– Piotr jest moim przyjacielem – powiedział Ben z godnością budzącą podziw swoją prostotą.
Anders Peyna uśmiechnął się lekko i uniósł palec, aby wskazać nim na powoli niknące zadrapania i siniaki na twarzy Bena.
– Domyślam się – rzekł – że zdążyłeś już zacząć płacić za tę przyjaźń.
– Zapłacę tysiąc razy więcej – odparł Ben. Zawahał się na chwilę, a potem powiedział śmiało: – Nie wierzę, że zabił ojca. Kochał króla Rolanda tak, jak ja kocham mojego tatę.
– Naprawdę? – zapytał z pozorną obojętnością Peyna.
– Oczywiście! – zawołał Ben. – Czy pan wierzy, że on zamordował ojca? Naprawdę pan w to wierzy?
Na twarzy Peyny pojawił się tak suchy i zacięty uśmiech, że zdołał ochłodzić nawet gorącą krew Bena.
– Gdybym nie wierzył, uważałbym, komu o tym mówię – odrzekł Peyna. – Bardzo bym się pilnował. Albo mogłoby się zdarzyć, że wkrótce poczułbym na szyi zimny topór kata.
Ben patrzył na niego w milczeniu.
– Mówisz, że jesteś jego przyjacielem, i wierzę ci. – Peyna wyprostował się na krześle i wymierzył w Bena palec. – Jeśli tak jest naprawdę, rób po prostu to, o co cię poprosiłem, i nic ponadto. Jeżeli jego tajemnicze żądania pozwalają ci się domyślać, w jaki sposób mógłby się uwolnić – a po twojej twarzy widzę, że tak jest – porzuć te przypuszczenia.
Zamiast zadzwonić po Arlena, Peyna sam odprowadził chłopca do tylnych drzwi. Żołnierz, który go tu dziś przyprowadził, jutro znajdzie się w drodze do Zachodniej Baronii.
W drzwiach Peyna powiedział:
– Pamiętaj – w najmniejszym stopniu nie waż się odstąpić od tego, co ci każę zrobić. Jak widać po twoich siniakach, przyjaciele Piotra nie są dzisiaj cenieni w Delainie.
– Będę walczył! – zawołał gorąco Ben. – Z każdym z osobna i ze wszystkimi naraz!
– Aha – rzekł Peyna z tym suchym i zaciętym uśmiechem. – Tylko że to nie koniec burz nad Delainem, lecz dopiero początek. – Otworzył drzwi; zawiało śniegiem. – Idź teraz do domu, Ben. Myślę, że rodzice bardzo się ucieszą na twój widok.
To było spore niedopowiedzenie. Rodzice, w nocnych strojach, czekali przy drzwiach, gdy Ben je otwierał. Usłyszeli brzęczenie dzwonków zbliżających się sań. Matka płacząc chwyciła go w objęcia. Ojciec, czerwony, ze łzami w oczach ściskał mu dłoń, aż zaczęła go boleć. Ben przypomniał sobie słowa Peyny: To nie koniec burz nad Delainem, lecz dopiero początek.
A nieco później, leżąc w łóżku z rękoma pod głową, patrząc w mrok i słuchając poświstywania wiatru Ben zdał sobie sprawę, że Peyna nie odpowiedział mu na pytanie – nie powiedział, czy wierzy, że Piotr jest winny.
66
Siedemnastego dnia panowania Tomasza syn Brandona, Dennis, dostarczył pierwsze dwadzieścia jeden serwetek do Iglicy. Przyniósł je z magazynu, którego nie znał ani Piotr, ani Tomasz, ani też Ben Staad czy nawet sam Peyna – chociaż wszyscy mieli się o nim dowiedzieć, zanim zakończyła się ponura sprawa uwięzienia Piotra. Dennis wiedział o nim, gdyż był synem lokaja z rodziny zajmującej się tą pracą od wielu pokoleń, ale ponieważ nie ceni się tego, co się zna, nie zastanawiał się zbytnio nad magazynem, z którego przynosił serwetki. Porozmawiamy sobie jeszcze później o tym pomieszczeniu; teraz powiem wam tylko, że wszyscy byliby zachwyceni widząc je, zwłaszcza Piotr. Gdyby bowiem wiedział o tej sali, najzwyklejszej w świecie dla Dennisa, spróbowałby pewnie ucieczki ni mniej ni więcej tylko trzy lata wcześniej… i wiele mogłoby się zmienić na dobre albo złe.
67
Królewski herb z każdej serwetki usuwała kobieta, którą Peyna zatrudnił dla jej zręczności w posługiwaniu się igłą oraz małomówności. Codziennie zasiadała w bujanym fotelu tuż za drzwiami do magazynu i wypruwała ściegi szyte wiele lat temu. Gdy się tym zajmowała, usta jej zaciskały się nie tylko z jednego powodu; prucie tak pięknych haftów wydawało jej się prawie świętokradztwem, ale w rodzinie nie przelewało się, a pieniądze od Peyny okazały się zgoła darem niebios. Tak więc siedziała, nie wiedząc, że będzie to czynić przez parę ładnych lat, kołysząc się i pracując igłą jak jedna z tych niesamowitych sióstr, o których może słyszeliście w innej bajce. Nie rozmawiała z nikim o swej codziennej niszczycielskiej działalności, nawet z własnym mężem.
