Выбрать главу

Lawler czuł całą mękę, jaką może powodować pożądanie i brak nadziei na jego zaspokojenie. Jego penis był ogromny, nabrzmiały, wielki jak kłoda. Jądra zmieniły się w żelazne odważniki. Piżmowy zapach kobiety, oszałamiający i nieodparty, zakrywał mu nos i usta jak koc do tłumienia ognia, dławiąc, spływając głęboko w krtań i napełniając płuca, aż zapłonęły żarem.

A pod wyobrażeniami, pod fantazjami, pod dojmującym wrażeniem nieszczęścia i frustracji było coś jeszcze: jakieś dziwne drżenie, może dźwięk, może nie, w każdym razie równomiernie rozchodząca się wiązka mocnych bodźców, które wbijały się w jego ciało od jąder do czaszki. Czuł ją wchodzącą w niego jak lodowata dzida, tuż pod jądrami, i wznoszącą się wzdłuż całych, parujących skrętów wnętrzności, przez przeponę, serce, żeby wbić się w mózg. Był nadziany na nią jak na rożen i obracany wolno jak ryba smażąca się na szpikulcu; a w miarę jak się obracał, intensywność wrażeń erotycznych rosła, rosła i rosła, aż Lawlerowi wydało się, że w całym wszechświecie nie istnieje nic prócz potrzeby znalezienia partnerki i natychmiastowego spółkowania z nią.

Podniósł się z niskiej koi, nie wiedząc, czy obudził się, czy jeszcze śpi. Wyszedł do korytarzyka. W górę po drabince, przez właz na pokład.

Noc była łagodna i nieruchoma. Krzyż toczył się nisko po niebie jak garść klejnotów, które ktoś beztrosko odrzucił. Morze było spokojne, pokryte niewielkimi zmarszczkami fal, lśniącymi w świetle gwiazd. Wiała lekka bryza. Postawione żagle były wydęte.

Wokół poruszały się postacie: lunatycy, marzyciele.

Były równie niewyraźne i podobne do zjaw jak postacie z jego snu. Wiedział tylko, że je zna i to było wszystko. W tym momencie nie mieli imion. Nie mieli tożsamości. Zobaczył niskiego, krępego mężczyznę i innego, o kościstym i kanciastym ciele, i jeszcze jednego, drobnego i wycieńczonego, z workami skóry na szyi. Jednak nie szukał mężczyzn. Dalej, przy prawej burcie, stała wysoka, smukła, ciemnowłosa kobieta. Ruszył ku niej, lecz nim do niej dotarł, pojawił się inny mężczyzna: wysoki, dobrze zbudowany, o wielkich błyszczących oczach, który wyśliznął się z ciemności i wziął ją za rękę. Osunęli się razem na pokład.

Lawler odwrócił się. Na tym okręcie były jeszcze inne kobiety. Znajdzie jakąś. Musi.

Pulsujący ból między nogami był nie do zniesienia. Wciąż przeszywało go to dziwne wibrujące doznanie, sięgało do piersi, a poprzez przełyk aż do czaszki. Paliło zimnym płomieniem jak sopel lodu i przeszywało jak lodowaty nóż.

Przeszedł nad jakąś parą ściskającą się na pokładzie: siwiejący starszy mężczyzna, o krępym, masywnym ciele, i duża, silna kobieta o smagłej skórze i złotych włosach. Lawler niejasno przypominał sobie, że chyba kiedyś ich znał; jednak, tak jak poprzednio, nie przypominał sobie imion. Za nimi przemknął drobny, jasnooki mężczyzna, a potem Lawler napotkał kolejną parę zamkniętą w ciasnym uścisku: mężczyzna był wielki i muskularny, a kobieta gibka, młodzieńcza i pełna wigoru.

— Hej, ty! — nadbiegł głos z cienia. — Tutaj!

Leżała rozłożona pod mostkiem i kiwała na Lawlera; krępa, duża kobieta o pospolitej twarzy, pomarańczowych włosach i czerwonawych piegach, rozsypanych na twarzy i piersiach. Lśniła od potu i dyszała ciężko. Lawler uklęknął przy niej, a ona pociągnęła go na siebie i ścisnęła udami.

— Zrób to! Zrób!

Wśliznął się w nią bez trudu. Była ciepła, wilgotna i miękka. Objęła go ramionami. Przycisnęła mocno do obfitych piersi. Jego biodra poruszały się gwałtownymi ruchami. To była szybka, dzika, szaleńcza ruja. Prawie natychmiast, gdy zaczął się poruszać, Lawler poczuł, jak ścianki wilgotnego i gorącego przejścia zadrżały i zacisnęły się na nim głębokimi, równomiernymi spazmami. Czuł impulsy przyjemności, biegnące jej kanałami nerwowymi. To zdumiewające, że mógł odczuwać to, co ona czuła. Chwilę później odpowiedział wytryskiem i poczuł go podwójnie: nie tylko swoje własne wrażenia, lecz i jej doznania, gdy przyjmowała jego nasienie. To również było dziwne. Nie mógł rozróżnić, gdzie kończy się jego świadomość, a zaczyna jej.

