– Wszystko będzie dobrze – rzekł spokojnie Flagg. Przygotował napój, który ułagodzi żołądek Tomasza i na jakiś czas zablokuje mu jelita.
– Wypij to. Tomasz wypił.
– Zaraz umrę – powiedział odstawiając szklankę. – Nie będę musiał się zabijać. Po prostu serce mi pęknie ze strachu. Ojciec opowiadał, że czasami zające umierają w ten sposób w sidłach, nawet jeśli nie są poważnie zranione. A ja jestem takim zającem w pułapce, umierającym ze strachu.
Po części masz rację, drogi Tomku, pomyślał Flagg. Nie umierasz ze strachu, jak ci się wydaje, ale rzeczywiście jesteś zwierzyną schwytaną w sidła.
– Myślę, że zmienisz zdanie – powiedział Flagg. Mieszał następny napój. Miał on barwę różową – kolor kojący nerwy.
– Co to jest?
– Coś, co cię uspokoi i pomoże zasnąć.
Tomasz wypił. Flagg siedział przy nim na łóżku. Wkrótce chłopiec zapadł w sen – tak głęboki, że gdyby sługa zobaczył go w tej chwili, mógłby przypuszczać, że jego przepowiednia sprawdziła się i Tomasz nie żyje. Mag podniósł dłoń śpiącego chłopca i poklepał ją nieomal z czułością. Na swój bowiem sposób kochał Tomasza, ale Sasha wiedziałaby, czym naprawdę jest uczucie Flagga – miłością pana do ulubionego psa.
On jest taki podobny do ojca, pomyślał Flagg, a starszy pan nigdy się tego nie domyślił. Och, Tommy, czekają nas piękne chwile, ciebie i mnie, a zanim skończę, kraj spłynie królewską krwią. Zniknę, lecz nie na długo, przynajmniej na początku. Wrócę w przebraniu, żeby popatrzeć na twoją spuchniętą głowę zatkniętą na pal… i żeby rozciąć mym mieczem pierś twojego brata, wydobyć jego serce i zjeść je na surowo, tak jak jego ojciec zjadł serce swego ukochanego smoka.
Flagg wyszedł z komnaty uśmiechając się.
48
Koronacja odbyła się bez żadnych kłopotów czy komplikacji. Służący Tomasza (w jego wieku jest się za młodym na własnego lokaja, ale miało się to wkrótce zmienić) ubrali go na tę okazję w piękny strój z czarnego aksamitu przyozdobiony klejnotami (to wszystko jest moje, pomyślał Tomasz z zachwytem – i rosnącą chciwością – teraz to wszystko należy do mnie) oraz wysokie, czarne buty z najdelikatniejszej koźlej skóry. Gdy Flagg pojawił się punktualnie o wpół do dwunastej i powiedział, że już czas, Tomasz był mniej zdenerwowany, niż przypuszczał. Środek uspokajający zaaplikowany przez czarnoksiężnika wciąż jeszcze działał.
– Weź mnie za rękę – powiedział – na wypadek gdybym się potknął.
Flagg ujął dłoń Tomasza. W nadchodzących latach miało się to stać dobrze znanym na dworze widokiem – Flagg, który wydawał się podtrzymywać króla chłopca, jak gdyby ten był starszym człowiekiem, a nie młodzieńcem w pełni sił.
Wyszli razem na oświetlony jaskrawym, zimowym słońcem dziedziniec.
Powitała ich owacja tak głośna, jak szum fal rozbijających się na rozległych, pustych plażach Wschodniej Baronii.
Tomasz rozejrzał się ze zdziwieniem, a jego pierwszą myślą było: Gdzie jest Piotr? Oni z pewnością witają Piotra. A potem przypomniał sobie, że Piotr znajduje się w Iglicy i zrozumiał, że owację przeznaczono dla niego. Poczuł, że zaczyna mu to sprawiać przyjemność… ja zaś muszę wam powiedzieć, iż radość owa nie wynikała tylko ze świadomości, że to jego tak witają. Tomasz wiedział również, że Piotr zamknięty w swych pustych komnatach na wieży też słyszy owację.
Czy to ważne, że zawsze byłeś lepszy w nauce? – pomyślał Tomasz z małostkową radością, która równocześnie sprawiła mu przyjemność i ból. Czy to ważne? Jesteś uwięziony w Iglicy, a ja… ja jestem królem! Czy to ważne, że co wieczór przynosiłeś mu kieliszek wina i…
Ale ta ostatnia myśl sprawiła, że niemiły, lepki pot wystąpił mu na czoło, więc szybko się jej pozbył.
