Выбрать главу

I trzeciego.

I czwartego.

Dokładnie przez tydzień Piotr nie jadł, nie odzywał się i nie robił nic poza wyglądaniem przez okno albo siedzeniem na zydlu w „bawialni” i obserwowaniem, jak słońce przesuwa się po podłodze, ścianie i dociera do sufitu. Beson był przekonany, że chłopiec znalazł się w otchłani czarnej rozpaczy i poczucia winy – widział już takie rzeczy, zwłaszcza pośród przedstawicieli królewskiego rodu. Uznał, że chłopiec umrze jak dziki ptak, który nie znosi zamknięcia. Zmarnieje, a jemu spadnie kłopot z głowy.

Ale ósmego dnia Piotr posłał po Arona Besona i dał mu pewne polecenia… ale nie zachowywał się jak więzień.

Zachował się jak król.

52

Rozpacz nie ominęła Piotra… ale nie była ona tak głęboka, jak sądził Beson. Pierwszy tydzień w Iglicy spędził on na starannym przemyśleniu sytuacji usiłując zdecydować, co powinien dalej robić. Pościł, aby odzyskać jasność myśli. W końcu osiągnął to, ale przez jakiś czas czuł się okropnie zagubiony, a powaga sytuacji ciążyła mu jak młot kowalski. Potem przypomniał sobie prosty fakt: on sam wiedział przecież, że nie zabił ojca, nawet jeśli wszyscy obywatele królestwa uważali, że tak było.

Przez dwa pierwsze dni walczył z bezsensownymi uczuciami. Dziecko krzyczało w nim: To niesprawiedliwe! Stała się niesprawiedliwość! Stanowiło to oczywiście prawdę, ale takiego rodzaju myślenie nie prowadzi do niczego. W miarę upływu czasu odzyskiwał panowanie nad sobą. Pusty żołądek pomagał mu odrzucić to, co pozostało w nim z dziecka. Czuł się czystszy, jakby odrzucił wszystkie plewy, pusty… jak kielich czekający na napełnienie. Po dwu lub trzech dniach niejedzenia burczenie w brzuchu przycichło, a on zaczął wyraźniej słyszeć swoje prawdziwe myśli. Modlił się, ale zdawał sobie sprawę, że robi coś więcej; rozmawiał ze sobą, wsłuchiwał się w siebie, zastanawiał się, czy istnieje wyjście z tego podniebnego więzienia, do którego tak zręcznie go zapakowano.

Nie zabił ojca. To sprawa podstawowa. Ktoś rzucił na niego podejrzenie. To drugie. Kto? Istniała tylko jedna osoba, która mogła to zrobić, oczywiście; jedyna osoba w całym Delainie mogąca mieć tak straszliwą truciznę jak Smoczy Piasek.

Flagg.

Pasowało znakomicie. Flagg wiedział, że w królestwie rządzonym przez Piotra nie znajdzie się dla niego miejsce. Flagg zadbał, żeby zaprzyjaźnić się z Tomaszem… i żeby Tomasz go się bał. W jakiś sposób Flagg zamordował Rolanda, a potem dostarczył dowodów, które zaprowadziły Piotra na wieżę.

Do tego doszedł trzeciego wieczoru panowania Tomasza.

Co miał zatem czynić? Pogodzić się z losem? Przenigdy. Uciec? Nie potrafił. Nikt nigdy nie uciekł z Iglicy.

Chyba że…

W mroku zabłysło mu słabe światełko. Miało to miejsce czwartego wieczoru, gdy patrzył na tacę z obiadem. Tłuste mięso, wodniste piwo, słony chleb. Gładki, biały talerz. Brak serwetki.

Chyba że…

Światełko stało się jaśniejsze.

Być może znalazł drogę ucieczki. Być może. Będzie ona wielce niebezpieczna, a przygotowania zabiorą dużo czasu. A na samym końcu może się zdarzyć, że czeka go śmierć mimo wszelkich jego wysiłków. Ale… jest to jakiś sposób.

No, a jeśli uda mu się uciec, to co dalej? Czy potrafi udowodnić czarnoksiężnikowi morderstwo? Piotr nie miał pojęcia. Flagg to stary, przebiegły lis – na pewno nie zostawił żadnych dowodów, które mogłyby go kiedyś obciążyć. Czy Piotr zdolny jest wydobyć od niego przyznanie się do winy? Istniało pewne prawdopodobieństwo, zakładając, że po pierwsze dostanie go w swoje ręce – Piotr przypuszczał, że czarnoksiężnik może rozwiać się jak dym, jeśli dowie się, że uciekł z Iglicy. Czy ktokolwiek uwierzy w zeznania Flagga, nawet jeśli Piotrowi uda się go do nich zmusić? O tak, przyznał się do zamordowania Rolanda, powiedzą ludzie. Piotr, zbiegły ojcobójca, przyłożył mu miecz do gardła. W takiej sytuacji ja przyznałbym się do wszystkiego, nawet do zamordowania samego Pana Boga!

