Выбрать главу

– On mnie zabije – szepnął Tomasz ze zgrozą.

Mógłbyś iść do Peyny. Peyna go nie lubi – pomyślał. No tak, mógłby tak zrobić. Ale wtedy powróciła zastarzała niechęć i zazdrość wobec Piotra. Gdyby wszystko opowiedział Peynie, brat zostałby wypuszczony z Iglicy i zająłby jego miejsce jako król. Tomasz stałby się znowu nikim, księciem – ważniakiem, którego panowanie trwało jeden dzień.

Dzień ten zaś wystarczył chłopcu na odkrycie, że królowanie może mu się spodobać – nawet bardzo, mając Flagga do pomocy. Poza tym przecież tak naprawdę nic nie wiedział. Coś mu się tylko wydawało. A jego opinie zawsze okazywały się niesłuszne.

„Zabił mnie i przypuszczam, że nie potrafiłbyś temu zapobiec, ale jak mogłeś pozwolić, żeby skazano za to twojego brata?”

Nieważne, pomyślał Tomasz. Coś mi się pomieszało, na pewno się pomyliłem, a nawet jeśli nie, to dobrze mu tak.

Przekręcił się na drugi bok zdecydowany zasnąć. I po długim, długim czasie sen nadszedł.

W nadchodzących latach koszmar miał pojawiać się co jakiś czas – ojciec oskarżający swego ukrytego, podglądającego syna, a potem zwijający się z bólu, dym, płomienie. W owych latach Tomasz odkrył dwie rzeczy: poczucie winy i tajemnice nigdy nie spoczywają w spokoju, niczym kości zamordowanego; ale z tą świadomością da się żyć.

50

Gdyby ktoś go o to zapytał, Flagg odpowiedziałby z pogardliwym uśmieszkiem, że Tomasz nie potrafiłby ukryć tajemnicy przed nikim poza osobami słabymi na umyśle, a może nawet i nie. Na pewno nie umiałby zachować sekretu, powiedziałby, przed kimś, kto doprowadził do jego wstąpienia na tron. Ale ludzi takich jak Flagg przepełnia pycha i czasami są dziwnie zaślepieni. Czarnoksiężnik nigdy się nie domyślił, że Tomasz znajdował się owej nocy za Dziewięciakiem i że widział, jak Flagg daje Rolandowi kieliszek zatrutego wina. Ten sekret Tomasz potrafił zachować.

51

Wysoko na górze, na szczycie Iglicy Piotr stał w maleńkim okienku patrząc w dół. Tak jak miał nadzieję Tomasz, widział i słyszał wszystko od pierwszych wiwatów, gdy Tomasz ukazał się prowadzony za rękę przez Flagga, aż do ostatnich, gdy zniknął na powrót w pałacu, również wraz z czarnoksiężnikiem.

Stał w oknie przez prawie trzy godziny po skończeniu ceremonii, przyglądając się tłumom. Ludzie mieli sobie tyle do powiedzenia. Ten musiał poinformować Tamtego, gdzie się dokładnie znajdował, gdy usłyszał, że stary król nie żyje, a potem obaj musieli porozmawiać z Kimś Innym. Kobiety po raz ostatni płakały nad Rolandem i wydziwiały, jak ładnie wyglądał Tomasz i jaki był spokojny. Dzieci ganiały się, udawały, że są królami, toczyły koła, przewracały się, obcierały sobie kolana, płakały, a potem śmiały się i znowu bawiły w berka. Mężczyźni poklepywali się po plecach i mówili, że teraz już chyba wszystko będzie dobrze – ostatni tydzień dostarczył im okropnych przeżyć, ale teraz wszystko się ułoży. Jednak rozmowy te zawierały w sobie matowożółtą nić niepokoju, jakby wiedziano, że wszystko nie jest dobrze, że zło spowodowane przez zamordowanie króla nie zostało jeszcze naprawione.

Piotr oczywiście nie był w stanie tego stwierdzić ze swego odosobnienia wysoko na Iglicy, ale coś wyczuwał.

O trzeciej, trzy godziny wcześniej niż zwykle, otwarto karczmy, teoretycznie żeby uczcić koronację nowego króla, ale w rzeczywistości dlatego, że stanowiło to dobry interes. Ludzie chcieli pić i bawić się. O siódmej wieczorem większość ludności miasta zataczała się po ulicach pijąc zdrowie Tomasza Dawcy Światła (albo wdając się między sobą w bójki). Zapadał zmrok, gdy świętujący zaczęli się rozpraszać.

