— Czy podziwiasz Delagarda? — spytał Lawlera Henders.
— Nieszczególnie. — Lawler wzruszył ramionami. — Muszę jednak przyznać, że ma swoje zalety. Ten człowiek ma wizję. Nie uważam jednak, żeby była ona godna podziwu.
— Lubisz go?
— Nie. Ani trochę.
— Przynajmniej jesteś szczery.
— Czy ta rozmowa ma jakiś cel? — zapytał Lawler. — Ponieważ jeśli dobrze bawicie się, siedząc tutaj nad butelką brandy i opowiadając sobie, jakim paskudnym draniem jest Delagard, to wolę pójść do łóżka?
— Chcemy tylko dowiedzieć się, jakie jest twoje zdanie, doktorze — powiedział Dann Henders. — Powiedz nam, czy chcesz, aby ta podróż nadal przebiegała w ten sposób?
— Nie.
— A czy znasz jakiś sposób, żeby to zmienić?
— Czy jest coś, co możemy zrobić?
— Zadałem ci pytanie. Odpowiadanie nań pytaniem do niczego nie prowadzi.
— Planujecie bunt, prawda?
— Czyja coś takiego powiedziałem? Nie przypominam sobie, doktorze.
— Nawet głuchy usłyszałby, co mówisz.
— Bunt — powiedział Henders. — Hm, a gdyby niektórzy z nas spróbowali odegrać czynną rolę w podejmowaniu decyzji, dokąd powinien płynąć okręt. Co byś powiedział, gdyby tak się stało? Co byś zrobił?
— To kiepski pomysł, Dann.
— Tak myślisz, doktorze?
— Był czas, kiedy równie chętnie jak ty kazałbym Delagardowi zawrócić okręt. Dag o tym wie. Rozmawiałem z nim o tym. Delagarda należy powstrzymać, mówiłem mu. Pamiętasz, Dag? Jednak było to, zanim Fala zaniosła nas tak cholernie daleko. Od tej pory miałem dużo czasu do namysłu i zmieniłem zdanie.
— Dlaczego?
— Z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że to okręt Delagarda, na dobre i na złe, a me mam ochoty mu go odbierać. Kwestia moralna, można by powiedzieć. Możecie uzasadniać taki czyn dowodząc, że on ryzykuje naszym życiem bez naszej zgody. Mimo to nie sądzę, że to dobry pomysł. Delagard jest zbyt przebiegły. Zbyt niebezpieczny. Zbyt silny. Przez cały czas ma się na baczności. A wielu pozostałych jest względem niego lojalnych lub boi się go, co wychodzi na to samo. Nie pomogą nam. Raczej pomogą jemu. Jeśli spróbujecie jakichś sztuczek, bardzo szybko tego pożałujecie.
Henders rzucił mu lodowate spojrzenie.
— Powiedziałeś, że są trzy powody. Na razie podałeś dwa.
— Trzecim jest to, o czym Onyos mówił tamtego dnia. Nawet jeśli przejmiecie okręt, jak dopłyniecie z powrotem na Morze Ojczyste? Bądźcie realistami. Nie ma wiatru. Kończy się nam żywność i woda, szybciej, niż chcę o tym myśleć. Jeśli nie złapiemy przypadkowo zachodniego wiatru, możemy jedynie mieć nadzieję, że dopłyniemy do Obliczy i tam zdołamy odświeżyć zapasy.
Henders obrzucił kartografa dziwnym spojrzeniem.
— W dalszym ciągu tak uważasz, Onyos?
— Tak, jesteśmy dość daleko. A teraz przez większość czasu znajdujemy się na spokojnych wodach. Tak więc przypuszczam, że nie mamy innego wyjścia, jak płynąć dalej obecnym kursem.
— Czy to twoja opinia? — zapytał Henders.
— Tak. Tak sądzę — powiedział Felk.
— Podążać za wariatem, który wiedzie nas do miejsca, o którym nic nie wiemy? Miejsca, które najprawdopodobniej jest pełne wszelkiego rodzaju niebezpieczeństw, jakich nawet nie umiemy sobie wyobrazić?
— Nie podoba mi się to bardziej niż tobie. Jednak, jak mówi doktor, musimy być realistami. Oczywiście, gdyby wiatr zmienił się…
— Pewnie, Onyos. Albo gdyby anieli zeszli z nieba, przynosząc ze sobą trochę dobrej, chłodnej, świeżej wody. — W małym, zatłoczonym pomieszczeniu zapadła długa, kłująca cisza. W końcu Henders podniósł wzrok i powiedział: — W porządku, doktorze. To nic nie daje. Nie chcę zabierać więcej twojego czasu. Zaprosiliśmy cię na przyjacielskiego drinka, ale widzimy, że jesteś bardzo zmęczony. Dobranoc, doktorze, śpij dobrze.
