Coś tam jest? Tak. Przeklęty ocean, atakuje cię, gdy tylko dasz mu choć najmniejszą szansę. Jednak może jeszcze nie jest za późno, aby go uratować, pomyślał Lawler. Oczyścić, zamknąć ranę, nie dopuścić do dalszego kurczenia się małej społeczności.
Dookoła poruszały się jakieś cienie. Wszyscy tłoczyli się wokół, wytrzeszczając oczy. Widok ofiary jednocześnie fascynował i budził wstręt.
Lawler rzekł szorstko:
— Idźcie stąd, wszyscy. Nie spodoba się wam to, co zobaczycie. I nie chcę, żebyście mnie obserwowali.
Nikt się nie ruszył.
— Słyszeliście? — warknął wściekle Delagard. — Cofnijcie się. Dajcie mu robić swoje.
Sundira postawiła torbę lekarską na pokładzie obok Lawlera.
Ponownie dotknął brzucha Martello. Poruszenie, tak. Bezsprzecznie jakiś ruch. Trzepotanie. Twarz Martello była zaczerwieniona, źrenice rozszerzone, a oczy zwrócone ku całkiem innemu światu. Pot płynął z niego wszystkimi porami skóry.
Lawler wyjął z torby swój najlepszy skalpel i ułożył go na pokładzie. Obie dłonie położył na brzuchu Martello, tuż nad przeponą, i ściskając przesunął je w górę. Martello wydał ciche westchnienie, a z jego ust wypłynęła strużka morskiej wody i wymiocin, ale nic więcej. Lawler spróbował jeszcze raz. Nic. Pod palcami znowu poczuł ruch: kolejne skurcze, kolejne skręty.
Spróbował jeszcze raz. Odwrócił Martello i złączonymi dłońmi uderzył go z całej siły w plecy, w okolicy pasa. Nieszczęśnik jęknął, chrząknął. Znowu zwymiotował. I to wszystko.
Lawler przykucnął, zastanawiając się.
Ponownie odwrócił Martello i wziął skalpel.
— To wam się nie spodoba — powiedział do tych, którzy mogli mu się przyglądać, i ostrym końcem narzędzia nakreślił czerwoną linię od lewej do prawej, w poprzek brzucha Martello. Martello zdawał się tego nie czuć. Wydał słaby, niewyraźny dźwięk, najcichszy z komentarzy. Najwyraźniej miał teraz większe problemy.
Skóra. Mięsień. Wydawało się, że nóż sam wie, co robić. Lawler sprawnie odsłaniał kolejne warstwy tkanek. Teraz przecinał otrzewną. Nauczył się przechodzić w odmienny stan świadomości wtedy, gdy wykonywał zabiegi chirurgiczne. W takim stanie myślał o sobie jako o rzeźbiarzu, a nie chirurgu, a o pacjencie jako o nieożywionym, drewnianym klocu, a nie cierpiącej ludzkiej istocie. To był jedyny sposób, aby znieść te zabiegi.
Głębiej. Teraz przeciął oporną ścianę żołądka. Na pokładzie wokół Martello krew mieszała się z kałużą morskiej wody.
Teraz powinny ukazać się zwoje jelit…
Tak. Były.
Ktoś krzyknął z przerażenia. Ktoś inny chrząknął z odrazy. Wcale nie na widok jelit. Coś jeszcze uniosło się z brzucha Martello, jakiś smukły i jasny kształt powoli rozwinął się i zastygł w pionie. Widać było jakieś sześć centymetrów tego stworzenia: pozbawione oczu, a najwyraźniej również głowy, nic tylko gładkie, śliskie, różowe pasmo niezróżnicowanej, żywej materii. Na końcu miało otwór, swego rodzaju jamę gębową, z której wyłaniał się cienki, ruchliwy, czerwony języczek. Giętkie, lśniące stworzenie poruszało się z gracją, kołysząc się z boku na bok hipnotycznym ruchem. Za plecami Lawlera ktoś przeraźliwie krzyczał.
Jednym szybkim i pewnym, zamaszystym ciosem skalpela przeciął potworka na pół. Górna część, wijąc się, wylądowała na pokładzie obok Martello. Zaczęła sunąć w stronę Lawlera. Natychmiast spadł na nią ogromny bucior Kinversona i rozdusił na miazgę.
— Dzięki — powiedział cicho Lawler.
Jednak druga połowa nadal pozostawała w środku. Lawler próbował ją wydobyć czubkiem skalpela. Wydawało się, że przecięcie na pół wcale jej nie zaszkodziło; kontynuowała swój taniec równie wdzięcznie jak przedtem. Sięgając za twardy zwój jelit, Lawler próbował ją usunąć. Szturchał to tu, to tam. Wydawało mu się, że znalazł drugi koniec stwora i odciął go, ale to nie było wszystko: kolejne kilka centymetrów wciąż drwiło z jego wysiłków. Ciął jeszcze raz. Tym razem wyciął wszystko. Cisnął to na bok. Kinverson rozdeptał paskudztwo.