Piotr opuścił okno, podszedł do jedynego zydla w swojej „bawialni” (nazwa ta brzmiała mu jak zły żart) i po prostu siedział na nim z rękoma złożonymi na kolanach. Siedział i patrzył, jak zapada zmrok. Przyniesiono kolację – tłuste mięso, wodniste piwo, chleb z grubej mąki tak słony, że gdyby się go zjadło, wywołałby pieczenie w ustach. Ale Piotr nie tknął mięsa ani chleba i nie wypił piwa.

Około dziewiątej, gdy na ulicach zaczął się znowu ruch (tym razem tłum był bardziej niesforny, jakby miały rozpocząć się zamieszki), Piotr poszedł do drugiego pokoju składającego się na jego więzienie, rozebrał do podkoszulka, umył w misce, klęknął przy łóżku i odmówił modlitwę.

Potem położył się. Miał tylko jeden koc, chociaż w maleńkiej sypialni było bardzo zimno. Piotr podciągnął go pod brodę, założył ręce pod głowę i zapatrzył się w mrok.

Z dołu dobiegały krzyki, wiwaty i śmiech. Od czasu do czasu dał się słyszeć dźwięk odpalanych fajerwerków, a raz około północy rozległ się głośny wybuch prochu, gdy pijany żołnierz odpalił ślepy ładunek (następnego dnia za ten pijacki salut na cześć nowego króla pechowy żołnierz został wysłany na najdalszy wschodni kraniec Delainu – proch stanowił rzadkość w królestwie i był starannie pilnowany).

Mniej więcej o pierwszej w nocy Piotr wreszcie zamknął oczy i zasnął.

Następnego ranka wstał o siódmej. Ukląkł drżąc z zimna, z ust wydobywały mu się białe obłoczki pary, a na gołych rękach i nogach pojawiła się gęsia skórka; modlił się. Skończywszy ubrał się. Poszedł do „bawialni” i w milczeniu stał przy oknie przez prawie dwie godziny przyglądając się, jak w dole ożywa miasto. Budzenie się trwało tego dnia dłużej i oporniej niż zwykle – większość dorosłych mieszkańców Delainu miała tego dnia okropnego kaca. Powoli wygrzebywali się do pracy, a humory im nie dopisywały. Wielu mężczyzn szykowało się do swoich zajęć przy akompaniamencie kazań wygłaszanych przez rozgniewane żony, które nie żywiły zbytniego współczucia dla ich bolących głów (Tomasz cierpiał na to samo – wypił za dużo wina poprzedniego wieczoru – ale przynajmniej los oszczędził mu marudnej żony).

Śniadanie, które przyniósł Piotrowi Beson, jego główny strażnik (którego także dręczył kac), składało się z płatków owsianych bez cukru, wodnistego mleka, które szybko skwaśniało, i następnej porcji przesolonego chleba. Stanowiło jaskrawy kontrast z przyjemnymi śniadankami, jakie Piotr zwykł spożywać w swoim gabinecie, więc też go nie tknął.

O jedenastej jeden ze strażników zabrał je w milczeniu.

– Naszemu książątku zachciało się głodować – poinformował Besona.

– Świetnie – odparł obojętnie zagadnięty. – Mniej będzie kłopotu z utrzymaniem go.

– Może obawia się trucizny – odważył się strażnik, a Beson zaśmiał się, mimo iż bolała go głowa. Dowcip był przedni.

Piotr spędził większą część dnia siedząc na zydlu w „bawialni”. Późnym popołudniem podszedł do okna. Nie miało ono krat. Tylko ptak mógł się stąd wydostać inaczej niż spadając w dół. Nikt, ani Peyna, ani Flagg, ani Aron Beson, nie obawiał się, że więzień w jakiś sposób zdoła zejść na dół. Zaokrąglony mur Iglicy był idealnie gładki. Coś takiego mogło więc udać się musze, ale nie człowiekowi.

A jeśli przygnębienie skłoniłoby go do skoku w dół, kto się tym przejmie? Nikt. Oszczędzi to państwu wydatków na utrzymanie mordercy o błękitnej krwi.

Słońce zaczęło przesuwać się po podłodze, a potem po ścianie. Piotr siedział i obserwował je. Przyniesiono obiad – tłuste mięso, wodniste piwo i słony chleb. Piotr nie ruszył go.

Gdy słońce zaszło, siedział w ciemnym pokoju aż do dziewiątej, a potem poszedł do sypialni. Rozebrał się do podkoszulka, ukląkł i modlił się, a z ust jego wydobywały się białe obłoczki pary. Położył się do łóżka, założył ręce pod głowę i leżał na wznak patrząc w mrok. Leżał myśląc o tym, na co mu przyszło. Około pierwszej w nocy zasnął. To samo miało miejsce drugiego dnia.