Выбрать главу

Jakby się wybierał w podróż.

Panika, w jaką Tomasz wpadł przed chwilą, wydała mu się łagodnym odczuciem w porównaniu z uściskiem lodowatych dłoni, które teraz zacisnęły się na jego sercu.

– A więc, drogi Tomku, życzę ci zdrowia na całe życie, dużo, dużo szczęścia, pomyślnego panowania… i do widzenia!

Ruszył w stronę drzwi i już mu się zaczęło wydawać, że panika sparaliżowała chłopca do tego stopnia, iż będzie musiał wymyślić jakiś pretekst do powrócenia do jego łoża, gdy Tomaszowi udało się wypowiedzieć zdławionym głosem jedno słowo:

– Zaczekaj!

Flagg odwrócił się z wyrazem uprzejmego zainteresowania na twarzy.

– Mój królu?

– Dokąd… dokąd się wybierasz?

– Jak to… – Flagg wyglądał na zdziwionego, jakby nigdy przedtem nie przyszło mu na myśl, że Tomasz może się w ogóle tym zainteresować. – Na początek skieruje się do Andui. Jej mieszkańcy są znakomitymi żeglarzami, a za Morzem Jutra jest wiele ziem, których jeszcze nie znam. Niekiedy kapitanowie są skłonni zabrać na pokład czarnoksiężnika, żeby przynosił szczęście, wyczarowywał wiatr, gdy zapada cisza morska, i przepowiadał pogodę. A jeśli nikt nie będzie potrzebował czarnoksiężnika – hm, nie jestem już tak młody jak wtedy, gdy przybyłem do Delainu, ale jeszcze nadaję się do ciągnięcia lin i rozwijania żagli. – Uśmiechając się Flagg udał, że to robi, nie upuszczając swej laski.

Tomasz znów poderwał się na łokciach.

– Nie! – prawie krzyczał. – Nie!

– Mój panie i królu…

– Nie nazywaj mnie tak!

Flagg podszedł do niego pozwalając teraz swojej twarzy przybrać wyraz głębokiej troski.

– No więc, Tomku. Drogi Tomku. O co ci chodzi?

– O co mi chodzi? O co mi chodzi? Jak możesz być taki głupi? Ojciec otruty, Piotr uwięziony za tę zbrodnię w Iglicy, ja muszę zostać królem, ty zamierzasz odjechać i jeszcze się pytasz, o co chodzi? – Tomasz wubuchnął dzikim, piskliwym śmiechem.

– Ale tak musi być, Tomku – powiedział łagodnie Flagg.

– Nie mogę zostać królem – rzekł Tomasz. Chwycił Flagga za ramię wbijając głęboko paznokcie w nieziemskie ciało czarnoksiężnika. – Piotr miał zostać królem, on zawsze był inteligentny, ja jestem głupi, głupi, nie nadaję się na króla!

– Bóg tworzy królów – odparł Flagg. Bóg… a czasami czarnoksiężnicy, pomyślał chichocząc w duchu. – Uczynił cię królem, i zapamiętaj to, Tomku, zostaniesz królem. Albo będziesz nim, albo zostaniesz pogrzebany.

– To niech mnie pogrzebią! Zabiję się!

– Nie zrobisz nic takiego.

– Lepiej jeśli się zabiję, niż mam zostać pośmiewiskiem na tysiąc lat jako książę, który umarł ze strachu.

– Zostaniesz królem, Tomku. Nic się nie bój. Ale ja muszę iść. Dni są teraz chłodne, a noce zimne. A ja chciałbym przed zmrokiem wyjść z miasta.

– Nie, zostań! – Tomasz kurczowo chwycił płaszcz Flagga. – Jeśli ja muszę być królem, to zostań i służ mi jako doradca, tak jak służyłeś mojemu ojcu! Nie odchodź! Zupełnie nie rozumiem, dlaczego chcesz odejść! Przecież byłeś zawsze!

No, nareszcie – pomyślał Flagg. To dobre, doprawdy, to PYSZNE.

– Przyznaję, że trudno mi odchodzić – rzekł Flagg z powagą. – Bardzo trudno. Kocham Delain. I kocham ciebie, Tomku.

– To zostań!

– Nie rozumiesz mojej sytuacji. Anders Peyna to człowiek potężny – ma wielką władzę. Nie lubi mnie. Prawdę mówiąc, myślę, że mnie nienawidzi.

– Dlaczego?

Częściowo dlatego – pomyślał Flagg, że wie, jak długo – jak bardzo długo – już tu jestem. A co więcej, dokładnie wyczuwa, czym jestem dla Delainu.

– Trudno powiedzieć, Tomku. Przypuszczam, że dlatego, iż jest potężnym człowiekiem, a tacy ludzie zazwyczaj nie lubią, gdy ktoś inny im dorównuje. Ktoś, kto na przykład jest najbliższym doradcą króla.

