. Tymczasem ziele uśmierzychy nie rosło w tych wodach.

Przedtem Lawler sądził, że znajdzie je, gdy okręt dotrze do Grayvard. Jednak nigdy nie dopłyną do Grayvard. Oszacował, że zapasy wystarczą mu na kilka następnych tygodni. Może mniej. W każdym razie niedługo się skończą.

I co wtedy? Co wtedy?

Do tego czasu spróbuje mieszać krople z odrobiną morskiej wody.

Sundira opowiedziała mu więcej o swoim dzieciństwie na Thamsilaine, o burzliwym dojrzewaniu, późniejszej wędrówce z wyspy na wyspę, o swoich ambicjach i nadziejach, wysiłkach i porażkach. Godzinami przesiadywali razem w wilgotnej ciemności, wyciągając swoje długie nogi przed siebie i splatając dłonie jak młodzi kochankowie, podczas gdy okręt dryfował łagodnie po łagodnych tropikalnych wodach. Pytała również Lawlera o jego życie, więc opowiadał historyjki ze swego nieskomplikowanego dzieciństwa oraz cichego, monotonnego, starannie zaplanowanego dorosłego życia na jedynej wyspie, jaką znał.

Aż pewnego popołudnia zszedł pod pokład, aby poszperać w skrzyniach z nowymi zapasami, i usłyszał namiętne jęki i sapania, dochodzące z ciemnego kąta ładowni. To było ich miejsce; to był kobiecy głos. Neyana pracowała przy takielunku, Lis była w kuchni, Pilya miała wolne i wałęsała się po pokładzie. Pozostawała tylko Sundira. Gdzie był Kinverson? Miał pierwszą wachtę, tak samo jak Pilya, a zatem był wolny. Lawler uświadomił sobie, że to Kinverson jest za tymi skrzyniami i wydobywa te jęki i westchnienia z chętnego ciała Sundiry.