Выбрать главу

Potrząsnął głową usiłując odzyskać jasność umysłu. To bezsensowne fantazje, horrory z nocnych koszmarów, bezpodstawne i głupie. To efekt głodu narkotycznego, powiedział sobie. Był niepewny, niespokojny, słaby.

Oblicze wciąż zaprzątało jego myśli. Z trudem usiłował przypomnieć sobie to, co dawno temu opowiadał mu o nim Jolly, jednak wszystko było niejasne, zamulone warstwami blisko trzydziestoletnich wspomnień. Niesamowite i fantastyczne miejsce, powiedział Jolly. Pełne roślin niepodobnych do tych, jakie rosną w morzu. Rośliny, tak. Niesamowite kolory, jaskrawe światła świecące dzień i noc, dziwaczne królestwo na odległym krańcu świata, piękne i straszne. Czy Jolly wspominał o zwierzętach, jakichkolwiek stworzeniach lądowych? Nie, Lawler niczego takiego nie pamiętał. Żadnej fauny, tylko gęste dżungle.

A przecież mówił też coś o mieście…

Nie na samym Obliczu. Obok niego.

Gdzie? W oceanie? Obraz wymykał mu się. Walczył, aby pochwycić wspomnienie czasów, które spędził z Jollym nad wodą; stary człowiek o twarzy spalonej słońcem i skórze twardej jak rzemień kołysał się w przód i w rył, zbierał wędki i mówił…

Miasto. Miasto w morzu. Pod wodą.

Lawler uchwycił koniuszek wspomnienia, uczuł, jak mu się wyślizguje, sięgnął po nie, bezskutecznie, sięgnął znowu…

Miasto pod morzem. Tak. Brama w oceanie otwierająca się na korytarz, swego rodzaju komin grawitacyjny prowadzący w dół do wspaniałego podwodnego miasta, gdzie mieszkali Skrzelowcy, ukryte miasto Skrzelowców przewyższających tych, którzy mieszkali na wyspach, tak samo jak królowie górują nad wieśniakami; Skrzelowców, którzy żyli jak bogowie i nigdy nie wychodzili na powierzchnię. Zamknięci w ciśnieniowych podziemiach, żyli w dostojnym majestacie i absolutnym luksusie…

Lawler uśmiechnął się. Tak, to było to. Wspaniała bajka, płód wyobraźni. Najpiękniejsza, najbarwniejsza ze wszystkich opowieści Jolly'ego. Lawler pamiętał, jak próbował wyobrazić sobie to miasto, tworząc wizję wysokich, okazałych, nieskończenie majestatycznych Skrzelowców kroczących wysokimi hakowatymi przejściami lśniących, pałacowych sal. Myśląc o tym teraz, znów czuł się jak chłopiec, który przykucał w zachwycie u stóp starego marynarza, słuchając chropowatego, zgrzytliwego głosu.

Ojciec Quillan także myślał o Obliczu.

— Mam nową teorię na ten temat — oznajmił. Duchowny spędził cały ranek medytując, siedząc z Gharkidem obok pomostu. Lawler, przechodząc obok, patrzył na nich ze zdumieniem. Obaj wyglądali jak pogrążeni w transie. Ich dusze równie dobrze mogły przebywać na całkiem innej płaszczyźnie istnienia.

— Zmieniłem zdanie — powiedział Quillan. — Pamiętasz, powiedziałem ci kiedyś, że Oblicze musi być rajem, po którym spaceruje sam Bóg, Praprzyczyna, prawdziwy Stwórca, Ten, do którego kierujemy wszystkie nasze modlitwy. No więc, już tak nie myślę.

— W porządku — powiedział Lawler obojętnie. — Tak więc Oblicze nie jest chatą Boga. Wiesz o tych sprawach więcej niż ja.

— Nie, nie chatą Boga. Jednak na pewno siedzibą jakiegoś boga. Widzisz, to całkowite przeciwieństwo mojej początkowej koncepcji. I wszystkiego, w co wierzyłem w związku z istotą boskości. Zaczynam głosić najgorsze herezje. W tej fazie mojego życia zostałem politeistą. Poganinem! Nawet mnie samemu wydaje się to absurdalne. A jednak całym sercem skłaniam się do tej idei.

— Nie rozumiem. Jakiś bóg, ten bóg — co za różnica? Jeśli jesteś w stanie uwierzyć w jednego boga, to możesz wierzyć w dowolną ich liczbę, przynajmniej ja tak uważam. Rzecz w tym, aby uwierzyć w tego Jednego, a mnie nie udało się osiągnąć nawet tego.

Quillan obdarzył go serdecznym uśmiechem.

