Выбрать главу

Okręt złapał wiatr w żagle i popłynął szybko na południowy zachód. Ich paskudny wróg, nie mogąc płynąć z tą samą prędkością, szybko zniknął z pola widzenia. Jednak jego piękne odpryski, te boskie migoczące świetliki, nadal pędziły z wiatrem, choć w coraz mniejszych ilościach, i dopiero o świcie Delagard poczuł się na tyle bezpieczny, że pozwolił obrońcom zejść z olinowania.

Sundira spędziła” następne trzy dni naprawiając żagle z pomocą Kinversona, Pilyi i Neyany. Przy nagich masztach okręt nie posuwał się do przodu. Powietrze było nieruchome; słońce nieprzyjemnie silne; morze ciche. Czasami w oddali zatrzepotała płetwa. Lawler miał wrażenie, że znajdowali się teraz pod ciągłą obserwacją.

Obliczył, że w najlepszym razie uśmierzychy zostało mu na tydzień.

Przypłynął kolejny, swobodnie unoszący się na wodzie stwór, ani tak gigantyczny, ani tak odpychający czy tak wrogi jak ostatni: duże, niczym nie wyróżniające się stworzenie jajowatego kształtu, idealnie gładkie, o pięknej szmaragdowej barwie, płonące jaskrawą luminescencją. Wystawał z wody do połowy, lecz przy morzu czystym w tym miejscu łatwo widoczna była również jego dolna połowa. Miał ze dwadzieścia metrów obwodu i dziesięć lub piętnaście metrów długości, licząc od zanurzonego dolnego końca do zaokrąglonego wierzchołka.

Delagard, przeczulony, gotowy na wszystko, ustawił wszystkich, uzbrojonych w bosaki, rzędem wzdłuż burty okrętu. Jednak jajowate stworzenie przepłynęło obok, nieszkodliwe jak kawałek jarzyny. Może nie było niczym innym. Później tego samego dnia przepłynęły kolejne dwa. Pierwszy, bardziej kulisty, drugi wydłużony, poza tym wydawało się, że należą do tego samego gatunku. Zachowywały się, jakby nie zauważały „Królowej”. Czego im brakowało, zdecydował Lawler, to wielkich, lśniących oczu, aby dokładniej przyglądać się okrętowi. Lecz ich pyski były ślepe, gładkie, tajemnicze, irytująco dobroduszne. Otaczała je dziwna powaga, jakiś spokojny smutek. Ojciec Quillan powiedział, że przypominały mu biskupa, którego kiedyś znał; a potem musiał tłumaczyć, kto to jest biskup.

Po jajowatych stworach zjawił się gatunek fruwającej ryby, niepodobny ani do opalizujących air-skimmers z Morza Ojczystego, ani do obrzydliwej śluzicy z otwartego oceanu. Tym razem były to delikatne, lśniące stworzenia o długości około piętnastu centymetrów i pełnych wdzięku przejrzystych skrzydłach, które unosiły je na zdumiewające wysokości. Widać je było w oddali, jak wyskakiwały pionowo z wody, przelatywały nadzwyczajnie długie dystanse i pikowały w dół, bez plusku wchodząc w toń. Po chwili znów były w górze; góra — dół, góra — dół, z każdym cyklem wzlotu i opadania przybliżając się do okrętu, aż wreszcie znalazły się tuż po prawej stronie dziobu. Ci lotnicy nie wydawali się bardziej niebezpieczni niż wczorajsze ogromne, dryfujące, jajowate stworzenia. Fruwały tak wysoko, że nie groziło zderzenie się z nimi na pokładzie, zatem nie było potrzeby, by kryć się jak przy przelocie śluzicy. Były tak piękne, błyszczały jaskrawo na tle wyraźnej i surowej kopuły nieba, że prawie cała załoga okrętu wyszła na pokład, żeby obserwować ich przelot.

Ich ciała były przejrzyste, więc gdy przelatywały nad głową, łatwo było dostrzec ich drobne, sprężyste szkielety, okrągłe, pulsujące, czerwono-fioletowe żołądki oraz cienkie jak nici błękitne żyły. Ich czerwone jak krew oczy odbijały światło jak drobno oszlifowane diamenty.

Piękne, owszem. Jednak gdy przelatywały w powietrzu nad okrętem, opadał z nich jakiś dziwny deszcz, drobny, szemrzący prysznic ciemnych migocących kropli, które wgryzały się głęboko i paliły wszystko, czego dotknęły.

W pierwszej chwili nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje. Początkowo pieczenie wywołane wydzielinami ryb było ledwie zauważalnym, denerwującym swędzeniem. Jednak ból narastał: kwas wyżerał ciało, i to, co zaczęło się jako dziwne, łagodne ukłucie, zamieniało się w męczarnię.

Lawler, który stał w cieniu przednich żagli, był osłonięty przed tym prysznicem. Jakiś rozbryzg musnął jego przedramię, wywołując grymas obrzydzenia. Jednak potem zobaczył, że tuż obok niego na wypolerowanym, żółtym drewnie pokładu pojawiają się cętkowane ślady, a spoglądając wokół ujrzał swoich towarzyszy wyjących i biegających po pokładzie, klepiących się po rękach i rozcierających policzki.

