Nieopisane wrażenie. Po latach bezkresnego mroku, lodowej próżni, w której ścięty mrozem kamieniał najlotniejszy gaz, teraz za wątłą ścianą Gei podnosiła się nie góra, nie morze, ale cały gigantyczny świat z ognia; statek zdawał się rozpadać, topnieć — znikoma kruszyna metalu zawisła nad oślepiającą otchłanią.
Jakiż bezlitosny ten wszechświat — pomyślałem — jakże wąskie i rzadkie są strefy umiarkowane, pośrednie, w których może narodzić się i przez czas jakiś trwać życie, tak wątłe i bezbronne wobec białego żaru i czarnego mrozu, tych dwu krańców istnienia… Ale — myślałem dalej — to wątłe życie waży się na wiele i oto jesteśmy nad gwiazdą, jednym z tych ślepych ognisk, które nas wydały.
Myślałem tak, czując, jak w twarz, oczy i skórę czoła wbija się, niby milionem niewidzialnych ukłuć, żar Czerwonego Karła, karła wobec gwiazd, ale potwora wobec ludzi.
Wtem poczułem obecność drugiego człowieka; o dwa kroki stał Trehub.
Pragnąłem, by pomógł mi w odzyskaniu równowagi i pewno dlatego spytałem:
— Profesorze… co by się stało z Karłem, gdybyśmy wystrzelili weń pełny ładunek dezyntegratora?
Nie zwlekając ani sekundy, odparł:
— To samo co z oceanem, w który dziecko rzuci ziarenko piasku…
Ostatnie słowa astronoma nie doszły do mojej świadomości, gdyż znienacka błysnęła mi niedobra myśl.
Nie bacząc na porę, udałem się natychmiast do Grotriana i obudziwszy go spytałem, czy automaty, które jako pierwsze wysłaliśmy na księżyc Atlantydów, zostały wysterylizowane po powrocie na Geę.
Astrogator, niespokojny, choć zewnętrznie opanowany, zatelefonował do Yrjöli.
Po chwili znaliśmy odpowiedź: automaty zostały wysterylizowane dopiero po naszym powrocie na statek; tak więc w ciągu trzech prawie godzin mogły się stykać z ludźmi.
— Ale twierdziliście przecież, że infekcja bakteryjna jest wykluczona? — rzekł Grotrian na zakończenie rozmowy, przypatrując mi się badawczo.
Milczałem. Grotrian podszedł do aparatu i zaczął wydzwaniać specjalistów; niebawem zjawili się: Ter Haar, Moleticz i paleobiolog Ingwar. Astrogator przedstawił im zwięźle fakty.
— Wirusy! — wykrzyknął. — Czy badaliście krew na wirusy?
— Nie — odparłem blednąc.
Nie pomyśleliśmy o takiej możliwości, błąd fatalny, lecz zrozumiały z uwagi na to, że ostatnie wirusy znikły z powierzchni Ziemi przed dziewięciuset laty.
Pośpiesznie opuściłem Grotriana, prosząc go, by się dowiedział, czy Kanopos zetknął się z automatami, zanim zostały wysterylizowane, i wróciłem do szpitala.
Chory był wciąż nieprzytomny. Duszność się wzmagała, powieki i palce siniały, a serce uderzało sto pięćdziesiąt razy na minutę. Zrozpaczona Anna dawała bez ustanku tlen.
Pobrałem krew z żyły łokciowej i natychmiast przekazałem ją automatom—analizatorom. Musiałem im dać dokładną instrukcję działania, gdyż nie były przystosowane do wykonywania podobnych badań, tak więc dopiero o dziewiątej rano, oczadziały z bezsenności, z czaszką rozsadzaną bólem, pochyliłem się nad wynikami analizy. We krwi chorego znajdowały się drobne ciałka o średnicy dwu dziesięciotysięcznych milimetra. Już powierzchowne badanie wykazało, że są to zarazki chorobotwórcze. Nie było wątpliwości. Towarzysz nasz uległ zarażeniu wirusami przyniesionymi przez automaty ze sztucznego księżyca. Raz jeszcze obudziłem Schreya, aby go o tym powiadomić. Natychmiast przybył do szpitala wraz z Ingwarem i jeszcze jednym paleobiologiem, specjalistą od zamierzchłej flory bakteryjnej. Dzięki trionowni szybko zidentyfikowaliśmy zarazki; były to wirusy tak zwanej papuzicy, groźnej infekcji, która panowała na Ziemi przed tysiącem lat. Staliśmy właśnie w laboratorium analitycznym, gdy wezwała nas Anna.