– Tak jak ty byłeś najbliższym doradcą ojca?

Tak – ujął rękę Tomasza i ściskał ją przez chwilę. Potem wypuścił ją i westchnął smutnie. Doradcy króla przypominają zwierzynę w parkach królewskich. Zwierzęta takie są rozpieszczane, karmione z ręki. Tacy doradcy, jak oswojone zwierzaki prowadzą przyjemne życie, ale niejeden już raz widziałem oswojone parkowe sarny na stole króla, gdy w rezerwacie nie udało się znaleźć dzikiego jelenia na kotlet z dziczyzny czy gulasz. A gdy umiera panujący, starym doradcom zdarza się znikać. Tomasza ogarnął zarówno gniew, jak i strach.

– Czy Peyna ci groził?

– Nie… był bardzo grzeczny – powiedział Flagg. – Bardzo cierpliwy. Ale czytam w jego oczach i wiem, że cierpliwości tej nie wystarczy na długo. Jego wzrok mówi mi, że klimat anduański na pewno okaże się dla mnie zdrowszy. – Wstał raz jeszcze powiewając peleryną. – Dlatego… chociaż nie mam wielkiej ochoty…

– Zaczekaj! – zawołał znowu Tomasz, a Flagg zobaczył na jego ściągniętej, pobladłej twarzy Spełnienie wszystkich swoich ambicji. – Jeśli byłeś bezpieczny za panowania mojego ojca, bo służyłeś jako jego doradca, czyż nie będziesz bezpieczny teraz, gdy ja zostanę królem, jako mój?

Flagg wyglądał, jakby zastanawiał się głęboko i poważnie.

– Tak, chyba tak… gdybyś bardzo wyraźnie dał Peynie do zrozumienia… ale naprawdę bardzo wyraźnie… że wszelkie kroki przeciwko mnie spotkają się z królewską niełaską. Bardzo poważną niełaską.

– Ależ oczywiście! – skwapliwie pisnął Tomasz. – Jasne, że mu tak powiem. Więc zostaniesz? Proszę cię. Jeśli odejdziesz, to ja się zabiję! Nie znam się nic a nic na sprawowaniu władzy i nie żartuję, naprawdę tak zrobię!

Flagg stał z pochyloną głową, twarzą w cieniu kaptura, sprawiając wrażenie pogrążonego w myślach. W rzeczywistości uśmiechał się.

Ale gdy podniósł głowę, na jego twarzy malowała się powaga.

– Służyłem Królestwu Delain prawie przez całe moje życie – rzekł – i przypuszczam, że jeśli rozkazałbyś mi zostać… zostać i służyć ci jak najlepiej…

– A więc rozkazuję! – krzyknął Tomasz drżącym, zgorączkowanym głosem.

Flagg opadł na kolano.

– Panie! – zawołał.

Tomasz padł mu w ramiona ze szlochem ulgi. Flagg chwycił go i przytulił.

– Nie płacz, moje królewiątko – szepnął. – Wszystko będzie dobrze. Tak, wszystko pójdzie dobrze i tobie, i mnie, i w królestwie. – Uśmiechnął się szeroko ukazując bardzo białe i bardzo mocne zęby.

47

Tomasz nie zasnął ani na chwilę w noc poprzedzającą koronację na placu Iglicy, a wczesnym porankiem dostał okropnego, wywołanego zbytnim napięciem nerwów, ataku wymiotów i biegunki. Opanowała go bez reszty trema. Słowo to brzmi niemądrze i śmiesznie, ale w tym wypadku nie było nic śmiesznego ani niemądrego. Tomasz wciąż jeszcze był małym chłopcem, a to, co czuł w nocy, gdy jest się najbardziej samotnym, sięgnęło granic strachu tak ogromnego, że można by go nazwać śmiertelnym przerażeniem. Zadzwonił po służącego i kazał mu przyprowadzić Flagga. Sługa, przerażony bladością Tomasza i zapachem wymiotów, pobiegł pędem i prawie nie czekając na pozwolenie wejścia wpadł do komnat Flagga wołając, że młody książę ciężko zachorował i być może jest umierający.

Flagg, który domyślał się przyczyny kłopotów, kazał słudze iść i powiedzieć swemu panu, że zaraz przyjdzie, i żeby się nie bał. Pojawił się po dwudziestu minutach.

– Nie zniosę tego – jęknął Tomasz. Wymiotował do łóżka i teraz jego pościel śmierdziała. – Nie mogę zostać królem, nie mogę, proszę, musisz sprawić, żeby to nie nastąpiło, jak ja mam to odbyć, jeśli może się zdarzyć, że zwymiotuję przed Peyną i całą resztą, zwymiotuję albo… albo…