Macie może ochotę śmiać się z Piotra, który zastanawiał się nad takimi problemami wciąż jeszcze znajdując się w więzieniu trzysta stóp nad ziemią. Moglibyście powiedzieć, że postawił sprawy odrobinę na głowie. Ale Piotr wiedział już, w jaki sposób może próbować ucieczki. Oczywiście istniało prawdopodobieństwo, że okaże się on sposobem na śmierć w kwiecie wieku, ale jemu wydawało się, że są pewne szansę sukcesu. Jednak… czy warto było podejmować się takiej pracy, jeśli w końcu nic z tego nie wyjdzie? Albo, jeszcze gorzej, gdyby miało to przynieść dalsze szkody królestwu w jakiś sposób, którego w tej chwili nie dostrzega?

Myślał o tym wszystkim i modlił się. Minęła czwarta noc… piąta… szósta. Siódmej nocy Piotr podjął decyzję: lepiej próbować, niż zaniechać; lepiej usiłować naprawić zło, nawet gdyby miał przy tym zginąć. Stała się niesprawiedliwość. Piotr odkrył pewne dziwne zjawisko – to, że właśnie jego ona spotkała, nie było w połowie tak ważne jak to, że w ogóle miała miejsce. Należało to naprawić.

Ósmego dnia panowania Tomasza posłał po Besona.

53

Beson wysłuchał mowy uwięzionego księcia z niedowierzaniem i rosnącą furią. Piotr skończył, a Aron Beson wydobył z siebie stek rynsztokowych przekleństw, które nawet dorożkarza przyprawiłyby o rumieniec wstydu. Piotr przeczekał to, nieporuszony.

– Ty zbrodniczy, zarozumiały gnojku! – zakończył Beson tonem, w którym brzmiały nutki zdziwienia. – Wydaje ci się, że nadal żyjesz w cholernym luksusie i masz służących, którzy przybiegną, ilekroć zagniesz jeden ze swoich perfumowanych paluszków. Ale tutaj to nie przejdzie, mój młody książę. O nie.

Beson pochylił się do przodu wysuwając nie ogolony podbródek i chociaż jego zapach – potu, taniego wina i łuszczącego się aż brudu – zbijał z nóg, Piotr nie cofnął się. Nie dzieliły ich kraty; Beson nie zaczął jeszcze bać się więźniów, a tym bardziej takiego smarkacza. Główny strażnik miał pięćdziesiątkę, niski wzrost, szerokie bary i duży brzuch. Tłuste włosy otaczały strąkami jego policzki i opadały na plecy. Gdy wszedł do pokoju Piotra, jeden z pomniejszych strażników zamknął za nim drzwi na klucz.

Beson zwinął lewą pięść i potrząsnął nią Piotrowi przed nosem. Prawą rękę wsunął do kieszeni u pasa i zamknął na gładkim metalowym walcu. Jedno mocne uderzenie tak wzmocnioną pięścią potrafi złamać ludzką szczękę. Beson nieraz już tak robił.

– Możesz dać się wypchać swoimi żądaniami, książątko. A następnym razem, jeśli przyjdzie ci do głowy wzywać mnie do takich królewskich bzdur, popamiętasz.

Beson skierował się do drzwi, niski, zgarbiony, przypominający do złudzenia trolla. Poruszał się w swoim własnym obłoku smrodu.

– Grozi ci popełnienie bardzo poważnego błędu – powiedział Piotr. Mówił cicho, ale stanowczo i dobitnie.

Beson odwrócił się do niego z wyrazem niedowierzania na twarzy.

– Coś ty powiedział?

– Słyszałeś – odparł Piotr. – A kiedy następnym razem się do mnie odezwiesz, śmierdzielu, to lepiej pamiętaj, że przemawiasz do osoby z królewskiego rodu. Moje pochodzenie nie zmieniło się, gdy wszedłem tu na górę.

Przez chwilę Beson nie znajdował odpowiedzi. Otworzył i zamknął usta jak ryba wydobyta z oceanu – chociaż każdy rybak złowiwszy coś tak nieprzyjemnego jak Beson z pewnością wrzuciłby to na powrót do morza. Spokojne żądania Piotra – wygłaszane tonem nie pozostawiającym wątpliwości, że są w rzeczywistości rozkazami, których wykonania nie można odmówić – doprowadziły szefa strażników do krańcowej wściekłości. Jedno z nich było żądaniem człowieka kompletnie zniewieściałego albo po prostu wariata. Beson natychmiast uznał je za nonsens albo błazeństwo. Drugie zaś miało związek z posiłkami. Połączone z faktem, że oczy Piotra wyrażały ożywienie i zdecydowanie, oznaczało, iż młody książę porzucił rozpacz i zdecydował się żyć.