— Ty naprawdę nie rozumiesz, prawda? Klasyczna tradycja chrześcijańska, wywodząca się z judaizmu i — o ile wiemy — częściowo ze starożytnego Egiptu, utrzymuje, że Bóg jest jedyną niepodzielną istotą. Nigdy tego nie kwestionowałem. Nigdy nawet nie myślałem o kwestionowaniu tego. My chrześcijanie mówimy o Nim jako o Trójcy, lecz jesteśmy świadomi, że Trójca jest Jednym. Dla niewierzącego może to być nieco skomplikowali, ale my wiemy, co to oznacza. To nie podlega dyskusji: j eden Bóg, jeden jedyny. Jednakże w ciągu kilku ostatnich dni, a nawet kilku ostatnich godzin… — duchowny przerwał. — Użyjmy matematycznego porównania. Czy wiesz, co to jest twierdzenie Godela?

— Nie.

— Ja też nie, przynajmniej niedokładnie. Jednak mogę ci je przedstawić w przybliżeniu. Sądzę, że to pojęcie z dwudziestego wieku. Według twierdzenia Godela, którego nikt nie zdołał obalić, istnieje podstawowa granica racjonalnego poznania matematycznego. Jesteśmy w stanie udowodnić wszystkie założenia rozumowania matematycznego aż do pewnego stadium, a potem osiągamy poziom, poza który po prostu nie możemy się posunąć. Ostatecznie dowiadujemy się, że zeszliśmy poza proces matematycznego dowodzenia w sferę nieudowadnialnych aksjomatów, rzeczy, które trzeba po prostu przyjąć na wiarę:, jeżeli chcemy zrozumieć wszechświat. W ten sposób dochodzimy do granicy rozumu. Aby ją przekroczyć — aby w ogóle móc myśleć dalej — jesteśmy zmuszeni zaakceptować pewne podstawowe aksjomaty jako prawdziwe, nawet jeśli nie możemy j ich udowodnić. Nadążasz za mną?

— Myślę, że tak.

— Dobrze. Proponuję założyć, że twierdzenie Godela wyznacza granicę między bogami a śmiertelnikami.

— Naprawdę? — dociekał Lawler.

— O to mi chodzi — powiedział Quillan. — Wyznacza ono granicę ludzkiego pojmowania. Po drugiej stronie tej granicy stoją bogowie. Z definicji bogowie to istoty, które nie są ograniczone twierdzeniem Godela. My ludzie żyjemy w świecie, gdzie rzeczywistość ostatecznie rozpływa się w irracjonalnych założeniach, lub przynajmniej założeniach, które są nieracjonalne, ponieważ nie można ich udowodnić. Bogowie żyją w królestwie absolutu, gdzie rzeczywistość nie tylko jest ustalona i znana poza poziom naszego aksjornatycznego dna, lecz także może być na nowo definiowana i kształtowana przez boską moc.

Po raz pierwszy w czasie tej dyskusji Lawler poczuł dreszcz zainteresowania.

— Galaktyka jest pełna istot, które nie są ludźmi, a których matematyka wcale nie jest lepsza od naszej, prawda? Jak one pasują do twojej teorii?

— Określmy wszystkie inteligentne stworzenia, które podlegają ograniczeniom Godela, jako ludzkie, niezależnie od ich rzeczywistego gatunku. A wszystkie istoty, zdolne do funkcjonowania w ultragodelowskiej sferze logiki, są bogami.

Lawler kiwnął głową.

— Mów dalej.

— Pozwól mi teraz wprowadzić pojęcie, które przyszło mi do głowy dziś rano, gdy rozmyślałem o Obliczu Wód. Przyznaję, że to najokropniejsza herezja. Jednak już wcześniej bywałem heretykiem i przeżyłem. Chociaż nie aż takim heretykiem. — Ponownie Quillan uśmiechnął się niewinnie. — Załóżmy, że w pewnym punkcie bogowie muszą osiągnąć granicę Godela, miejsce, gdzie kończą się ich moce rozumowania — moce tworzenia i odtwarzania — i dojdą do pewnego rodzaju bariery. Podobnie jak my, lecz na jakościowo innej płaszczyźnie, w końcu osiągną punkt, poza który nie będą mogli wyjść.

— Ostateczny kres wszechświata — stwierdził Lawler.

— Nie. Jedynie ich ostateczna granica. Równie dobrze oprócz nich mogą istnieć więksi bogowie. Bogowie, o których mówimy, są zamknięci w większej rzeczywistości określonej przez inną matematykę, do której nie mają dostępu. Podnoszą oczy na następną rzeczywistość i następny poziom bogów. A tamci bogowie — mieszkańcy tej większej rzeczywistości — również mają wokół siebie ścianę Godela, na zewnątrz której znajdują się jeszcze więksi bogowie. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.