— Masz zamiar spróbować, Dann?
— Nie sądzę, aby to mogło dotyczyć ciebie, doktorze.
— W porządku — powiedział Lawler. — Dobranoc.
— Onyos, czy chciałbyś tu zostać jeszcze chwilę? — powiedział Henders.
— Cokolwiek sobie życzysz, Dann — powiedział Felk. W głosie kartografa brzmiała gotowość wysłuchania dalszych argumentów.
Banda głupców, pomyślał Lawler w drodze do kajuty. Bawią się w buntowników. Wątpił, żeby cokolwiek z tego wyszło. Felk i Tharp to słabeusze, a Henders nie poradzi sobie sam z Delagardem. Ostatecznie nie zrobi nic, a okręt pozostanie na dotychczasowym kursie na Oblicza. Taki był najbardziej prawdopodobny wynik całego tego spiskowania.
W środku nocy Lawler usłyszał hałasy na pokładzie: krzyki, odgłosy uderzeń, tupot bosych stóp. Rozległ się gniewny krzyk, stłumiony przez poszycie pokładu, niemniej jednak był to wyraźnie okrzyk wściekłości i Lawler zrozumiał, że się mylił. Jednak zrobili to. Usiadł na koi, mrugając oczami. Nie tracąc czasu na ubieranie się, wstał i przeszedł korytarzykiem do schodni, a potem na górę.
Prawie świtało. Niebo miało szaroczarną barwę; Krzyż wisiał nisko na niebie, dziwnie wykrzywiony, jak zwykle na tych szerokościach. Na pokładzie, w pobliżu przedniego luku, rozgrywał się niesamowity dramat. A może to była farsa?
Dwie postacie biegały wokół otwartego włazu, rycząc i gestykulując. Po chwili Lawler wytężył zaspane oczy i zobaczył, że to Dann Henders i Nid Delagard. Henders gonił, a Delagard uciekał.
Henders trzymał w ręku, jak dzidę, jeden z ościeni Kinversona. Biegając za Delagardem wokół luku dźgał tą bronią powietrze, wyraźnie usiłując wbić ją w plecy właściciela okrętu. Do tej pory udało mu się to przynajmniej raz. Delagard miał rozerwaną koszulę; Lawler widział cienką, zygzakowatą strużkę krwi, która pojawiła się pod jego prawym ramieniem jak czerwona nitka wszyta w materiał, rozszerzająca się z każdą chwilą.
Jednak Henders był sam. Dag Tharp stał przy nadburciu, patrząc szeroko otwartymi oczami, nieruchomy jak posąg. Obok niego był Onyos Felk. Na rejach stali również zdumieni Leo Martello i Pilya Braun, a na ich twarzach widać było zdumienie i zgrozę.
— Dag! — ryknął Henders. — Na rany Chrystusa, Dag, gdzie jesteś? Pomóż mi, już!
— Jestem tutaj… tutaj… — wyszeptał radiooperator chropowatym, świszczącym głosem, który ledwie było słychać z odległości pięciu metrów. Nie ruszył się z miejsca.
— Na rany Chrystusa — powtórzył Henders z obrzydzeniem. Pogroził pięścią Tharpowi i runął na Delagarda, usiłując dosięgnąć go ościeniem. Jednak Delagard zdołał — z trudem — uchylić się przed ciosem. Klnąc obejrzał się przez ramię. Jego twarz lśniła od potu; oczy gorzały mu wściekłością.
Kiedy Delagard mijał fokmaszt w rozpaczliwej ucieczce przed napastnikiem, spojrzał w górę i wrzasnął do Pilyi, uwieszonej na rei tuż nad nim:
— Pomóż mi! Szybko! Nóż!
Pilya błyskawicznie odpięła pochwę, w której przechowywała kościane ostrze, które zawsze nosiła u pasa, i rzuciła broń przebiegającemu pod nią Delagardowi. Chwycił ją w powietrzu szybkim ruchem dłoni, wyrwał ostrze z oprawki i zacisnął dłoń na rękojeści. Potem odwrócił się, stając nieoczekiwanie w rozkroku na wprost zdumionego Hendersa, który biegł zbyt szybko, żeby się zatrzymać. Wpadł prosto na Delagarda. Ten jednym szybkim, gwałtownym pchnięciem odbił oścień w bok, zanurkował pod nim i zadając cios od dołu, wbił ostrze aż po rękojeść w krtań Hendersa.
Henders zacharczał i wyrzucił ramiona w górę. Jego twarz miała wyraz zdziwienia. Wypuścił oścień. Obejmując Hendersa, jakby byli kochankami, Delagard ścisnął drugą ręką szyję inżyniera i z upiorną czułością przyciskał go do siebie, tak że ostrze tkwiło mocno.