– Jeśli okażesz się winny, zostaniesz zabrany na szczyt Iglicy, gdzie spędzisz resztę życia. Nikogo z królewskiej rodziny nie można skazać na karę śmierci; tak mówi tysiącletnie prawo.
– A Tomasz zostanie królem? – zapytał w zamyśleniu Piotr. Flagg lekko zesztywniał.
– Tak.
Piotr zmarszczywszy brwi zamyślił się głęboko. Wyglądał na okropnie zmęczonego, ale nie zmieszanego albo przestraszonego, i Flagg poczuł, jak budzi się w nim lekki niepokój.
– A jeśli odmówię?
– Jeśli odmówisz, zostaniesz królem mimo straszliwego oskarżenia, które nie zostało obalone. Wielu z twoich poddanych – większość, poznawszy dowody – uzna, że przyszło im być rządzonym przez młodego człowieka, który zamordował swojego ojca, żeby zdobyć tron. Myślę, że nastąpią bunty i wojna domowa i że zacznie się to wkrótce. Ja sarn zrezygnuję z mojego stanowiska i wyruszę na zachód. Jestem już za stary, żeby zaczynać od początku, ale mimo to spróbuję. Prawo stanowi treść mojego życia, więc nie mógłbym służyć królowi, który nie ugiął się przed nim w sprawie takiej jak ta.
W sali zapadła cisza, która zdawała się trwać bardzo długo. Piotr siedział ze spuszczoną głową opierając czoło na dłoniach. Pozostali przyglądali mu się i czekali. Teraz nawet Flagg poczuł, że czoło pokrywa mu pot.
Wreszcie Piotr podniósł głowę i odsłonił oczy.
– Dobrze – rzekł. – Oto moje królewskie postanowienie. Odłożę koronę do czasu, aż zostanę oczyszczony z zarzutu zamordowania ojca. Ty, Peyno, zostaniesz kanclerzem królestwa na czas bezkrólewia. Chciałbym, żeby proces odbył się jak najszybciej – nawet jutro, jeśli to możliwe. Dostosuję się do decyzji sądu. Lecz nie ty mnie będziesz sądził.
Wszyscy zamrugali oczyma i wyprostowali się słysząc suchy, władczy ton, ale Yosef w stajniach nie czułby się nim zaskoczony; poznał go, gdy Piotr był zaledwie wyrostkiem.
– Zajmie się tym jeden z pozostałej czwórki – ciągnął Piotr. – Nie będę sądzony przez człowieka, który dzierży władzę zamiast mnie… człowieka, którego sam wygląd i zachowanie wskazują, że w swym sercu zdążył już uznać mnie za winnego tej okropnej zbrodni.
Peyna poczuł, że się czerwieni.
– Jeden z czterech – powtórzył Piotr zwracając się do Wielkich Radców. – Niech cztery kamienie, trzy czarne i jeden biały, zostaną umieszczone w naczyniu. Osoba, która wyciągnie biały kamień, zostanie sędzią głównym na moim procesie. Zgadzacie się?
– Tak, panie – rzekł powoli Peyna, nienawidząc siebie za rumieniec, który nie chciał zniknąć z jego policzków.
Flagg musiał znowu podnieść rękę do ust, żeby ukryć uśmieszek. I to, mój zgubiony książę, jest jedyne postanowienie, które wydasz jako król Delainu – pomyślał.
43
Spotkanie, które rozpoczęło się o trzeciej, dobiegło końca kwadrans po czwartej. W izbach senackich i sejmowych gada się przez wiele dni i miesięcy, zanim zostanie podjęta jakakolwiek decyzja – a często nie następuje to nigdy mimo tych wszystkich dyskusji – ale wielkie postanowienia nie zabierają zwykle dużo czasu. Trzy godziny później zaś, gdy zapadał zmrok, nastąpiło wydarzenie, które naocznie udowodniło Piotrowi, że choć mogło się to wydawać absurdem, zostanie uznany za winnego straszliwej zbrodni.
Odprowadzono go do jego komnat pod eskortą poważnych, milczących strażników. Posiłki, jak powiedział Peyna, miały mu być przynoszone.
Kolację dostarczył krzepki strażnik ze szczeciną zarostu na twarzy. Niósł on tacę. Na niej znajdowała się szklanka mleka i duży, parujący talerz gęstej zupy. Gdy strażnik wszedł, Piotr wstał. Sięgnął po tacę.
– Jeszcze nie, mój panie – powiedział strażnik jadowitym głosem. – Moim zdaniem trzeba trochę przyprawić. – To mówiąc napluł do zupy. Potem uśmiechnął się szeroko ukazując zęby rzadkie jak kołki w zaniedbanym płocie i wysunął tacę przed siebie. – Masz.
