Выбрать главу

Gdy Beson odwrócił się, zbiła go z nóg seria lewych sierpowych i prawych prostych. Proste w normalnych warunkach nie wyrządziłyby mu wielkiej krzywdy, ale półtora funta w dłoni Piotra przydało im morderczej siły. Jeden z ciosów wybił Besonowi szczękę. Beson zawył z bólu i usiłował przejść do zwarcia. Okazało się to błędem. Rozległ się chrzęst łamanego nosa i krew buchnęła mu do ust i na brodę. Ciekła po jego brudnym kaftanie. A potem poczuł przeszywający ból, gdy obciążona prawa pięść zamknęła mu usta. Beson wypluł ząb na podłogę i usiłował się wycofać. Zapomniał o przyglądających się strażnikach, którzy teraz obawiali się włączyć do walki. Nie pamiętał też już o swoim gniewie wywołanym zachowaniem młodego księcia i utracił wszelką chęć dania mu nauczki.

Po raz pierwszy podczas swego urzędowania jako główny strażnik Beson się bał.

Powodem nie był fakt, że Piotr bił go teraz, jak chciał. Zdarzały mu się już gorsze pobicia, chociaż nigdy z rąk więźnia. Nie, to wyraz oczu Piotra tak go przeraził. To spojrzenie króla. Bogowie, ratujcie mnie, to twarz króla – jego gniew pali niczym słoneczny żar.

Piotr rzucił Besona na ścianę, ocenił odległość do jego szczęki i zamierzył się prawą, wycelowaną do ciosu pięścią.

– Chcesz, żebym cię dalej przekonywał, śmierdzielu? – zapytał ponuro.

– Już nie – wymamrotał Beson ciężko dysząc. – Już nie, o, królu, miej litość, poddaję się.

– Co? – zapytał Piotr ze zdumieniem. – Jak ty mnie nazwałeś?

Ale Beson powoli osuwał się po zakrzywionej ścianie. Gdy zwracał się do Piotra „o, królu”, zrobił to podświadomie. Nie pamiętał potem, żeby tak powiedział, ale Piotr nie zapomniał nigdy.

54

Beson leżał nieprzytomny przez ponad dwie godziny. Gdyby nie ciężki chrapliwy oddech, Piotr zacząłby się obawiać, że naprawdę zabił głównego strażnika. Był on opasłą, złośliwą i wredną świnią… ale mimo wszystko Piotr nie chciał pozbawiać go życia. Strażnicy na zmianę przyglądali się przez okienko w dębowych drzwiach, a oczy mieli okrągłe ze zdziwienia – niczym mali chłopcy obserwujący anduańskiego tygrysa ludożercę w królewskiej menażerii. Żaden nie próbował iść na ratunek zwierzchnikowi, a wyraz ich twarzy powiedział Piotrowi, iż obawiają się, że w każdej chwili może on rzucić się na nieprzytomnego Besona i rozszarpać mu gardło. Najprawdopodobniej zębami.

No, ale czemu mieliby tak nie myśleć, zastanawiał się z goryczą Piotr. Uważają, że zabiłem własnego ojca, a człowiek zdolny do takiego czynu nie zawaha się przed najgorszym, nawet przed zamordowaniem nieprzytomnego przeciwnika.

Wreszcie Beson zaczął jęczeć i poruszać się. Prawa powieka zadrgała i otworzyła się – lewa nie, i tak miało pozostać jeszcze przez kilka dni.

Prawe oko patrzyło na Piotra nie z nienawiścią, ale z nie ukrywanym strachem.

– Jesteś gotów rozmawiać rozsądnie?

Beson odpowiedział coś, czego Piotr nie potrafił zrozumieć. Brzmiało jak bełkot.

– Nie rozumiem.

Beson spróbował od nowa.

– Mogłeś mnie zabić.

– Nigdy nikogo nie zabiłem – powiedział Piotr. – Może nadejść czas, kiedy zostanę do tego zmuszony, ale mimo to nie chciałbym zaczynać od nieprzytomnych strażników.

Beson usiadł opierając się o ścianę i patrząc na Piotra swoim otwartym okiem. Wyraz głębokiego zamyślenia, absurdalny i trochę przerażający wobec opuchlizny i siniaków, zagościł na jego twarzy.

W końcu udało mu się wydobyć z siebie jeszcze jedno bełkotliwe zdanie. Piotrowi wydawało się, że zrozumiał, ale chciał mieć absolutną pewność.

– Powtórz, proszę, panie główny strażniku.

Beson odczuł zaskoczenie. Tak jak Josefa nigdy nie nazywano głównym koniuszym, tak dla Besona nowość stanowił główny strażnik.