Serwetki pachniały dziwnie – nie pleśnią, ale raczej lekką stęchlizną, jakby od dawna ich nie używano – ale poza tym nie miały żadnych widocznych wad, każda wielkości dwadzieścia na dwadzieścia cali, co wystarczało, żeby przykryć kolana nawet najbardziej zamiłowanego amatora jedzenia.
Pierwsza dostawa serwetek miała w sobie odrobinę z przedstawienia. Dennis kręcił się koło Besona oczekując napiwku. Beson pozwolił mu na to, gdyż spodziewał się, że prędzej czy później ten nierozgarnięty chłopak da mu parę groszy. Obaj doszli wreszcie do wniosku, że nie mogą się tego po sobie nawzajem spodziewać. Dennis skierował się do wyjścia, a Beson pomógł mu kopniakiem. To wywołało wybuch śmiechu dwu strażników. Potem, ku ich zwiększonej uciesze, Beson udawał, że wyciera sobie siedzenie serwetką, ale pilnował się, żeby nie zrobić tego naprawdę – w końcu gdzieś w tej sprawie znajdował się Peyna – a z nim należało uważać.
Ale może Peyna nie utrzyma się długo. W gospodach i winiarniach Beson zaczął słyszeć szepty, że cień Flagga padł na sędziego najwyższego i że jeśli Peyna nie zachowa ostrożności, może wkrótce oglądać procedurę sądową z jeszcze wyższego miejsca niż ława, na której zwykle zasiadał – może patrzeć przez okno, mówili żartownisie zasłaniając dłonią usta, z jednego z kolców na murze zamkowym.
68
Osiemnastego dnia panowania Tomasza na przyniesionej tego ranka tacy ze śniadaniem dla Piotra leżała pierwsza serwetka. Była tak wielka, a posiłek tak skąpy, że kompletnie go przykryła. Piotr uśmiechnął się po raz pierwszy od chwili, gdy przybył do swego zimnego, wysoko ponad ziemią położonego więzienia. Policzki i podbródek pokrywał mu cień brody, która miała urosnąć na bujną i długą w tych dwu pełnych przeciągów pokojach, i wyglądał na całkiem podejrzaną osobę… dopóki się nie uśmiechnął. Uśmiech rozjaśnił mu twarz niczym latarnia, i można sobie było wyobrazić, jak na jego widok żołnierze wiwatują podczas bitwy.
– Ben – mruknął podnosząc serwetkę za róg. Ręka drżała mu nieco. – Wiedziałem, że ci się uda. Dziękuję, przyjacielu.
Pierwszą rzeczą, do jakiej Piotr użył swojej pierwszej serwetki, było otarcie łez, które płynęły mu obficie po policzkach.
Otwarto judasz w solidnych drewnianych drzwiach. Dwaj strażnicy pojawili się w nim niczym dwie głowy papugi Flagga, wciskając się, policzek przy nie ogolonym policzku, w ciasną przestrzeń.
– Mam nadzieję, że dzidzia nie zapomni wytrzeć sobie buzi! – zawołał jeden z nich gruchając swym skrzekliwym głosem.
– Żeby tylko dzidzia nie zapomniała sobie wytrzeć jajeczka z ubranka! – krzyknął drugi, po czym obaj wybuchnęli szyderczym rechotem. Piotr spojrzał na nich, a uśmiech nie zniknął z jego twarzy.
Strażnicy dostrzegli to i przestali dowcipkować. Było w nim coś, co kazało im zamilknąć.
W końcu zamknęli drzwi i zostawili Piotra samego.
Z lunchem przyniesiono następną serwetkę.
A kolejną z kolacją.
Serwetki docierały do samotnej celi Piotra przez następne pięć lat.
69
Dom lalek przybył trzynastego dnia panowania Tomasza Dawcy Światła. Przy drogach pojawiły się już modraki, te pierwsze zwiastuny wiosny (które my nazywamy bławatkami), tworząc urocze bukieciki. Tomasz zaś zdążył już zatwierdzić Podwyżkę Podatku dla Farmerów, która szybko została przezwana Czarnym Podatkiem Toma. Zgodnie z nowym dowcipem opowiadanym w karczmach i winiarniach król wkrótce zmieni swój przydomek na Dawcę Podatków. Zwyżka wynosiła nie osiem procent, co byłoby sprawiedliwe, ani osiemnaście, co dałoby się wytrzymać, ale osiemdziesiąt. Tomasz z początku miał pewne wątpliwości, ale Flagg szybko je rozwiał.