– Wejść! I lepiej niech to będzie coś ważnego! Pojawił się Arlen, wzburzony i zmieszany. W ręku trzymał kopertę.
– No i?
– Panie… za drzwiami czeka człowiek… a przynajmniej coś, co wygląda jak człowiek… to znaczy, jego twarz jest okropnie spuchnięta, jakby ktoś go bardzo pobił… albo… – głos Arlena zamarł.
– A co mnie to ma obchodzić? Wiesz przecież, że nie przyjmuję o tej porze. Powiedz mu, żeby sobie poszedł. Niech idzie do diabła!
– Utrzymuje, że jest Besonem, panie – wyjąkał jeszcze bardziej zmieszany Arlen. Podniósł wysmarowaną kopertę, jakby chciał się nią zasłonić. – Przyniósł to. Mówi, że jest to list od księcia Piotra.
Peynie serce podskoczyło do gardła, ale popatrzył tylko jeszcze srożej na Arlena.
– No a jest?
– Od księcia Piotra? – Arlen prawie bełkotał. Stracił kompletnie zwykłe panowanie nad sobą, co bardzo zainteresowało Peynę. Nie wierzył on dotąd, że Arlen może utracić spokój nawet podczas pożaru, powodzi albo inwazji smoków. – Panie, skąd mam wiedzieć… To znaczy ja…
– Czy to Beson, idioto?
Arlen nerwowo oblizał wargi – naprawdę je oblizał. To było niesłychane.
– No, może tak, panie… istnieje pewne podobieństwo… ale ten osobnik jest okropnie posiniaczony i spuchnięty… ja… – Arlen przełknął. – Wydawało mi się, że wygląda jak karzeł – wydusił z siebie najgorszą jego zdaniem wiadomość i usiłował ją złagodzić nieszczerym uśmiechem.
To jest Beson – pomyślał Peyna. To Beson, a jeśli wygląda, że ktoś go pobił, to dlatego, że dostał cięgi od Piotra. Dlatego właśnie przyniósł list. Bo Piotr zbił go, a on się bał odmówić. Cięgi to jedyna rzecz, jaka może przemówić do takich jak on.
Serce Peyny przepełniło nagłe uczucie uniesienia: czuł się jak ktoś, kto znajdując się w ciemnej jaskini, nagle zobaczy promyk światła.
– Daj mi ten list – powiedział.
Arlen usłuchał. Potem uczynił gest, jakby chciał umknąć, co też było czymś nowym, bo Arlen nigdy nie zmykał. Przynajmniej – dodał jego prawniczy jak zawsze umysł – ja nigdy nie widziałem, żeby zmykał.
Pozwolił Arlenowi dojść aż do drzwi, jak doświadczony wędkarz pozwala płynąć rybie, która złapała haczyk, a potem zatrzymał go znienacka.
– Arlen.
Lokaj odwrócił się. Zebrał się w sobie, czekając na reprymendę.
– Karły już nie istnieją. Twoja matka tego ci nie powiedziała?
Tak – odparł niechętnie Arlen.
– Bardzo rozsądnie. Mądra kobieta. Te mrzonki, jakie sobie wbiłeś do głowy, pochodzą w takim razie od twojego ojca. Wpuść głównego strażnika. Do kuchni dla służących – dodał pośpiesznie. – Nie chcę go tutaj. Cuchnie. Ale wpuść go do kuchni dla służących, żeby się ogrzał. Noc jest zimna.
Od śmierci Rolanda – pomyślał Peyna – wszystkie wieczory stały się chłodne, stanowiąc jakby wyrzut wobec sposobu, w jaki zginął król, płonąc od wewnątrz.
– Tak, panie – powiedział Arlen z wyraźną niechęcią.
– Zaraz po ciebie zadzwonię i powiem, co z nim robić dalej.
Arlen, pokorny już, wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
Peyna kilka razy obrócił kopertę w dłoniach nie otwierając jej. Smugi brudu pochodziły niewątpliwie od lepkich palców Besona. Prawie czuł zapach potu tego łobuza. Kopertę zapieczętowano plamą stearyny ze zwykłej świecy.
Pomyślał sobie – lepiej chyba zrobię, jeśli wrzucę ten list do ognia i natychmiast o nim zapomnę. Tak, cisnę go w ogień, a potem wezwę Arlena i każę dać temu pokurczowatemu głównemu strażnikowi – on rzeczywiście wygląda jak karzeł, jeśli się nad tym zastanowić – szklankę gorącego grogu, a potem go odesłać. Tak właśnie powinienem postąpić.
Ale wiedział, że tego nie zrobi. Bezsensowne uczucie – tak jakby widział promyk światła w ciemnościach – nie chciało go opuścić. Wsunął kciuk w róg koperty i oderwał pieczęć, wyjął krótki list i zaczął go czytać w blasku ognia płonącego na kominku.
58
Peyno, Zdecydowałem, że będę żyć.
Niewiele czytałem o Iglicy, zanim się w niej znalazłem, i chociaż słyszałem nieco więcej, to głównie plotki. Mówiono mi więc, że za pieniądze można uzyskać tu pewne drobne grzeczności. Z tego, co widzę teraz, jest to prawda. Oczywiście nie mam własnych funduszy, ale pomyślałem, że może Pan mógłby pokryć koszta. Jakiś czas temu zrobiłem Panu przysługę, więc gdyby zechciał Pan zapłacić głównemu strażnikowi osiem guldenów – i ponawiać to na początku każdego roku, który spędzę w tym nieprzyjemnym miejscu – uważałbym, że odpłacił mi Pan za nią. Suma, jak Pan widzi, jest nieduża. Wynika to z tego, że proszę tylko o dwie rzeczy. Jeśli załatwi Pan, żeby Beson milczał, i umożliwi mi otrzymanie ich, nie będę więcej Panu zawracać głowy.
Wiem, że znalazłby się Pan w bardzo niekorzystnym świetle, gdyby wyszło na jaw, że udzielił mi Pan pomocy nawet w drobnej sprawie. Proponuję więc, żeby zatrudnił Pan jako pośrednika mojego przyjaciela, Bena, jeśli zdecydowałby Pan zająć się moją sprawą. Nie rozmawiałem z nim od czasu aresztowania, ale myślę i mam nadzieję, że pozostał mi wierny. Poprosiłbym raczej jego niż Pana, ale. Staadowie nie są bogaci, a Ben nie ma własnych funduszy. Wstyd mi, że muszę prosić o pieniądze, ale nie znam nikogo innego, do kogo mógłbym się zwrócić. Zrozumiem oczywiście, jeśli uzna Pan, że nie może spełnić mojej prośby. Nie zabiłem ojca.
Piotr
59
Peyna przyglądał się temu zadziwiającemu listowi przez czas dłuższy. Wzrok jego powracał do pierwszej linijki i do ostatniej.
Zdecydowałem, że będę żyć.
Nie zabiłem ojca.
Nie dziwił się, że chłopiec powtarzał, iż jest niewinny – znał zbrodniarzy, którzy czynili to przez lata, mimo że wina ich okazała się oczywista. Ale jego zapewnienia nie brzmiały, jakby wygłaszał je ktoś winny, były zbyt śmiałe. Zbyt… władcze.
Taak, to właśnie najbardziej zaskoczyło go w tym liście – władczy ton. Prawdziwy król, pomyślał Peyna, nie zmieni się na wygnaniu ani w więzieniu, ani nawet w wyniku tortur. Prawdziwy król nie będzie tracił czasu na usprawiedliwienia czy wyjaśnienia. Po prostu oznajmi swoją wolę.
Zdecydowałem, że będę żyć.
Peyna westchnął. Po dłuższym czasie sięgnął po kałamarz, wziął z szuflady kartę delikatnego pergaminu i zaczął pisać. Jego list był krótszy niż Piotra. Wystarczyło mu mniej niż pięć minut, żeby go napisać, osuszyć, posypać piaskiem, złożyć i zalakować. Co wykonawszy zadzwonił po Arlena.
Lokaj sprawiający wrażenie ciężko doświadczonego przez los pojawił się prawie natychmiast.
– Czy Beson wciąż u nas jest? – zapytał Peyna.
– Chyba tak, panie – odparł Arlen. W rzeczywistości wiedział, że Beson jeszcze jest, bo podpatrywał go przez dziurkę od klucza, jak niespokojnie spacerował z kąta w kąt w kuchni trzymając w ręku kurzą nogę niczym maczugę. Gdy znikło z niej wszystko mięso, Beson zaczął gryźć kości – wydając przy tym okropne zgrzytanie – a potem wyssał z zadowoleniem szpik.
Arlen nie nabrał jeszcze pewności, że ta istota nie jest karłem… a może nawet trollem.
– Daj mu to – rzekł Peyna wręczając lokajowi list – i to, za fatygę. – Dwa guldeny z brzękiem spadły do drugiej ręki Arlena. – Powiedz mu, że może być odpowiedź. Jeśli tak, niech ją przyniesie nocą, tak jak tym razem.
– Tak, panie.
– I nie zatrzymuj go na pogaduszki – powiedział Peyna. W dziedzinie dowcipu stanowiło to szczyt jego możliwości.
– Nie, panie – odrzekł ponuro Arlen i wyszedł. Wciąż miał w pamięci dźwięk, jaki wydawał Beson krusząc w zębach kości kurczęcia.