Выбрать главу

— Postarajcie się nie patrzeć na to — powiedział Delagard. — Onyos, przejmij ster! Neyana, Pilya, Lawler, poluzujcie żagle! Musimy znaleźć jakąś zatokę.

Żeglując ze zwężonymi oczami, starając się odwracać wzrok od niepojętego widoku, jaki mieli przed sobą, krążyli wzdłuż niespokojnego brzegu szukając zatoczki lub zatoki, gdzie mogliby znaleźć schronienie. Z początku wydawało się, że na próżno. Oblicze było jednym długim cyplem, niezbadanym i nieprzyjaznym.

Potem, nieoczekiwanie, okręt wpłynął za linię przybrzeżnych fal na spokojne wody łagodnej zatoki, otoczonej dwoma sterczącymi ramionami wyspy, zwieńczonymi stromymi wzgórzami. Jej spokój okazał się jednak pozorny i krótkotrwały. W ciągu kilku chwil od ich pojawienia się zatoka zaczęła falować i burzyć się. Pośród kipiących wód wyrosły grube, czarne pasma czegoś, co mogło być wodorostami, i zaczęły smagać powierzchnię jak ciemne kończyny potworów. Między nimi pojawiły się groźnie zjeżone, podobne do dzid wypustki, emitując chmury złowróżbnie świecącego żółtego dymu. Wzdłuż brzegu ląd wydawał się drgać w konwulsjach.

Wyczerpany Lawler miał wizje: tajemnicze, abstrakcyjne, zwodnicze. Przed oczami tańczyły mu dziwne kształty. Pod czaszką czuł doprowadzające do szału, dręczące swędzenie, aż przycisnął dłonie do skroni, co nie przyniosło mu ulgi.

Delagard w zadumie przemierzał pokład, mrucząc coś do siebie. Po pewnym czasie wydał rozkaz, aby zawrócić okręt i wyprowadzić go z powrotem poza linię fal przybrzeżnych. Zatoka uspokoiła się, jak tylko ją opuścili. Wyglądała równie kusząco jak przedtem.

— Spróbujemy jeszcze raz? — zapytał Felk.

— Nie teraz — odpowiedział stanowczo Delagard. Jego oczy lśniły zimnym gniewem. — Może to nie jest dobre miejsce. Skierujemy się na zachód.

Zachodni brzeg wyglądał niezbyt obiecująco: surowy, dziki i stromy. Wiatr niósł ostry, kwaśny odór spalenizny. Od lądu nadlatywały iskry. Samo powietrze wydawało się płonąć. Od czasu do czasu płynęły do nich z wyspy obezwładniające fale telepatyczne, krótkie, nagłe szarpnięcia, które powodowały zaburzenia wzroku i zamęt w myślach. Południowe słońce było rozdęte i odbarwione. Wydawało się, że nie ma tu żadnej zatoczki. Po pewnym czasie Delagard, który zszedł pod pokład, powrócił i napiętym, pełnym goryczy głosem oznajmił, że na razie chce zaniechać próby bliższego podejścia.

Wycofali się daleko poza granicę spienionych fal przybrzeżnych, do miejsca, gdzie morze było spokojne i płytkie, promieniejące kolorami, które wznosiły się z migoczącego piasku na dnie. Po raz drugi od początku podróży zarzucili kotwicę.

Lawler znalazł Delagarda przy relingu, patrzącego w dal.

— No więc? Co teraz myślisz o swoim raju, Nid? Twojej krainie mlekiem i miodem płynącej?

— Znajdziemy do niego drogę. Podeszliśmy ze złej strony, to wszystko.

— Naprawdę zamierzasz tam lądować?

Delagard odwrócił się do niego. Jego oczy, nabiegłe krwią, okropnie zmienione przez zalewające ich barwy, wydawały się martwe, całkiem bez życia. Lecz kiedy przemówił, jego głos był silny jak zwykle.

— Jak dotąd nie zobaczyłem nic, co zmieniłoby moje zdanie, doktorze. To jest miejsce, gdzie chcę mieszkać. Jeśli' Jolly mógł tutaj wyładować, to i my wylądujemy.

Lawler nie odpowiedział. Nie potrafił wymyślić nic takiego, co nie doprowadziłoby do ataku furii kapitana.

Ten uśmiechnął się jednak szeroko, pochylił do przodu i przyjaźnie poklepał Lawlera po ramieniu.

— Doktorze, doktorze, nie rób takiej ponurej miny! Oczywiście, to miejsce wygląda dziwnie. To prawda. Czy inaczej Skrzelowcy trzymaliby się od niego z daleka? I oczywiście te unoszące się w powietrzu wyziewy wydają się nam niesamowite. Po prostu nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Jednak to nie oznacza, że musimy się ich obawiać. To tylko odrobina efektów specjalnych. Dekoracja. Opakowanie prezentu. To nic nie znaczy. Ni cholery.