— Na dół! — zawołał. — Ukryjcie się! To od tych latających ryb!

Powietrzni napastnicy minęli już okręt i pofrunęli dalej, ale z morza po prawej podnosiła się już nowa fala stworzeń.

Cały atak trwał około godziny i objął około pół tuzina fal. Potem ofiary ustawiły się w kolejce przed izbą chorych Lawlera, aby ich opatrzył.

Sundira, która zajmowała się ożaglowaniem, kiedy nadleciały ryby, stała ostatnia. Była okryta jedynie skrawkiem materiału zakrywającym biodra i teraz na całym ciele miała pęcherze. Lawler w milczeniu nakładał maść. Stała przed nim naga, a jego ręce przesuwały się po jej skórze, wcierając maść wokół brodawek piersi, wzdłuż ud, w pachwiny, aż do miejsca oddalonego o palec od jej krocza.

Nie kochali się od czasu nocnego ataku mięczaka. Jednak Lawler nie odczuwał pożądania, nawet kiedy dotykał jej najbardziej intymnych miejsc.

Sundira również to zauważyła. Lawler czuł, jak jej mięśnie prężą się pod jego palcami. Wzbierał w niej gniew. W końcu powiedziała:

— Traktujesz mnie jak kawał mięsa, Val.

— Jestem medykiem leczącym pacjentkę mającą dużą ilość paskudnych pęcherzy na całym ciele.

— A więc teraz jestem dla ciebie tylko pacjentką?

— W tej chwili tak. Czy sądzisz, że to dobry pomysł, aby lekarz zaczynał ciężko dyszeć za każdym razem, kiedy dotknie ciała atrakcyjnej pacjentki?

— Przecież ja nie jestem tylko pacjentką, prawda?

— Oczywiście, że nie.

— A jednak od wielu dni mnie unikasz. A teraz traktujesz mnie jak obcą, W czym problem?

— Problem? — Rzucił jej strapione spojrzenie. Poklepał ją lekko po udzie i powiedział: — Odwróć się. Przegapiłem pęcherze na plecach. O jakim problemie mówisz, Sundiro?

— Czy mam rację, myśląc, że już mnie nie pragniesz? Zanurzył palce w maści i wtarł ją tuż powyżej jej nagich pośladków.

— Nie wiedziałem, że mamy jakiś ustalony harmonogram.

— Oczywiście, że nie mamy. Ale popatrz, jak mnie teraz dotykasz.

— Właśnie usiłowałem ci wytłumaczyć — powiedział Lawler. — Pozwól, że spróbuję jeszcze raz. Sądziłem, że przyszłaś tutaj leczyć się, a nie kochać. Lekarze wcześnie uczą się, że niedobrze jest mieszać te dwie rzeczy. Ponadto mogło mi przyjść do głowy, nie z powodu etyki, ale zwykłego, zdrowego rozsądku, że nie' chciałabyś, abym się do ciebie zbliżał, kiedy na całym ciele masz bolesne pęcherze. Rozumiesz? — Była to najbliższa kłótni sytuacja, jaka się im kiedykolwiek zdarzyła. — Czy to brzmi rozsądnie, Sundiro?

Odwróciła się twarzą do niego.

— To z powodu Delagarda, prawda?

— Co?

— Nienawidzisz myśli o tym, że on położył na mnie ręce i nie tylko ręce, więc teraz nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego.

— Mówisz poważnie?

— Tak. I mam rację. Gdybyś widział swój wyraz twarzy w tej chwili…

Lawler powiedział:

— Kiedy to stworzenie przyczepiło się do kadłuba, wszyscy postradaliśmy zmysły. Nikt nie jest odpowiedzialny za to, co się stało tamtej nocy. Czy myślisz, że chciałem kochać się z Neyaną? Jeśli chcesz znać prawdę, Sundiro, to szukałem ciebie, kiedy wyszedłem na pokład. To nie znaczy, że pamiętałem choćby twoje czy swoje imię w stanie, w jakim się znajdowałem. Jednak zobaczyłem cię, zapragnąłem i szedłem w twoją stronę, tylko że Martello złapał cię pierwszy. A wtedy Neyana pochwyciła mnie, więc zrobiłem to z nią. Byłem pod wpływem narkotyku, podobnie jak ty i wszyscy inni. To znaczy, wszyscy z wyjątkiem ojca Quillana i Gharkida. Naszych dwóch świętych. — Policzki Lawlera zaczerwieniły się. Czuł, że serce bije mu mocniej. — Jezu, Sundiro, przez cały czas wiedziałem o tobie i Kinversonie i to mnie nie powstrzymało, prawda? A tamtej nocy przed Delagardem byłaś z Martello. Dlaczego to, co robiłaś z Delagardem, miałoby mi przeszkadzać bardziej niż to, co robiłaś ze wszystkimi innymi?