— Agonia — powiedziała przez telefon. Powtórzyłem to słowo obecnym.
Po minucie znaleźliśmy się w separatce.
Towarzysz nasz konał. Puls nie był już wyczuwalny na tętnach szprychowych, twarz z sinej stawała się szara jak popiół, a oddech rzężąc dobywał się z gardła.
Znowu dawaliśmy surowicę i krew, próbowaliśmy odciążyć serce, lecz wszystko daremnie. Wówczas, spełniając najwyższy obowiązek lekarski, usiłowaliśmy przywrócić go do przytomności choćby na kilka chwil, aby mógł wypowiedzieć swoją ostatnią wolę, ale i to się nam nie udało. Uszkodzony jadami mózg tracił panowanie nad ciałem. Sześć minut po dziesiątej oddech jego ustał.
Był to pierwszy wypadek zgonu wskutek choroby na okręcie. Wyszliśmy ze szpitala przybici poniesioną klęską; gdybyśmy wcześniej rozpoznali przyczynę choroby, prawdopodobnie udałoby się nam ją zwalczyć. Teraz należało przede wszystkim przygotować się na możliwy wybuch epidemii. Grotrian powiadomił nas, że Kanopos istotnie zetknął się z automatami, on to bowiem zawiódł je do pracowni astrogatorów, gdzie ich wypowiedzi zostały nagrane na triony. Musiały się zakazić kulturą wirusową przechodząc przez opancerzone ołowiem laboratorium sztucznego satelity.
Nie zachowały środków ostrożności, gdyż konstruktorzy ich nie przewidzieli podobnego wypadku.
Wszystkich, którzy stykali się z Kanoposem w ciągu ostatnich dni, izolowaliśmy w wydzielonej części szpitala. Niebezpieczeństwo zarazy było wielkie, albowiem organizmy nasze, nieprzywykłe w ziemskich warunkach do zwalczania zarażeń, były mało odporne. Podczas gdy biologowie i chemicy analizowali strukturę białkową wirusa, badałem wszystkich podejrzanych. Krew jedenastu ludzi zawierała groźne zarazki. Chemosyntetyzatory otrzymały rozkaz wytworzenia ciała zabójczego dla wirusa, a jednocześnie nieszkodliwego dla ustroju człowieka; uruchomione wieczorem, już o północy dostarczyły pierwszej porcji leku, który natychmiast przekazano do szpitala. Nazajutrz poddaliśmy chemoterapii całą bez wyjątku załogę Gei. Niebezpieczeństwo epidemii zostało zduszone w zarodku.
Wieczorem spotkałem na galerii gwiazdowej Ter Haara i Nilsa Yrjölę.
Nils pytał mnie o ostatnie chwile Kanoposa, który był jego przyjacielem.
— Pomyślcie — powiedział Ter Haar, gdy skończyłem — dosięgli ostatniej ofiary, kiedy ostatni ich szczątek rozwiał się w próżni…
Milczeliśmy. W tyle, za rufa Gei, gorzał płomienny Karzeł. Szkarłatne światło leżało na stropie galerii, na twarzach ludzi, opalizując czerwienią w ich oczach.
— To był ślepy traf — odezwał się nagle Nils — ale jakże niesprawiedliwy! Płody ich potwornych usiłowań przetrwały wieki, a po tych wszystkich, co z nimi walczyli, nie zostało nic…
— Jak możesz tak mówić — prawie z gniewem rzekł Ter Haar i podniósł rękę, jakby wskazując gwiazdowe niebo.
— Profesorze, egzaltujesz się — powiedziałem. Może to była bezsenność, może żal za zmarłym towarzyszem, a może gniew z powodu poniesionej klęski, dość że ciągnąłem zgryźliwie:
— To i gwiazd by bez nich nie było?
— Gwiazdy byłyby — odparł spokojnie Ter Haar — ale ludzi nie byłoby wśród gwiazd.
PLANETA CZERWONEGO KARłA
Druga planeta Karła przedstawiała się jako rudawa tarczka, podchodząca, w miarę postępów lotu, do dwu najjaśniejszych teraz gwiazd nieba, bliźniaczych słońc Centaura.