— Cieszy mnie, że jesteś taki pewny siebie.

— Mnie też. Posłuchaj, doktorze, zaufaj mi. Jesteśmy już prawie na miejscu. Dotarliśmy tak daleko i pokonamy resztę drogi. Nie ma się o co martwić. — Znów się uśmiechnął. — Posłuchaj, doktorze, wyluzuj się, dobrze? Wczoraj znalazłem trochę ukrytej brandy Gospo. Zejdź do mojej kajuty mniej więcej za godzinę. Wszyscy przyjdą. Zrobimy przyjęcie. Uczcimy nasz przyjazd.

Lawler przyszedł ostatni. Przy świetle świec, w ciemnym, zatłoczonym, pachnącym piżmem pomieszczeniu wszyscy otoczyli półkolem Delagarda; po lewej Sundira, obok niej Kinverson, za nim Pilya i Neyana, potem Gharkid, Quillan, Tharp, Felk, Lis. Każdy trzymał szklaneczkę brandy. Pusta butelka i dwie pełne stały na stole. Delagard stał naprzeciw nich, plecami oparty o grodź i z głową wciągniętą w ramiona, w szczególny sposób, jednocześnie obronny i zaczepny. Wyglądał jak obłąkany. Oczy miał pałające, prawie rozgorączkowane. Jego twarz, pokryta zarostem i krostami w wyniku jakiegoś podrażnienia skóry, była zarumieniona i spocona. Lawlera uderzyła nagle myśl, że ten człowiek jest bliski jakiegoś gwałtownego wybuchu, uwolnienia dławionych nazbyt długo emocji.

— Napij się, doktorze — zawołał Delagard.

— Dzięki, chętnie. Sądziłem, że już nie mamy tego artykułu.

— Ja też tak myślałem — powiedział Delagard. — Myliłem się. — Nalał, aż płyn przelał się na zewnątrz, i popchnął po stole szklankę do Lawlera. — Więc pamiętałeś opowiadanie Jolly'ego o podmorskim mieście, co?

Lawler pociągnął długi łyk brandy i zaczekał, aż poczuł jej uderzenie do głowy.

— Skąd o tym wiesz?

— Sundira mi powiedziała. Mówiła, że rozmawiałeś z nią o tym.

Lawler wzruszył ramionami i odparł:

— Wczoraj, ni stąd ni zowąd, przypomniało mi się. Od lat o tym nie myślałem. Najlepsza część historyjki Jolly'ego i zupełnie o niej zapomniałem.

— Ale ja nie — odpowiedział Delagard. — Właśnie opowiadałem ją pozostałym, gdy czekaliśmy na twoje przyjście. Jak myślisz, doktorze? Czy to tylko stek łgarstw, czy nie?

— Podwodne miasto? Czy to możliwe?

— Komin grawitacyjny, o ile pamiętam, tak nazywał go Jolly. Supertechnologia. Osiągnięcie superskrzelowców. — Delagard zakręcił szklanką, mieszając brandy. Lawler zrozumiał, że jest bliski upicia się. — Tak samo jak ty, zawsze najbardziej lubiłem tę historię — powiedział Delagard. — O tym jak Skrzelowcy, pół miliona lat temu, postanowili żyć pod oceanem. Był jakiś ląd na tej planecie, jak powiedzieli Jolly'emu, pamiętasz? Duże wyspy, nawet małe kontynenty, a oni rozebrali większość z nich wykorzystując je do budowy zamkniętych komnat w głębi tego tunelu grawitacyjnego. A kiedy wszystko było gotowe, wprowadzili się do nich zatrzaskując za sobą drzwi.

— I ty w to wierzysz? — zapytał Lawler.

— Prawdopodobnie nie. Brzmi bardzo niewiarygodnie.

Jednak to ładna historyjka, prawda, doktorze? Tam na dole zaawansowany w rozwoju gatunek Skrzelowców, władców planety. Za sobą pozostawili swych wiejskich kuzynów na pływających wyspach, wasali i niewolników, którzy zarządzają naziemnym światem jak farmą, zaopatrując ich w żywność. A wszystkie formy życia na Hydros, Skrzelowcy z wysp, jamochłony, platformy, nurki, śluzice i wszystko inne, aż po pełzające ostrygi i tarniki, wszystko wiąże się w jedną, wielką, ekologiczną pajęczynę, której jedynym celem jest zaspokajanie potrzeb tych, którzy mieszkają w podmorskim mieście. Skrzelowcy z wysp wierzą, że gdy umierają, przychodzą mieszkać na Obliczu. Zapytaj Sundiry, jeśli mi nie wierzysz. To musi oznaczać, że mają nadzieję zejść na dół i wieść lekkie życie w ukrytym mieście. Może nurki wierzą w to także. I ostrygi.