– Możemy się dogadać – powiedział.

– Doskonale.

Beson powoli i z trudnością podniósł się na nogi. Nie chciał mieć więcej do czynienia z Piotrem, przynajmniej tego dnia. Miał inne problemy. Jego strażnicy dopiero co byli świadkami, jak został ciężko pobity przez chłopca, który od tygodnia nic nie jadł. Patrzyli, tchórzliwe moczymordy, i nic ponadto. Bolała go głowa, ale zanim pójdzie spać, dobrze byłoby wybatożyć nieszczęsnych głupców.

Wychodził, gdy Piotr zawołał za nim.

Beson odwrócił się. To powiedziało wszystko. Obaj wiedzieli, kto tu rządzi. Beson został pokonany. Gdy jego więzień kazał mu zaczekać, czekał.

– Mam ci coś do oznajmienia. Będzie dla nas obu lepiej, jeśli to powiem.

Beson nie odezwał się. Stał tylko i przyglądał się czujnie Piotrowi.

– Każ im – Piotr skinął głową w stronę drzwi – zamknąć judasz.

Beson popatrzył na Piotra, a potem odwrócił się do podglądających strażników i wydał im polecenie.

Strażnicy w owej chwili tłoczyli się przy otworze w drzwiach, stojąc bezmyślnie i nie rozumiejąc niewyraźnej mowy Besona… albo tylko udając. Beson oblizał pokryte zakrzepłą krwią wargi i odezwał się wyraźniej, choć oczywiście sprawiło mu to ból. Tym razem judasz został zamknięty od zewnątrz… ale przedtem Beson usłyszał pogardliwy śmiech swoich podwładnych. Westchnął ze zmęczeniem – będzie musiał udzielić im paru lekcji, zanim pójdzie do domu. Na szczęście tchórze uczą się szybko. Książę, cokolwiek by się o nim powiedziało, do nich nie należał. Beson zastanawiał się, czy rzeczywiście chce się dogadywać z Piotrem.

– Dam ci list, który trzeba zanieść do Andersa Peyny – rzekł Piotr. – Mam nadzieję, że pójdziesz do niego dziś wieczorem.

Beson nie odpowiedział, albowiem zastanawiał się usilnie. Sprawy przybrały niespodziewany obrót. Peyna! List do Peyny! Przeżył nieprzyjemny moment, gdy Piotr przypomniał mu, że jest bratem króla, ale to było o wiele gorsze. Peyna, o bogowie!

Im dłużej nad tym myślał, tym mniej mu się to podobało.

Król Tomasz przypuszczalnie by się nie zmartwił, że jego brata maltretują w Iglicy. Po pierwsze, zamordował on ojca; w tej chwili Tomasz prawdopodobnie nie żywił do niego nadmiaru braterskiej miłości. Co więcej, Beson nie odczuwał zbytniego strachu, gdy wymieniano imię króla Tomasza Dawcy Światła. Podobnie jak prawie wszyscy w Delainie Beson zdążył już nabrać dla niego pewnej pogardy. Ale Peyna… o, to zupełnie co innego.

Dla Besona i jemu podobnych Anders Peyna stanowił postać o wiele bardziej przerażającą niż cały regiment królów. Król to odległa, nieprzystępna istota, świetlista i tajemnicza jak słońce. Wszystko jedno, czy słońce zaszło za chmury i spowodowało mróz, czy też wyszło lejąc z nieba żar i piekąc człowieka żywcem – można to było jedynie przyjąć do wiadomości, bo działania słońca znajdują się daleko poza zasięgiem zrozumienia czy też wpływu istot śmiertelnych.

Peyna należał do postaci o wiele bardziej ziemskich. Można je rozumieć… i bać ich się. Peyna o wąskiej twarzy i lodowato niebieskich oczach. Peyna w swoich szatach sędziego, który decyduje, kto pozostanie przy życiu, a kto pójdzie pod topór kata.

Czy ten chłopiec naprawdę mógł wydawać ze swej celi na szczycie Iglicy polecenia dla Peyny? Czy był to rozpaczliwy blef?

Jak może blefować, jeśli chce napisać do niego list, który ja mam zanieść? – zastanawiał się Beson.

– Gdybym był królem, Peyna musiałby słuchać wszystkich moich rozkazów – powiedział Piotr. Teraz, uwięziony, już nim nie jestem. Jednak niedawno zrobiłem mu uprzejmość, za którą, jak sądzę, jest mi bardzo wdzięczny.

– Rozumiem – rzekł Beson starając się mówić wymijająco.