Piotr westchnął. Poczuł nagłe zmęczenie i pomyślał, że goni za naiwnymi mrzonkami. Czyżby rzeczywiście uwierzył, że stawia pierwsze kroki na drodze do wolności bijąc głupiego strażnika i zmuszając go, żeby robił, co mu każe? Czy miał jakąkolwiek gwarancję, że Peyna zechce zrobić cokolwiek dla niego? Może przysługa, jaką mu zawdzięczał, istnieje tylko w wyobraźni Piotra?
Ale trzeba było sprawdzić. Przecież zdecydował, podczas długich samotnych nocy spędzonych na medytacjach, gdy opłakiwał los ojca i swój własny, że największym grzechem jest rezygnacja.
– Peyna nie jest moim przyjacielem – ciągnął Piotr. – Nie mam zamiaru usiłować ci tego wmawiać. Zostałem skazany za zamordowanie ojca, króla, i nie wyobrażam sobie, żeby ktoś żywił do mnie przyjaźń w całym Delainie od północy na południe. Zgadzasz się, panie główny strażniku?
Tak – powiedział martwo Beson. – Zgadzam się.
– Jednakże przypuszczam, że Peyna podejmie się dostarczania ci gratyfikacji, jakich oczekujesz od więźniów.
Beson skinął głową. Ilekroć w Iglicy znajdował się obojętnie jak długo więzień szlachetnego rodu, Beson zazwyczaj starał się, żeby dostawał lepsze jedzenie niż tłuste mięso i wodniste piwo, co tydzień świeżą pościel, a czasami zezwalał na wizytę żony albo ukochanej. Nie robił tego za darmo, oczywiście. Więźniowie tacy pochodzili zazwyczaj z bogatych rodzin, w których zawsze znajdował się ktoś skłonny zapłacić Besonowi za jego usługi, bez względu na rodzaj przestępstwa popełnionego przez więźnia.
Ta zbrodnia była szczególnie ohydna, ale chłopiec utrzymywał, że ni mniej, ni więcej, tylko sam Anders Peyna okaże się skłonny zapłacić łapówkę.
– Jeszcze jedno – rzekł cicho Piotr. – Sądzę, że Peyna zrobi to, bo jest człowiekiem honoru. A gdyby miało mi się coś stać – gdybyście ty i kilku twoich podwładnych wpadli tu w nocy i pobili mnie w zemście za to, co ja ci zrobiłem, na przykład – przypuszczam, że Peyna mógłby zainteresować się tą sprawą.
Piotr przerwał.
– Osobiście się zainteresować. – Popatrzył uważnie na Besona. – Rozumiesz?
Tak – powiedział Beson, a potem dodał: – panie.
– Dostarczysz mi piór, kałamarz, bibułę i papier?
– Tak – Podejdź tu.
Beson usłuchał z lekkim drżeniem.
Główny strażnik cuchnął okropnie, ale Piotr nie cofnął się – odkrył, że odór zbrodni, o jaką go oskarżono, uodpornił go na zapach potu i brudu. Popatrzył na Besona z cieniem uśmiechu.
– Szepnij mi do ucha – powiedział.
Beson zamrugał niepewnie oczyma.
– Co mam szepnąć, panie?
– Liczbę – rzekł Piotr.
Po chwili namysłu Beson szepnął.
55
Jeden ze strażników przyniósł Piotrowi żądane materiały piśmienne. Rzucił na niego ostrożne spojrzenie jak bezpański kot, który nieraz już dostał kopniaka, i uciekł, zanim zdążył mu przypaść w udziale los podobny Besonowi.
Piotr usiadł przy chwiejnym stole koło okna, wydychając obłoczki pary. Słuchał niespokojnego zawodzenia wiatru wokół czubka Iglicy i patrzył w dół, na światła miasta.
Szanowny Panie Sędzio Najwyższy – napisał i przerwał.
Czy zobaczywszy, od kogo jest ten list, zemniesz go w dłoni i wrzucisz bez czytania w ogień? Czy też przeczytasz i z pogardą wyśmiejesz głupca, który zamordowawszy ojca ośmielił się oczekiwać pomocy od Sędziego Najwyższego królestwa? A może raczej przejrzysz intrygę i domyślisz się, jakie są moje zamiary?
Tego wieczoru Piotr miał lepszy niż zazwyczaj humor, więc pomyślał, że odpowiedź na te – trzy pytania będzie prawdopodobnie „nie”. Jego plan może się powieść, ale istniała niewielka tylko możliwość, że ktoś rozumujący w sposób tak metodyczny i uporządkowany jak Peyna będzie w stanie zgadnąć, o co w nim chodzi. Prędzej sędzia najwyższy przywdzieje suknię i zacznie tańczyć przy dźwiękach kobzy na środku placu Iglicy podczas pełni księżyca, niż domyśli się, jakie są zamiary Piotra. A ja przecież żądam tak niewiele. Cień uśmiechu znów pojawił się na jego ustach. Przynajmniej mam nadzieję i wierzę, że tak mu się wyda.