Piotr nie ruszył się, żeby ją wziąć. Był kompletnie zaskoczony.
– Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego naplułeś do mojego talerza?
– Czy dziecko, które morduje swojego ojca, zasługuje na coś lepszego, mój panie?
– Nie. Ale ktoś, kto jeszcze nawet nie został osądzony, nie – powiedział Piotr. – Zabierz to i przynieś mi nową tacę. Czekam piętnaście minut, a jak nie, to dzisiejszej nocy będziesz spał w lochach pod Flaggiem.
Złośliwy grymas na chwilę znikł z twarzy strażnika, ale natychmiast pojawił się znowu.
– Nie sądzę – rzekł. Pochylił tacę początkowo tylko trochę, a potem coraz bardziej. Szklanka i talerz roztrzaskały się na kamiennej posadzce. Gęsta zupa rozbryznęła na wszystkie strony.
– Wyliż to – powiedział strażnik. – Wyliż to jak pies, którym jesteś.
Odwrócił się, żeby wyjść. Piotr z nagłym gniewem skoczył do przodu i uderzył go w twarz. Dźwięk uderzenia zabrzmiał jak strzał.
Krzepki strażnik ryknął wściekle i wyciągnął swój krótki miecz.
Uśmiechając się bez wesołości Piotr uniósł głowę i odsłonił szyję.
– Proszę – rzekł. – Człowiek zdolny do naplucia drugiemu do zupy nie będzie się wzdragał przed podcięciem gardła niewinnemu. No, proszę. Świnie też spełniają rozkazy boże, jak sądzę, a moja wina i wstyd są wielkie. Jeśli Bóg chce, żebym żył, będę żyć, ale jeśli wolą Jego jest, bym zginął, i wysłał tu taką świnię jak ty, żeby mnie zgładzić, niech i to się spełni.
Gniew strażnika zamienił się w zmieszanie. Po chwili schował miecz.
– Nie zbrukam mego miecza – powiedział, ale jego głos zabrzmiał niepewnie, a oczy nie wytrzymały spojrzenia Piotra.
– Przynieś mi nowe jedzenie i picie – rzekł cicho Piotr. – Nie wiem, z kim rozmawiałeś, strażniku, i nic mnie to nie obchodzi. Nie wiem, dlaczego tak chętnie oskarżasz mnie o zamordowanie ojca, skoro nie przedstawiono jeszcze żadnych dowodów, lecz o to też nie dbam. Ale przyniesiesz mi nowe jedzenie i picie, a do tego jeszcze serwetkę, zanim zegar zdąży wybić wpół do siódmej, albo zadzwonię po Peynę i dzisiejszej nocy będziesz nocował pod Flaggiem. Moja wina nie została jeszcze udowodniona, Peyna jest nadal pod moimi rozkazami i przysięgam ci, że to, co mówię, jest prawdą.
Strażnik bladł i bladł, bo widział, że Piotr nie kłamie. Ale nie był to jedyny powód owej bladości. Gdy koledzy powiedzieli, że złapano księcia na gorącym uczynku, uwierzył im – bo chciał im wierzyć – ale teraz zaczął powątpiewać. Piotr nie wyglądał ani nie mówił jak człowiek winny.
– Tak, panie – powiedział.
Strażnik wyszedł. Po chwili drzwi otwarły się i ukazał się w nich kapitan.
– Wydawało mi się, że słyszę jakieś zamieszanie – rzekł. Oko jego padło na potłuczone szkło i porcelanę. – Jakieś kłopoty?
– Nie – powiedział spokojnie Piotr. – Upuściłem tacę. Strażnik poszedł przynieść mi drugi posiłek.
Kapitan kiwnął głową i oddalił się.
Przez następne dziesięć minut Piotr siedział na łóżku w głębokim zamyśleniu.
Rozległo się krótkie pukanie do drzwi.
– Wejść – rzekł Piotr.
Wszedł brodaty, szczerbaty strażnik z nową tacą.
– Panie, przyjmij moje przeprosiny – powiedział sztywno i niezręcznie. – Nigdy w życiu się tak nie zachowałem i nie wiem, co mnie napadło. Nie mam pojęcia, przysięgam. Ja…
Piotr machnął ręką. Czuł się bardzo zmęczony.
– Czy inni myślą podobnie jak ty? Inni strażnicy?
– Panie – rzekł strażnik ostrożnie stawiając tacę na biurku Piotra. – Nie jestem pewien, czy ja sam jeszcze tak myślę.
– Ale czy inni uważają, że jestem winien? Nastąpiła dłuższa przerwa, aż wreszcie żołnierz skinął głową.