Wokół zapadła cisza.
Zaczął zszywać rozcięcie. Jednak powstrzymał go kolejny ruch.
Następny? Tak. Tak, jeszcze jeden, co najmniej. Prawdopodobnie więcej. Martello jęknął. Poruszył się lekko. Potem rzucił się gwałtownie, unosząc się nieco nad pokład; Lawler ledwie zdążył cofnąć rękę ze skalpelem, unikając przebicia pacjenta. Z rany podniósł się drugi węgorz, a po nim trzeci, falując w tym samym niesamowitym tańcu; wtem jeden z nich schował się z powrotem i zniknął w jamie brzusznej Martello, kierując się w górę, ku płucom.
Lawler wywabił pozostałego na zewnątrz, przeciął na pół i jeszcze raz na pół, niszcząc go całkowicie. Czekał, aż ten drugi pokaże się znowu. Po chwili dojrzał go, jasnego i lśniącego, w zakrwawionym brzuchu Martello. Jednak to wcale nie był ostatni. Teraz Lawler dostrzegł smukłe zwoje innych węgorzy, pracowicie wijących się, ucztujących. Ile ich tam było? Dwa? Trzy? Trzydzieści?
Posępnie spojrzał w górę. Napotkał wzrok Delagarda. W oczach kapitana ujrzał szok, przerażenie i głębokie obrzydzenie.
— Czy możesz wydobyć wszystkie?
— Żadnych szans. Jest ich mnóstwo. Pożerają go. Mógłbym ciąć bez końca i zanim usunąłbym wszystkie, pociąłbym go na kawałki, a i tak mógłbym jakiegoś ominąć.
— Jezu — mruknął Delagard. — Jak długo pożyje?
— Sądzę, że dopóki jeden z nich nie przegryzie serca. To nie potrwa długo.
— Czy myślisz, że on coś czuje?
— Mam nadzieję, że nie — powiedział: Lawler.
Agonia trwała jeszcze pięć minut. Lawler nigdy nie zdawał sobie sprawy z tego, że pięć minut może trwać tak długo. Od czasu do czasu Martello wił się i dygotał, gdy inwazja dotknęła jednego z głównych nerwów; raz wydawało się, że próbuje wstać z pokładu. Potem cicho westchnął i opadł z powrotem, a światło w jego oczach zgasło na zawsze.
— Koniec — oznajmił Lawler. Czuł się odrętwiały, pusty i zmęczony, niezdolny do odczuwania żalu czy gniewu.
Prawdopodobnie, pomyślał, od początku nie było szansy na uratowanie Martello. Musiało w niego wejść przynajmniej tuzin albo i więcej węgorzy; zapewne cała ich horda błyskawicznie wśliznęła się przez usta lub odbyt i przegryzła przez ciało i mięśnie do brzucha. Lawler wydobył dziewięć, ale pozostałe wciąż wiły się wewnątrz, pracując nad trzustką, śledzioną, wątrobą i nerkami. A gdy skończyły z tymi specjałami, cała reszta czekała na ich ruchliwe, czerwone języczki. Żaden zabieg chirurgiczny, nawet najszybszy i bezbłędny, nie zdołałby usunąć ich na czas.
Neyana przyniosła koc, w który go owinęli. Kinverson podniósł ciało i poszedł z nim w stronę burty.
— Poczekaj — powiedziała Pilya. — Włóż to razem z nim.
Podała mu zwój papieru, który musiała przynieść z kajuty Martello. Sławetny poemat. Wetknęła zniszczone i pozwijane kartki manuskryptu pod koc, którego końce owinęła wokół ciała. Przez moment Lawler miał ochotę zaprotestować, ale zrezygnował. Niech tak będzie. Poemat należał do Martello.
Quillan powiedział:
— A teraz powierzamy naszego ukochanego Leo morzu, w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego…
Znowu Duch Święty? Za każdym razem, gdy Lawler słyszał te dziwne słowa w ustach Quillana, zaskakiwały go na nowo. To była taka przedziwna koncepcja; starał się, jak mógł, lecz nie potrafił sobie wyobrazić, czym mógł być taki święty duch. Odepchnął od siebie tę myśl. W tej chwili był zbyt zmęczony na takie spekulacje.
Kinverson zaniósł ciało do nadburcia i przytrzymał je tam. Potem pchnął lekko, tak że wypadło za burtę, na dół, do wody.