Okrzyki rozlegały się cały czas, gdy on i Flagg szli najpierw na plac Iglicy, a potem pod łukiem utworzonym przez uniesione ceremonialne miecze Straży Przybocznej, przyodzianej znowu w swe galowe, czerwone mundury i wysokie czapy z głowami wilków. Tomaszowi podobało się to coraz bardziej. Uniósł dłoń w geście pozdrowienia, a wiwaty zabrzmiały jak grzmot. Mężczyźni wyrzucali w powietrze swe kapelusze. Kobiety płakały z radości. Okrzyki: „Król! Król! Patrzcie na króla! Tomasz Dawca Światła! Niech żyje król!” rozlegały się wszędzie. Tomasz, który nie wyszedł jeszcze z wieku dziecięcego, pomyślał, że przeznaczone są one dla niego. Flagg, który być może nigdy nie był chłopcem, wiedział lepiej. Krzyczano, bo minęły już chwile niepewności. Cieszono się, że wszystko będzie tak jak dawniej, że można znowu otworzyć sklepy, że srodzy żołnierze w skórzanych hełmach nie będą już pilnować nocą zamku, że po tej uroczystej ceremonii będzie można się upić nie martwiąc się, iż o północy obudzą wszystkich odgłosy rewolty. Nic mniej i nic więcej ponad to. Tomasza mógł zastąpić ktokolwiek. Był pionkiem.
Ale Flagg postara się, żeby nigdy się tego nie dowiedział.
A w każdym razie aż nie będzie za późno.
Sama ceremonia nie trwała długo. Przeprowadził ją Anders Peyna wyglądający dwadzieścia lat starzej niż tydzień temu. Tomasz odpowiadał „tak”, „będę” i „przysięgam” we wszystkich właściwych momentach, jak go tego Flagg nauczył. Pod koniec ceremonii, przeprowadzonej w tak uroczystej ciszy, że nawet ci, którzy stali na samym końcu wielkiego tłumu, mogli ją słyszeć wyraźnie, na głowie Tomasza umieszczono koronę. Owacje buchnęły znowu, głośniejsze niż poprzednio, a chłopiec popatrzył w górę, coraz wyżej i wyżej aż na czubek okrągło ściennej Iglicy, tam gdzie znajdowało się tylko jedno okno. Nie widział, czy Piotr przygląda się, ale miał nadzieję, że tak. Miał nadzieję, że przygryza on wargi ze złością tak mocno, że aż krew spływa mu po brodzie, tak jak Tomasz przygryzał swoje – tak często, że pod dolną wargą utworzyła mu się delikatna siateczka blizn.
Słyszysz to, Piotrze? – zapiszczał w myślach. Krzyczą na MOJĄ cześć! Krzyczą na MOJĄ cześć! Wreszcie krzyczą na MOJĄ cześć!
49
Pierwszej nocy swego panowania Tomasz Dawca Światła obudził się siedząc na łóżku z wytrzeszczonymi oczyma, przerażeniem na twarzy i zasłaniając dłonią usta, jakby chciał zdławić krzyk. Przed chwilą przyśnił mu się straszny sen, o wiele gorszy niż te, w których ponownie przeżywał to okropne popołudnie spędzone we Wschodniej Wieży.
Tym razem sen także dotyczył przeszłych wydarzeń. Tomasz znajdował się w tajemnym przejściu i podglądał ojca. Miało to miejsce owej nocy, gdy Roland tak się strasznie upił i szalał z gniewu, przemierzając komnatę i wykrzykując obelgi do głów na ścianach. Ale gdy dotarł do głowy Dziewięciaka, powiedział coś innego.
Dlaczego się na mnie gapisz? – zawołał ojciec we śnie. Zabił mnie i przypuszczam, że nie potrafiłbyś temu zapobiec, ale jak mogłeś pozwolić, żeby skazano za to twojego brata? Odpowiadaj, do cholery! Robiłem, co mogłem, a teraz popatrz na mnie! Spójrz na mnie!
Ojciec zaczął płonąć. Twarz jego przybrała kolor czerwony jak dobrze rozpalone ognisko. Dym buchnął mu z oczu, nosa i ust. Zwinął się z bólu i Tomasz zobaczył, że palą się również jego włosy. Wtedy właśnie się obudził.
To wino – pomyślał ze zgrozą. Flagg poczęstował go winem tamtej nocy! Wszyscy wiedzieli, że przynosił mu je Piotr, więc uznano, że to on je zatruł. Ale Flagg też mu je dawał owej nocy, a przedtem nigdy tego nie czynił. I trucizna pochodzi od Flagga! Mówił, że skradziono mu ją wiele lat temu, ale…
Nie może sobie pozwolić na takie myśli. Nie może. Bo gdyby zaczął się nad tym zastanawiać…