Stoczył się z niej. Wyciągnęła ręce, usiłując przyciągnąć go z powrotem, ale on ruszył dalej. Chciał teraz innej partnerki. Ten jeden pulsujący moment to o wiele za mało, aby zaspokoić potrzebę, która nim kierowała. Może nic nie było w stanie jej zaspokoić. Jednak może tym razem znajdzie tę wysoką i smukłą, a może krzepką, młodą, o gładkiej skórze, która wydawała się tryskać siłą witalną. Albo nawet tę dużą, o ciemnej skórze i złotych włosach. Nie robiło mu to różnicy. Był nienasycony, niezmordowany.

Jeszcze raz zobaczył, że smukła jest sama. Lawler ruszył do niej. Za późno! Owłosiony, gruby mężczyzna o piersiach pełnych jak u kobiety pochwycił ją i zagarnął dla siebie. Zniknęli w ciemności.

No cóż, a więc ta duża…

Albo ta młoda…

— Lawler! — powiedział męski głos.

— Kto tam?

— Quillan! Tutaj! Tutaj!

To był ten kanciasty mężczyzna, który wydawał się nie mieć ciała. Wyszedł zza zapakowanego łazika i chwycił ramię Lawlera. Lawler odepchnął go.

— Nie, nie ty — nie o mężczyznę mi chodzi…

— Mnie też nie. Ani o kobietę. Dobry Boże, Lawler! Czy wszyscy poszaleliście?

— Co?

— Zostań tu ze mną i popatrz, co się dzieje. To rozpasana orgia.

Lawler potrząsnął głową.

— Co? Co? Orgia?

— Widzisz Sundirę Thane i Delagarda robiących to tam? Kinversona i Pilyę? A tam, spójrz, to Neyana, jęcząca z żądzy jak oszalała. Dopiero co sam z nią skończyłeś, prawda? l już chcesz więcej. Nigdy nie widziałem czegoś takiego.

Lawler ścisnął lędźwia.

— Czuję… ból… tutaj…

— To coś z morza wpływa na nas w ten sposób. Działa na umysły. Ja też to czuję. Jednak jestem w stanie się kontrolować. Podczas gdy wy… cała zwariowana banda…

Lawler ledwie rozumiał, co ten kościsty człowiek do niego mówi. Zaczął się odsuwać. Zobaczył tę dużą, złotowłosą kobietę idącą po pokładzie w poszukiwaniu następnego partnera.

— Lawler, wróć!

— Poczekaj… później… porozmawiamy później… Kiedy szedł w stronę kobiety, obok niego przesunęła się

szczupła, ciemna sylwetka mężczyzny, wołając:

— Panie-ojcze! Panie-doktorze! Widzę to! Tutaj, za burtą!

— Co widzisz, Gharkid? — powiedział ten kościsty, zwany Quillanem.

— Wielki mięczak, panie-ojcze. Przytwierdzony do kadłuba. Musi wysyłać jakiś związek… jakiś narkotyk…

— Lawler! Chodź, zobacz, co znalazł Gharkid!

— Później… później…

Byli jednak bezlitośni. Podeszli do niego, wzięli go pod ręce, każdy z jednej strony, i pomaszerowali z nim do burty. Lawler wyjrzał. Tutaj doznania były dużo bardziej intensywne niż gdziekolwiek na pokładzie; Lawler odczuwał głębokie, rytmiczne pulsowanie wzdłuż kręgosłupa, ogłupiające łomotanie w lędźwiach. Jądra twardniały. Sztywny penis drżał i sterczał w górę, ku gwiazdom.

Usiłował oprzytomnieć. Ledwie pojmował, co tu się dzieje.

Jakieś stworzenie zaatakowało okręt, doprowadzając wszystkich do szaleństwa.

Przypomniał sobie imiona, które zaczął dopasowywać do twarzy i postaci. Quillan. Gharkid. Oparli się temu. l ci, którzy nie oparli się: on i Neyana, Sundira i Martello, Sundira i Delagard. Kinverson i Pilya. Felk i Lis. Raz po raz nie kończąca się zmiana partnerów, gorączkowy taniec członków i pochew. Gdzie jest Lis? Chciał Lis. Nigdy dotąd jej nie chciał. Nigdy też nie pragnął Neyany. A teraz tak. Teraz Lis. A potem Pilya, nareszcie. Dać jej to, na co czekała przez całą podróż. A potem Sundira. Zabrać ją temu obrzydliwemu Delagardowi. Sundira, tak, potem znowu Neyana i Lis, i Pilya — Sundira, Neyana, Pilya, Lis — pieprzyć do świtu — pieprzyć do południa — pieprzyć aż po kres czasu…