Pochylając się zanurzył gęsie pióro w kałamarzu i zaczął pisać.
56
Następnego wieczora, wkrótce po wybiciu dziewiątej, lokaj Andersa Peyny usłyszał niezwykłe o tak późnej porze pukanie, otworzył drzwi i spojrzał z góry na stojącą w progu postać głównego strażnika. Arlen – tak nazywał się lokaj – oczywiście znał Besona z widzenia; podobnie jak pan Arlena stanowił on część machiny prawnej królestwa. Ale teraz go nie poznał. Ślady cięgów, jakie Beson otrzymał od Piotra, goiły się dopiero jeden dzień, więc na twarzy jego malowały się barwy zachodu słońca – czerwienie, purpury, żółcie. Lewe oko otwierało się trochę, tworząc tylko wąską szparkę. Wyglądał jak karłowaty wampir, więc ujrzawszy go lokaj zaczął natychmiast zamykać drzwi.
– Zaraz, zaraz – warknął Beson ostro, co sprawiło, że Arlen zawahał się. – Przynoszę list dla twojego pana.
Lokaj zatrzymał się na chwilę, ale potem znów chciał zamknąć drzwi. Ponura, opuchnięta twarz przeraziła go. A może to naprawdę karzeł z północy? Podobno ostatni potomkowie tych dzikich, ubierających się w skóry szczepów wymarli albo zostali wyniszczeni za czasów jego dziadka, ale jednak… nigdy nic nie wiadomo…
– Przychodzę od księcia Piotra – rzekł Beson. – Jeśli zamkniesz te drzwi, to twój pan nie pogłaszcze cię za to po główce.
Arlen zawahał się znowu, rozdarty między chęcią zamknięcia drzwi przed nosem tego wampira a posłuszeństwem wobec władzy, jaką wciąż znamionowało imię Piotra. Jeśli ten człowiek przyszedł od niego, to znaczy, że jest głównym strażnikiem Iglicy. Ale…
– Nie wyglądasz jak Beson – powiedział.
– A ty nie wyglądasz jak twój ojciec, Arlenie, więc zastanawiam się, gdzie też włóczyła się twoja matka – odparł bezczelnie opasły karzeł i wsunął wysmarowaną kopertę przez szparę we wciąż uchylonych drzwiach. – Masz… zanieś mu to. Poczekam. Jak chcesz, to zamknij drzwi, chociaż cholernie tu zimno.
Dla Arlena mogło być i dwadzieścia stopni poniżej zera. Nie dopuści przecież, żeby ten okropny stwór grzał sobie stopy przy kominku w kuchni dla służby. Porwał kopertę, zamknął drzwi, zasunął zasuwę i ruszył na pokoje… a potem wrócił sprawdzić, czy zasuwa na pewno dobrze trzyma.
57
Peyna siedział w swoim gabinecie, patrząc w ogień i rozmyślając. Gdy koronowano Tomasza, księżyc znajdował się w nowiu; nie zdążył się jeszcze znaleźć w drugiej kwadrze, a sytuacja w królestwie przestała się Peynie podobać. Flagg – to najgorsze. Flagg. Czarnoksiężnik miał teraz więcej władzy niż za czasów panowania Rolanda. Roland był przynajmniej mężczyzną w pełni lat, mimo że niezbyt inteligentnym. Tomasz to zaledwie chłopiec, więc Peyna obawiał się, że Flagg wkrótce zapanuje nad Delainem rządząc w jego imieniu. A to nie wyjdzie królestwu na zdrowie… ani też Andersowi Peynie, który nigdy nie ukrywał swojej niechęci do czarnoksiężnika.
W gabinecie przyjemnie się siedziało przed trzaskającym w kominku ogniem, ale Peyna pomyślał, że mimo to czuje na stopach zimny powiew. To był wiatr, który mógł nadejść i wymieść… wszystko.
Dlaczego, Piotrze? Dlaczego? Czemu nie mogłeś poczekać? I czemu z zewnątrz sprawiałeś wrażenie tak doskonałego, kryjąc w sobie tyle zepsucia? Czemu?
Peyna nie wiedział… i sam sobie nie przyznałby się, nawet teraz, że zaczęły go opadać wątpliwości, czy Piotr jest naprawdę przeniknięty zgnilizną.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Peyna wstał, rozejrzał się i zawołał niecierpliwie: