Выбрать главу

– Co to znaczy „nie”? – zapytał zaskoczony ojciec.

– Jeśli ucieknę albo ukryję się, przyjdą po mnie. Jeśli będę się bronił, w końcu się zmęczą i znajdą sobie inną rozrywkę.

– Jeśli któryś z nich wyciągnie z buta nóż – Andrew wyraził swoją największą obawę – nie dożyjesz, żeby się tym znudzili.

Ben objął ojca i mocno przytulił.

– Człowiek nie oszuka bogów – powiedział, cytując jedno z najpopularniejszych przysłów w Delainie. – Sam wiesz, tato. A ja będę walczył za P… za tego, kogo nie pozwalasz mi nazywać po imieniu.

Ojciec popatrzył na niego ze smutkiem i zapytał:

– Nigdy w niego nie zwątpisz?

– Nie – odparł z uporem Ben. – Nigdy.

– Myślę, że zanim się obejrzałem, stałeś się mężczyzną – powiedział ojciec. – Szkoda, że nastąpiło to dzięki ulicznym bójkom z ciemnymi typami. Ale nadchodzą złe czasy dla Delainu.

– Tak – zgodził się Ben. – Złe i smutne.

– Niech ci bogowie dopomagają – rzekł Andrew – i niech mają litość nad tą nieszczęśliwą rodziną.

64

Tomasz został ukoronowany pod koniec długotrwałej, ostrej zimy. W piętnastym dniu jego panowania ostatnia z wielkich zamieci spadła na Delain. Śnieg padał szybko i gęsto, a jeszcze długo po zapadnięciu zmroku wył wiatr, tworząc zaspy wielkie niczym wydmy.

O dziewiątej wieczorem tej nieprzyjemnej nocy, gdy już wszyscy rozsądni ludzie wrócili do domu, czyjaś pięść zastukała do drzwi Staadów. Uderzenia nie były lekkie ani nieśmiałe; zabrzmiały mocno i stanowczo na solidnym dębowym drewnie. Niech no ktoś tu podejdzie, ale szybko – mówiły. – Nie mam czasu.

Andrzej i Ben siedzieli czytając przy kominku. Zuzanna Staad, żona Andrzeja, a matka Bena, ulokowała się pomiędzy nimi pracując nad makatką, na której po ukończeniu miał widnieć napis: BOŻE, BŁOGOSŁAW KRÓLA. Emmalina od dawna już spała. Usłyszawszy stukanie wszyscy troje podnieśli głowy, a potem popatrzyli na siebie. Wzrok Bena wyrażał tylko ciekawość, ale Andrzej i Zuzanna natychmiast poczuli instynktowny lęk.

Andrzej wstał wkładając do kieszeni okulary, których używał do czytania.

Tato? – zapytał Ben.

– Ja otworzę – rzekł Andrzej.

Może to będzie jakiś szukający schronienia podróżnik, który zgubił się w ciemnościach – pomyślał z nadzieją, ale gdy otworzył drzwi, na ganku zobaczył silnego i barczystego królewskiego żołnierza. Nosił on skórzany hełm bojowy. Za pasem, pod ręką, trzymał krótki miecz.

Twój syn – powiedział, a Andrzej poczuł, że uginają się pod nim nogi.

– Czego od niego chcecie?

– Przychodzę od Peyny – rzekł żołnierz, a Andrzej zrozumiał, że nie otrzyma dalszych wyjaśnień.

Tato? – odezwał się Ben zza jego pleców.

Nie – pomyślał żałośnie Andrzej – to już za wielki pech, nie zabierajcie mojego syna…

– Czy to ten?

Zanim Andrzej zdążył powiedzieć, że nie – chociaż nie przyniosłoby to większego pożytku – Ben wystąpił naprzód.

– Ja jestem Ben Staad – powiedział. – Czego ode mnie chcecie?

– Pójdziesz ze mną – odparł żołnierz.

– Dokąd?

– Do domu Andersa Peyny.

– Nie! – krzyknęła matka od drzwi ich niedużej bawialni. – Nie, jest późno, zimno, na drogach pełno śniegu…

– Mam sanie – rzekł nieustępliwie żołnierz, a Andrzej Staad zobaczył, że jego ręka spoczęła na rękojeści miecza.

– Pójdę – powiedział Ben sięgając po płaszcz.

– Ben… – zaczął Andrzej myśląc: Nigdy już go nie zobaczymy, zabierają go, bo przyjaźnił się z księciem.

– Wszystko będzie dobrze, tato – odparł Ben i uścisnął ojca. A gdy Andrzej poczuł silne ramiona syna, prawie w to uwierzył. Ale, pomyślał, on jeszcze nie wie, co to strach. Nie nauczył się, jak okrutny potrafi być świat.

Andrzej Staad objął ramieniem żonę. Stali w drzwiach i patrzyli, jak Ben i żołnierz przedzierają się przez zaspy do sań, które majaczyły w mroku, połyskując zapalonymi po obu stronach latarniami. Żadne z nich nie odezwało się, gdy Ben wsiadał z jednej strony, a żołnierz z drugiej.

Tylko jeden żołnierz – pomyślał Andrzej – nie jest najgorzej. Może chcą go tylko przesłuchać. O Boże, żeby się okazało, że to tylko przesłuchanie!

Staadowie stali w milczeniu pośród wirujących u ich stóp płatków śniegu, gdy sanie odjeżdżały, migocząc latarniami i pobrzękując dzwonkami.

Gdy znikły, Zuzanna wybuchnęła płaczem.

– Nigdy już go nie zobaczymy – załkała. – Nigdy! Nigdy! Zabrali go! Przeklęty Piotr! Niech go diabli wezmą za to, co zrobił naszemu synowi! Niech go diabli! Niech go diabli!

– Ćśś, matko – powiedział Andrzej obejmując ją. – Ćśś. Zobaczymy go, zanim nadejdzie ranek. A najpóźniej w południe.

Ale ona usłyszała, że głos mu drży, i zaczęła jeszcze bardziej lamentować. Jej płacz (a może przeciąg z otwartych drzwi) obudził małą Emmalinę i dopiero po długim czasie udało się ją ukołysać do snu. W końcu Zuzanna zasnęła razem z nią w małżeńskim łożu.

Andy Staad nie zmrużył oka tej nocy.

Siedział przy kominku podtrzymywany bezrozumną nadzieją, ale w głębi serca przeczuwał, że już nigdy więcej nie zobaczy syna.

65

Godzinę później Ben Staad stał w gabinecie Andersa Peyny. Czuł ciekawość, odrobinę podziwu, ale nie strach. Uważnie wysłuchał wszystkiego, co Peyna miał mu do powiedzenia, a potem rozległ się brzęk monet przechodzących z rąk do rąk.

– Zrozumiałeś wszystko, chłopcze? – zapytał Peyna surowym głosem, jakiego używał na sali sądowej.

– Tak, panie.

– Muszę mieć pewność. Ta sprawa to nie zabawa w Indian. Powtórz, co masz zrobić.

– Iść do zamku i znaleźć Dennisa, syna Brandona.

– A jeśli Brandon się wtrąci? – zapytał ostro Peyna.

– Mam powiedzieć, żeby porozmawiał z panem.

– Tak jest – rzekł Peyna siadając wygodniej w fotelu.

– Mam nie mówić: „proszę to wszystko zachować w sekrecie”.

– Aha – powiedział Peyna. – Wiesz dlaczego?

Ben zastanawiał się przez chwilę ze spuszczoną głową. Peyna dał mu na to chwilę czasu. Podobał mu się ten chłopiec; sprawiał wrażenie opanowanego i odważnego. Wielu innych znalazłszy się w środku nocy przed obliczem Peyny trzęsłoby się ze strachu jak galareta.

– Bo gdybym powiedział coś takiego, doniesie prędzej, niż jeśli nie powiem nic – rzekł w końcu Ben.

Na ustach Peyny pojawił się lekki uśmieszek.

– Dobrze. Co dalej?

– Dał mi pan dziesięć guldenów. Dwa ma dostać Dennis – jednego dla siebie, drugiego dla osoby, która znajdzie dom dla lalek należący niegdyś do matki Piotra. Pozostałe osiem przeznaczone jest dla Besona, głównego strażnika. Ktokolwiek znajdzie dom, przekaże go Dennisowi. Dennis doręczy go mnie. Ja oddam go Besonowi. Serwetki zaś sam Dennis zaniesie Besonowi.

– Ile?

– Dwadzieścia jeden co tydzień – odpowiedział szybko Ben. – Serwetki z wyprawy królewskiej, ale bez herbu. Pański człowiek zatrudni kobietę, która będzie je usuwać. Od czasu do czasu przyśle pan kogoś do mnie z pieniędzmi dla Dennisa albo Besona.

– Ale nic dla ciebie? – zapytał Peyna. Raz mu już je oferował, lecz Ben odmówił.

– Nie. To chyba już wszystko.

– Jesteś bystry.

– Żałuję tylko, że nic więcej nie mogę zrobić.

Peyna wyprostował się, a jego twarz przybrała surowy wyraz.

– Nie wolno ci i nie zrobisz nic – rzekł. – To jest wystarczająco niebezpieczne. Robisz uprzejmości człowiekowi, który został skazany za popełnienie obrzydliwego morderstwa – drugiego co do ohydy morderstwa, jakie człowiek może popełnić.